Witam,
Przejrzałam sporo wątków, ale nie znalazłam najbardziej podobnego do mojej sytuacji.
A więc do rzeczy: Mam niecałe 27 lata, mąż 28. Po ślubie jesteśmy niecałe 3 lata. Przed ślubem chodziliśmy ze sobą ponad 5 lat (poznaliśmy się, gdy ja miałam 18, on 19). Zdecydowanie nie była to (przynajmniej dla mnie) miłość od pierwszego wejrzenia. Poznałam go na imprezie u kolegi i zaprosiłam na studniówkę, bo akurat nie miałam z kim iść (ostatecznie na nią nie poszedł, ale tu akurat nie ma to znaczenia). Po studniówce zaczął pisać do mnie smsy i w dość śmieszny sposób "wymusił" nasze spotkanie. Zaczęliśmy się spotykać, mniej więcej co tydzień - dwa. Może się wydawać, że rzadko, ale uczyłam się wtedy do matury i zależało mi, żeby ją dobrze zdać. On w tym czasie uczył się weekendowo w szkole policealnej, a w tygodniu spotykał się z przyjaciółmi i generalnie cieszył się w wolności i młodości. Z czasem zaczęłam darzyć go coraz większym uczuciem (jak pisałam, nie była to miłość od pierwszego wejrzenia).
Kiedy wyjechałam na studia, on zaczął pracę w tym samym mieście co ja studia. Przez pierwsze 2 lata on mieszkał kątem u siostry i jej chłopaka (potem męża), a ja pomieszkiwałam na różnych stancjach. W tym czasie on zaczął na mnie wymuszać, że nie mieszkamy razem - że on ma stresującą pracę (akurat tak było), nie mamy kiedy się spotykać (odległość między nami była spora, no i te wieczne korki), że jak pary myślą o sobie na poważnie to też mieszkają razem. Po takich awanturach potrafiłam się popłakać z żalu. Po moim pierwszym ataku płaczu nawet mnie przeprosił (był to jednak pierwszy i ostatni raz, kiedy tak zrobił, później moim płaczem się już nie przejmował). Ja wtedy do wspólnego mieszkania razem jeszcze nie byłam gotowa, chciałam się nacieszyć wolnością i wyrwaniem się z domu. Inna sprawa to taka, że moi rodzice byli małomiasteczkowi (tradycyjni), z perspektywy czasu widzę, że też taka byłam. No ale "przetarłam szlaki" w rodzinie w tej sprawie i na 3. roku zamieszkaliśmy razem (wtedy też chyba do tego już dojrzałam).
Skończyłam studia (on cały czas miał tę stresującą pracę). Miałam problemy ze znalezieniem pracy. 3 miesiące w jednej firmie, 6 miesięcy w drugiej. 2 praktyki na studiach za bardzo nic nie dały. W międzyczasie (rok po mojej obronie) wzięliśmy ślub. Była to moja inicjatywa - miałam dość życia na kocią łapę (fakt faktem, że pochodzę z dość tradycyjnej rodziny, on - wręcz przeciwnie). On twierdził, że związek traktuje poważnie i tyle. Przed ślubem zgotował mi horror. Potrafił wałkować do upadłego temat, czy 5-osobowy zespół zmieści się na podeście w restauracji albo że zaproszenia nie są jeszcze wybrane. Z nerwów potrafiłam dostać potwornych ataków płaczu, które kończyły się wymiotowaniem. On twierdził, ze tylko on się przejmuje całą organizacją wesela (no i jego rodzina, a zwłaszcza mama - ta potrafiła się nakręcać jeszcze bardziej niż on). Twierdził, że ja i moja rodzina zostawiamy wszystko na ostatnią chwilę, chociaż tak nie było. Spytałam go wprost, czy chce ślubu - powiedział, że tak, ale że nie chce wesela (przerasta go). W mojej tradycyjnej rodzinie brak wesela by nie przeszedł, z resztą ja też sobie nie wyobrażałam samego ślubu bez wesela albo tylko z obiadem weselnym. Wesele mieliśmy na 70 osób, on strasznie bał się publicznie tańczyć (specjalnie dla niego poszliśmy na przedślubny kurs tańca) i że zespół zrobi konkurs, gdzie trzeba będzie coś przeczytać (jest dyslektykiem i boi się ośmieszenia). Ustaliliśmy z zespołem, że żadnych takich zabaw nie będzie. Po ślubie odczułam ulgę, że już po wszystkim.
