Czasami mam takie wrażenie, że wszystko, co się w życiu dzieje, jest z góry ustalone. Nie, nie mówię teraz o przeznaczeniu, losie, czy siłach wyższych. Pewne wymagania narzuca społeczeństwo , tradycja i normy które przekazywane są z pokolenia na pokolenie.
Mówię tutaj o takim schemacie życia, w którym idzie się do przedszkola, później do szkoły, kończy się te szkołę? Myślałam, że oto, hej! Kochana wolność! Jak w tej piosence ? jeszcze dzień wyjdę stąd, rzucę bagnet, coś tam jeszcze? przeskoczę każdy mur?, a później z rozczarowaniem uświadamiasz sobie, że życie według schematu dalej się toczy! I znaczysz " mniej niż zero" ![]()
Dalej jest uniwersytet, randki, picie (powszechnie nazywane ?imprezowaniem?), a później praca, rodzina, starość?koniec? Także dość przewidywalny.
Kiedy tak o tym pomyśleć, to wszystko staje się po prostu jakaś górą absurdu? Oburzyłam się na tę całą przewidywalność życia, swego losu, schematyczność! Może wcale nie chcę, żeby moje życie było aż takie ?ustalone?. Może chcę właśnie, żeby ani trochę nie było ?
Czy Was nigdy nie prześladuje myśl budowania własnego planu na życie i jego realizowania? Wzięcia wszystkiego w swoje ręce? Z drugiej strony jest to straszna odpowiedzialność. Wymykajac się schematom, jesteśmy też od razu na celowniku tych ,którzy nimi podążają. Wielu będzie się cieszyć z tego, ze nam się nie uda. Przjdą i powiedzą : gdybyś robil tak i tak jak należy , byłoby inaczej. Nasza ewentualna porażka tylko ich umocni w tym, że życie wg schematu w który świaodmie lub nieświadomie weszli jest dobrym i jedynym rozsądnym rozwiązaniem. Od urodzenia słyszymy, że trzeba robić rzeczy praktyczne bo tak było i tak jest. Że trzeba logicznie patrzeć na świat. Społeczeństwo źle odbiera chociażby takie rzeczy jak porzucenie studiów, podjęcie prostszej pracy i bardziej praktyczne dokształcanie się na różnych warsztatach. Zle oceniana jest ciągłe podróże , życie na walizkach i w ciągłej drodze, brak partnera lub życie z partnerem bez ślubu, brak dzieci, zbytnie stawianie szczególnie przez kobietę na rozwój i karierę zamiast na małżeństwo i realizacje w macierzyństwie itd. A jednak jeżeli nam się uda udowodnimy tym wszystkim dookoła, że się mylą - że można żyć inaczej, bardziej kolorowo, w harmonii z własnymi potrzebami * które oni zagłuszają często w imię tych wszystkich swoich schematów ) lepiej przeżyć życie niż oni. Wyrwanie się ze schematu jest więc bardzo słodką pokusą?
Mało gwarancji, zero pewności. Jest ryzyko - jest zabawa
! Ach gdyby tak odważyć się wyruszyć w świat za swoimi marzeniami?
Jednak czy warto iść przez życie pod prąd, na przekór wszystkim? Łamać schematy? Burzyć granice przewidywalności? Być wiernym tylko sobie i swoim potrzebom ? Jeżeli warto to dlaczego? Jaką trzeba zapłacić za to cenę ? Czy ktoś z was zmieniał i przełamywał życiowe stereotypy i brał odpowiedzialność za wszystkie swoje podjęte działania? I co najważniejsze - czy jest szczęśliwy
?
Podobne tematy
2 2011-05-10 19:22:24 Ostatnio edytowany przez falka (2011-05-10 19:25:04)
Ja próbuję się właśnie zmierzyć z jednym schematem pt. "jesteś już tyle lat z X, powinniście wziąć ślub". O mamo, cholera mnie birze jak to słyszę - powinniście, powinnaś. Takie "ja znam takie przypadki, że para była ze sobą tyle lat bez ślubu i potem ten związek się rozpadł", "babcia chciałaby dożyć waszego ślubu", "nie pobieracie się? czyli że kiepsko wam się układa?".
