Witam, to mój pierwszy post tutaj więc może być nieco przydługi gdyż chcę nakreślić mniej więcej mój problem.
Otóż w latach szkolnych (gimnazjum- liceum) borykałam się przez bardzo długi czas z depresją, uczęszczałam na wizyty do psychologa co jednak nie odniosło skutku jakiegokolwiek w moim życiu, popadałam chwilami ze skrajności w skrajność. Często zdarzało mi się nawalić za przeproszeniem jak bela, zaćpać lekami, miałam również w swoim życiu czas, w którym cięłam się regularnie. Niby chciałam umrzeć, nie raz powstrzymywałam się od tej myśli, zawsze ratowała mnie świadomość że mam Mamę, która mnie Kocha i dla Niej żyłam. Skończyła się szkoła, poznałam moją "Miłość" i tak sobie egzystowałam, w międzyczasie oczywiście problemy rodzinne, mianowicie moja rodzina jest na siebie strasznie cięta, nikt z mojej piątki rodzeństwa praktycznie ze sobą nie rozmawia, kłócą się dosłownie o pierdoły i nie odzywają nawet latami, moja siostra miała już dwa razy wycinane guzy w piersi, operację na kręgosłup, z drugą spędzałam mnóstwo czasu (pracowała za granicą i miałam możliwość jeździć do Niej na wakacje) niestety mąż Jej we wcześniejszych latach był alkoholikiem, nie raz napatrzyłam się jak po pijaku robił awantury, miał problem z hazardem. Brat chory na serce, po próbie samobójczej, wziął abonament na moją Mamę, którą długo potem ścigali, nabrał kredytów, zrobił dziecko dziewczynie i uciekł za granicę, zostawił nas z tym, nie odzywał się siedem lat... Każdy miał w cholerę problemów, moja "Miłość" zostawiła mnie w pewnym momencie naszego życia dla innej, ja popadłam w jeszcze gorszy nastrój, schudłam prawie 6 kg w dwa tyg chociaż nie byłam gruba, nie spałam, nie jadłam, chodziłam do pracy a przy życiu trzymało mnie tylko "nie mogę umrzeć bo moją Mamę nie będzie stać na pogrzeb, serce Jej pęknie". Nałykałam się silnych tabletek uspokajających bo już miałam dosłownie dosyć wszystkiego ale przypomniałam sobie to, co zawsze, moją Mamę, poszłam zwymiotować tyle ile mogłam a zapobiegawczo wezwałam karetkę. Na szczęście zrobiłam to stosunkowo szybko i jedyne czego chcieli to zabrać mnie do zakładu. Po czasie oczywiście mój wybranek wrócił, obiecał zmianę i tak jesteśmy razem, zaręczyliśmy się. Później oczywiście robił babole typu wyjście do baru z burdelem na piwo, przeglądanie ofert matrymonialnych z naszego miasta, chwilowe braki szacunku do mnie... teraz długo, długo nic, zmienił się naprawdę, wszyscy są zdziwieni że potrafię Mu jeszcze ufać ale jest ok, taka jestem. Jednak jest coś, co mnie cholernie trapi, nie czuję chęci do życia, przeraża mnie wszystko, kiedy jest ktoś przy mnie to przywdziewam maskę, potrafię w rozmowie z kimś wygłupiać się nawet... To wszystko jednak na marne, nie przeszkadzało mi w życiu że byliśmy biedną rodziną, nie miałam tego, co miały inne dzieci, do tej pory tak mam że nie wydaję na siebie dużo, mój narzeczony śmieje się że jestem bardzo tanią w utrzymaniu dziewczyną. Z czasem zaczynam czuć jednak coraz bardziej że moje uśmiechy stają się puste, wszystkie moje starania, to co robię- staje się bezsensowne. Widzę ludzi dookoła i denerwuje mnie to, jacy są próżni, jak zapatrzeni w siebie, w swój wygląd, swój majątek, jak ten świat pędzi! Czuję się jakbym stała w miejscu i starała się pozornie brnąć na równi z innymi. Dowiedziałam się na dodatek że moja Mama prawdopodobnie ma depresję, bierze leki. Mam cholerne wyrzuty sumienia bo po mojej wyprowadzce do narzeczonego została sama, jest typem raczej samotnika i nie wychodzi do znajomych. Staram się odwiedzać w miarę możliwości ale myślę że powinna też nauczyć się sama wychodzić do ludzi. Na dodatek ostatnie badanie mammograficzne coś wykazało, nie wiadomo jeszcze co ale lekarz wyznaczył kolejne, co mnie zaniepokoiło. Nie wiem, nie mam pojęcia co robić. Chciałabym rzucić wszystko i uciec. Zacząć życie od zera albo ubrać się w najpiękniejszą sukienkę, użyć najlepszych perfum, iść do lasu i umrzeć wpatrzona w jego głębię i harmonię. Nie wiem już kompletnie jak mam dotrzymać kroku temu wszystkiemu. Pocięłabym się ale jestem taka że wewnątrz mogę uschnąć ale moja rodzina nie może widzieć że mam problemy, nie lubię być w centrum uwagi.
1 2015-12-18 01:17:41 Ostatnio edytowany przez phoeniks93 (2015-12-18 01:33:36)
Podobne tematy
2 2015-12-18 01:29:32 Ostatnio edytowany przez phoeniks93 (2015-12-18 01:30:55)
Dodam że od dłuższego czasu zaczęłam strasznie zgrzytać zębami przez sen, co stało się dla mnie kropnie uciążliwe. Stałam się również nerwowa od jakiś dwóch lat. Bardzo łatwo się złoszczę co sprawia również że zrobiła się ze mnie mściwa osoba.
A może jakieś tabletki na poprawę nastroju? Ważne jest żeby mieć z kim pogadać, jak się ma dużo problemów to chyba ta potrzeba jest większa, żeby o tym mówic jakoś to przetrawić. Czasami jest tak ciężko że trudno jest znaleźć w tym wszystkim sens dobrze jest trzymać się rzeczy, które są wartościowe i nas napędzaja, hociaż gdy depresja się pogłębia to i one przestaja miec znaczenie. Czasami warto sie przełamać i zacząć leczyć. Dobrze jest mieć koło siebie ludzi, którzy nas rozumieją i cenią,w przy problemach łatwo stracić swoje poczucie wartości.