Witam wszystkich. Postanowiłam powalczyć z chęcią ukrycia się przed całym światem i stąd może ten post.. Miesiąc przed Świętami Bożego Narodzenia zostawił mnie mój mąż. Poszedł na imprezę i już przysłowiowo nie wrócił.. Z jednej strony jest to dla mnie ulga, bo podświadomie tego chciałam.. 10 lat małżeństwa były koszmarem, jak teraz tak na to patrzę.. Nieustanne zdrady, nieustanna walka o męża, hektolitry wylanych łez, 15 kg mniej, nieustanny strach co mnie będzie czekać jutro, powrót bulimii, ...
a to w końcu była moja pierwsza miłość, mój pierwszy mężczyzna w łóżku.. Jemu pierwszemu zaufałam... Robiłam dla Niego wszystko, poświęcałam całą siebie, byle On był szczęśliwy a tym samym i ja... Niestety rzeczywistość pokazała jakim jest człowiekiem.. ciągła potrzeba bycia w centrum uwagi, szczególnie kobiet.. niby mnie kochał, mówił, że jestem Jego miłością ale... Ja ciągle wybaczałam... Niestety po którymś razie, coś we mnie pękło.. kupiliśmy nasze wymarzone mieszkanko.. w końcu myślałam, że będzie cudownie.. i cóż rok minął a potem to już dramat.. Jego ogłoszenia w internecie.. znudzony żonaty szuka... niezliczone portale... emaile od wielu kobiet, spotkania w Naszym nowym gniazdku... Ja czułam, że jest coś nie tak, ale zawsze wmówił mi, że mam chorą wyobraźnię, że mnie kocha... i od tego momentu, już nie byłam tą kochającą kobietą, niby wszystko było w porządku, ale jednak ja byłam w tym wszystkim nieobecna... Nie dawałam już tyle z siebie... zaczęłam marzyć, by odszedł... ja się bałam odejść, bo miał awanturniczą naturę... wzbudzał we mnie poczucie winy, szantażował, że sobie coś zrobi... a był jeszcze Nasz Synek... Dla Niego musiałam to znosić...
No i nadszedł ten dzień... czułam, że znowu coś jest... ale już nie pytałam... poszedł i tyle było, jest z Naszego małżeństwa... powiedział, że walczył o moją miłość przez 6 lat i już ma dość.. że się wyprowadza.. Bez awantur, po prostu się spakował...
Niby jest dobrze ale boję się.. boję się tych samotnych wieczorów, kiedy Syn śpi, boję się tej samotności, tej ciszy... Czuję się jakaś gorsza, bez obrączki.. sama z dzieckiem... boję się spojrzeń ludzi.. pytań... W styczniu czeka Nas rozdzielność a w lutym On składa wniosek o rozwód.
Czy można jeszcze zaufać, czy kiedyś przestanę się bać... czy dam radę...
Podobne tematy
Robiłam dla Niego wszystko, poświęcałam całą siebie, byle On był szczęśliwy a tym samym i ja... Niestety rzeczywistość pokazała jakim jest człowiekiem..
Oraz jakim ty jesteś - uzależnionym, z zerowym poczuciem własnej wartości. Nawet synem usprawiedliwiasz swoje nieszczęście i głupotę, a nikt nigdy prawdziwie szczęśliwy nie był jeśli jego szczęście zależało od osób trzecich.
W te pędy idź do specjalisty, zanim zrobisz jakieś kolejne głupoty.
Pomyśl, że teraz może być już tylko lepiej.
Jeżeli już możesz czegoś żałować to raczej straconych lat z tym człowiekiem.
Boisz się samotności, a jaką miałaś satysfakcję z jego obecności?
Swoim odejściem, wyświadczył Ci przysługę, sama nie mogłaś się zdecydować, żeby się go pozbyć.
Wycisz się teraz, odsapnij i trzymaj dzielnie na wypadek, gdyby on powrócił.
Taka opcja jest niestety możliwa.
Być może odszedł do jakiejś baby, ale niewiele jest takich, które pozwolą sobie na takie traktowanie. Jest mało prawdopodobne, żeby on zmienił swoje upodobania, więc jak tylko dostanie kopa od kochanki, przypomni sobie o Tobie.
Nie popełnij błędu i nie wchodź znowu w to bagno.
Masz szansę na nowe, lepsze życie.
Dziękuję bardzo za Wasze słowa. Taki "kopniak" do działania się przydaje. Tak macie racje, ile można się ukrywać za synkiem, ile razy można być ofiarą... i jeszcze na to pozwalać.. mam nadzieję, że uda mi się znaleźć w sobie pokłady energii, które biją z Waszych postów. Wierzę, że dam radę, choć pewnie jeszcze zdarzy m się upaść. Ale wtedy przeczytam Wasze słowa. Dziękuję