Parę miesięcy po ślubie straciłam kolejną pracę, otarłam się o depresję i załamanie nerwowe. Mimo wszystko podjęłam decyzję, że sama pozyskam mężowi dotację na otwarcie jego własnej firmy. On cały czas tkwił w tym, co zaczął na 1. roku moich studiów. Kiedy kazałam szukać mu innej pracy, dostawał ataków paniki i twierdził, że ze swoim wykształceniem może być najwyżej ochroniarzem w Tesco i że obecna praca to jedyne, na co zasługuje. Podpuściłam teściową, żeby dowiedzieć się, o co chodzi z tym wykształceniem - okazało się, że tuż przed swoją maturą dostał ataku paniki, nie wstał z łóżka i zwyczajnie nie podszedł do matury. Teściowa była w szoku, że mi o tym wcześniej nie powiedział. Mąż do tej pory nie wie, że ja o tym wiem, widzę, że traktuje to jako dużą porażkę życiową. Inna sprawa, że z nieznanych mi powodów nie próbował już później zdawać matury.
Pół roku byłam na bezrobociu i starałam się o dotację dla niego. On miał fach w ręku, ja po studiach humanistycznych - stwierdziłam, że to może się udać. Od początku był do tego pomysłu bardzo sceptycznie nastawiony - raz mi powiedział wprost, że właściwie to by się ucieszył, gdyby mi nie przyznano tej dotacji. Kiedy w szoku spytałam, dlaczego, on powiedział, że to na niego spadnie cały ciężar prowadzenia firmy. Ustaliliśmy, że firma przecież będzie na mnie, będę załatwiać wszystkie formalności (on panicznie boi się załatwiania spraw urzędowych), ja się zajmę reklamą i kontaktem z klientami. Do końca był sceptycznie nastawiony, ale coraz bardziej męczył się w swojej starej pracy. Dotację dostałam, firmę zarejestrowałam. On był na skraju załamania nerwowego, napisałam mu wypowiedzenie z dotychczasowej pracy, zwolnił się. Zanim nasza firma się rozkręciła, wykończony dosłownie przespał parę miesięcy. Ja w tym czasie znalazłam spokojny i pewny etat, który można było pogodzić z prowadzeniem własnej firmy. Na mnie spadł ciężar utrzymania naszej dwójki (dzieci nie mamy).
Na dzień dzisiejszy firma coraz bardziej się rozwija, mi nie grozi zwolnienie, ale coraz bardziej jestem przerażona zachowaniem męża. Ostatnio zrobił mi awanturę w "swoim" stylu (czyli trucie do upadłego), że klientowi dałam upust. Powiedział mi wprost, że ja chyba naprawę nie chcę zarobić żadnych pieniędzy. Tego samego dnia wkurzył się na parkingu, że ktoś mu zwrócił uwagę o to, że źle zaparkował - jak wyjeżdżał potwornie przygazował, aż zaśmierdziało spalenizną. Kiedy po dłuższym czasie spytałam, co zepsuł w samochodzie, zaczął się na mnie drzeć, że mam się nie pytać, bo ja też w atakach złości potrafiłam kiedyś rzucić komórką i laptopem (to akurat był efekt jego awantury - trucia do upadłego, kiedy kompletnie nie wytrzymałam już psychicznie). Powiedziałam ze spokojem, że owszem, ale szkody naprawiałam z własnej kieszeni, a koszty naprawy i utrzymania samochodu muszę teraz pokrywać tylko ja (mamy mały przestój w firmie i znowu utrzymanie wszystkiego spoczywa na mnie). Zaczął się wtedy na mnie drzeć jak w amoku, że mam wyp******** z samochodu, że nie może patrzeć na mój ryj i że mi go zaraz rozwali.
Od tego momentu nie jestem w stanie się do niego odezwać, jestem na lekach przeciwlękowych. Parę miesięcy temu zrobił podobną akcję, ale poszło o to, że zrobił jakiś niezrozumiały dla mnie manewr na drodze i przerażona spytałam, co on wyprawia. Zaczął się wtedy drzeć jak w amoku, że nie mam prawa go szkolić i że mam zaraz wyp******** z auta. Dojechaliśmy do domu, przerażona wzięłam leki przeciwlękowe (on też, ale dlatego że mi je po prostu podkrada). Po 2 dniach zachowywał się jakby nic się nie stało i był miły jak przytulanka. Stwierdziłam wtedy, że to jednorazowy incydent i że o tym zapomnę. Ale to, co było 2 dni temu, przerosło mnie. Leczę się, neurolog stwierdził u mnie fobię społeczną, zaburzenia depresyjne i nerwicowe, biorę leki antydepresyjne i doraźnie psychotropy. Wiele razy mówiłam mężowi, że ma iść do psychiatry albo neurologa - nie reagował, jakby nie słyszał. Uważa, że to ja jestem wariatką, ale psychotropy mi w swoich atakach regularnie podjada.
Chciałabym, żeby ktoś mi szczerze i obiektywnie napisał, co by zrobił na moim miejscu. Ze swoim tradycyjnym podejściem do życia, ostatnio zaczęłam nawet myśleć o rozwodzie. Mam dość takiego życia, chcę żyć normalnie i w mniejszym stresie ![]()