To takie uczucie, jakby ktos zlapal mnie za serce i zaczal mocno sciskac. Albo kopnal w brzuch. Oddech staje sie plytki i jedyne na co mam ochote to zaczac krzyczec i biec przed siebie.
To czuje kiedy pomysle ze mialabym sie jeszcze raz zaangazowac, albo komus zaufac. Nie boje sie milosci jako takiej, nie przeraza mnie wizja tesknoty za kims, czy umawiania sie. Ale w momencie kiedy facet, z ktorym obecnie sie spotykam mowi cos o planach na przyszly rok, albo nie daj boze uzywa slow "my", czy "razem" - cala dretwieje.
Nie umiem sie tego pozbyt i nie wiem co z tym zrobic. Probowalam to zakonczyc, zanim sie jeszcze zaczelo, bo widze ze to dobry czlowiek i nie zasluguje na takiego popapranca jak ja. Ale uczepil sie mnie jak rzep i nie chce dac mi spokoju, mowi ze wszystko bedzie dobrze i ze poczeka az bede gotowa zeby sie otworzyc.
Tylko ze rzecz jest w tym, ze ja w ogole tego nie planuje. Jestem zamknieta i zabarykadowana w swoim jestestwie... i chyba dobrze mi z tym. A przynajmniej bezpiecznie..
Miala tak kiedys któras z Was? Tak ze woli umrzec sama z kotem, niz sie zaangazowac i miec faceta? Ja nawet macierzynstwo na 2017 planuje w samotnosci.