A właśnie, że układa się nam świetnie! Może to trochę zwykły bunt, ale nie chcę "się ślubować". Patrzę na moje znajome, które pod koniec studiów zmieniają się we własne matki. Słyszę rozmowy, w których jedynym tematem jest szukanie sukienki, nauki przedmałżeńskie i całe pozostałe zamieszanie. Ostatnio znajoma gorączkowała się czymś (orkiestrą, na którą się uparła, a która nie miała terminu? czy coś w tym stylu), i ja dla rozluźnienia atmosfery rzuciłam żartem "Monika, coś ty taka zestresowana, walnij sobie drinka to się uspokoisz". Jedyne co usłyszałam to jadowite - "jak będziesz wychodzić za mąż to sama zobaczysz, że skończyła się zabawa".
Tylko że ja nie chcę, żeby moja zabawa się kończyła. Żeby nie było - zabawa we dwoje. Szczęsliwa zabawa, do której nie potrzebujemy obrączki na palcu "bo tak wypada". Tylko jakoś nikt tego nie potrafi (albo nie chce) zrozumieć, bo skoro mam 24 lata, stałego partnera od 3 lat to o niczym innym nie powinnam marzyć, jak biała suknia i obrączka na palcu.
Każde społeczeństwo narzuca pewne wzorce, normy zachowani i to jest fakt niezaprzeczalny. Wg mnie tylko odważne osoby są w stanie podążać własną drogą. Takich osób jest mało niestety ![]()
Tak sobie mysle ...gdybym nie zwracala uwagi na zasady zycia spolecznego,to dzisiaj w ten piekny majowy dzień siedziałbym na drzewie nago
a co mi tam.Instynkt pierwotny...i bylabym szczęśliwa,bo wolna! a tak to musialam się dusić w ubraniu
a tak calkiem serio to co by bylo gdyby wszyscy żyli wedlug swoich własnych zasad!I tak świt wariuje!
Tyle pomysłów przychodzi mi do glowy,ale oczy mi sie zamykaja
Dobranoc wszystkim...o idzie moj niezawodny facet Morfeusz...jak każdej nocy-niezawodny ![]()
Falko, trochę odbiegając od tematu, jakby jest coś w stylu: " będzie obrączka, miną fajne relacje"?
Rozumiem też to o czym mówisz, moja mama po rozwodzie z ojcem, przebywała bez różnych obrączek i podobnych głupstw przez 10 lat. Po urodzeniu dziecka miała jakieś problemy z dokumentami, raczej trudności w wyjaśnianiu kto jest czyim dzieckiem, a kto czyim mężem
Wydaje mi się, żed wszystko trzeba robić z wielkiej chęci, niż z potrzeb "schematu życiowego". Może trochę naiwnie to dźwięczy, ale co do obrączek i ślubów... wierzę w to ![]()
Żanetka - nie, raczej nie o to chodzi. Dla mnie ślub nie ma jakiegoś głębokiego metafizycznego sensu, raczej jest uporządkowaniem kwestii prawnych, tak jak pisałaś - dokumenty, nazwisko dziecka, kredyty, rozliczanie podatków. Ja nie mówię całkowitego "nie" ślubowi, kiedyś pewnie się na niego zdeycydujemy, bo życie społeczne jest tak skonstruowane, by ułatwiać życie stałym związkom usankcjonowanym prawnie.
Ale to jest mój wolny wybór. Nie wymagam popierania mnie, chciałabym tylko nie czuć się jak "żona gorszej kategorii". Żyję z moim mężczyzną od 2 lat pod jednym dachem, funkcjonujemy właściwie jak małżeństwo. Tylko nie mamy obrączek i tytułu "mąż/żona".
Co niestety dyskredytuje nas w oczach niektórych znajomych, bo przeciez jako "tylko dziewczyna" nie znam się zupełnie na prowadzeniu domu (bo gdybym potrafiła "być żoną" to on pewnie oświadczyłby się, a on jest nieodpowiedzialnym lekkoduchem (bo gdyby myślał o mnie poważnie to też oświadczyłby się).