Wczoraj się dowiedziałam, że jestem w ciąży, dziś zrobiłam drugi test - znów 2 kreski, w poniedziałek idę do ginekologa. Jestem zaręczona, w sierpniu miał być nasz ślub i wesele, a prawdopodobnie będą chrzciny Maleństwa... Nie planowaliśmy tego już teraz, zawsze marzyliśmy o dzieciach, ale raczej po ślubie... Mój Narzeczony bardzo mnie zaskoczył, bo naprawdę szczerze się ucieszył i jest taki... spokojny. Ja za to przepłakałam cały wczorajszy wieczór, w nocy nie mogłam spać, i dzisiaj po powrocie z zajęć też płakałam. To nie tak, że się nie cieszę, bo całe życie miałam w sobie lęk, że mogę mieć problemy z zajściem w ciążę i posiadaniem (co za głupie słowo) własnych, biologicznych dzieci - i cieszę się, że jednak się udało. Ale tę moją radość przysłania strach, jak to będzie, jak sobie poradzimy, czy to małe stworzonko będzie się dobrze rozwijać i czy będzie zdrowe, jak zareagują rodzice...
Nasza sytuacja wygląda tak: mój Narzeczony (prawie 25 lat) pochodzi z Gdańska, jest muzykiem, studiuje na ostatnim roku mgr na Akademii Muzycznej, pracuje w Filharmonii i w jeszcze jednym zespole (miesięcznie zarabia "na rękę od 1500 do 3000 zł"). Ja (w lutym skończę 26 lat) pochodzę z małej miejscowości w świętokrzyskiem, studiuję na ostatnim roku medycyny, żyję z kredytu studenckiego (niecałe 600 zł miesięcznie), korepetycji (kilka godzin miesięcznie, max. 200 zł), poza tym finansowo pomagają mi rodzice. Mieszkamy razem w wynajmowanym 2-osobowym pokoju, drugi pokój zajmuje współlokator. Od października (czyli już po porodzie) zaczęłabym staż, co daje zarobki ok. 1400 zł "na rękę".
Reakcja rodziców, zarówno jednych, jak i drugich, zapewne będzie zła: znając ich, nie spodziewam się radości, raczej mnóstwa pretensji i złości. Bardzo zależy nam na ślubie kościelnym, dlatego będziemy chcieli zmienić datę (najpóźniej na kwiecień 2016) i zrezygnować z wcześniej planowanego wielkiego wesela (co dodatkowo rozwścieczy moich rodziców). Obawiam się, że jak tylko dowiedzą się, że spodziewamy się dziecka, możemy się nie pokazywać w domu. I tego się boje chyba najbardziej: czy damy radę sami, bez rodziny w pobliżu? Mamy co prawda przyjaciół blisko, którzy pewnie będą chcieli pomóc, więc może jednak jakoś się uda... Pewnie będziemy musieli poszukać innego mieszkania, albo wynająć w całości to, w którym mieszkamy obecnie... Ja będę musiała postarać się bardzo szybko pozdawać wszystkie końcowe egzaminy na medycynie, żeby wyrobić się mniej więcej do początku czerwca. Do tej pory wszystko zdawałam zawsze w pierwszym terminie, ale nie wiem przecież, jak będzie przebiegała ciąża...
Jestem wystraszona, bo właśnie mój w miarę uporządkowany świat staje na głowie. Mój Narzeczony jest za to oazą spokoju i radości. Stwierdził, że nawet jeśli nie będziemy mogli liczyć na rodziców, to i tak sobie poradzimy, bo mamy siebie. Mówi też, że to nic, że planowaliśmy inaczej, bo wyszło jak wyszło, i tak też jest dobrze. To mnie trochę uspokaja, ale i tak się boję...
Przepraszam, że napisałam aż tyle, ale bardzo potrzebowałam się wygadać. I proszę tylko o jedno - nie piszcie proszę odpowiedzi w stylu "byłaś głupia", "puściłaś się" (wystarczy mi, że to zapewne usłyszę od mojej matki), "trzeba się było zabezpieczać" - my się zabezpieczaliśmy, i to nawet dwiema różnymi metodami, ale efekt i tak jest taki, że spodziewam się dziecka i tak naprawdę to dowodzi, że jest tylko jedna 100% skuteczna metoda, czyli po prostu nie współżyć...