Muszę się komuś wyżalić, jednak nie mam komu, przez co jestem właśnie tutaj...
Mianowicie.. Czuję się strasznie samotna, bezwartościowa, czuję się jak najgorsze stworzenie. Od rodziców nigdy nie dostałam tej rodzicielskiej miłości, wsparcia, wiary we mnie, wiecie, tego wszystkiego co rodzic powinien dawać dziecku. Mojej starszej siostrze- wręcz przeciwnie. Teraz ważniejszy jest nawet pies czy chłopak siostry ode mnie. Nigdy nie usłyszałam, że są ze mnie dumni. Nie powiem, bo jako nastolatka również przechodziłam bunt, jednak nie na tyle, by nazywać mnie patologią. Alkohol, gorsze ( wcale nie złe) oceny, wagary i co najgorsze, kolczyk w pępku. Przez to rodzice mieli o mnie bardzo złe zdanie. Kiedy zdałam maturę, rodzice znajomych strasznie się cieszyli, byli dumni ze swoich pociesz, ja żadnego dobrego słowa nie usłyszałam. Aktualnie jestem, a może byłam na pierwszym roku studiów. Chciałam wyjechać do innego miasta na studia, lecz rodzice mi zabronili, wybrałam dosyć kiepski kierunek, dlatego też chciałam go zmienić, zacząć coś przyszłościowego w przyszłym roku akademicki. Jednak, moi rodzice stwierdzili, że jestem idiotką, kretynką nic nie osiągne w życiu, że jak teraz rzucę studia to już nie pójdę i bede w przyszłosci biedna, na nic nie bedzie mnie stac, nic nie osiagne. Mimo niskiej samooceny, wiem, ze nie jestem glupią osoba, dobrze sobie radze i potrafie dążyć do okreslonych celow. Postawilam wszystko na jedna karte, rzucilam studia, znalazlam prace w 3 dni. Pracuje po 12 godzin dziennie, aby tylko uzbierac pieniadze na wynajem pokoju w innym miescie, na nowe przyszlosciowe studia. Boli mnie to, ze nikt we mnie nie wierzy, widzi we mnie same wady. Wczesniej w wakacje rowniez pracowalam, prace znalazlam szybko, zarobilam na wlasne wakacje, nie potrzebowalam gotowki od rodzicow. Nie wiem czemu, co takiego zrobilam rodzicow ze od zawsze maja mnie za gorsza..
Przyjaciol niby mam, ale nie ufam. Nie potrafie zaufac ludziom na tyle, by dac sobie uciac reke za nich. Mysle, ze dlatego, ze wlasnym rodzicom nie ufam, dlatego nie zaufam tymbardziej osobie obcej. Czuje sie samotna, w domu siedze sama w pokoju gdy mam wolne, rodzice nie chca ze mna rozmawiac, bo ogladaja telewizje, a ja przychodze zawsze w nieodpowiednim momencie.. a kiedy ja mam rozmawiac jak 12 h jestem w pracy?
Chcialabym zapytac, czy wsrod Was sa osoby ktore mialy/maja podobna sytuacje? Jak radzicie sobie sami? ja nie potrafie, jest to dla mnie strasznie bolesne, wiecznie placze, choc wiem, ze i tak jestem silna.
Pozdrawiam
Podobne tematy
Witaj,
Pozwolę sobie odpowiedzieć Tobie, może ci to coś pomoże ![]()
Odpowiedź masz w swoim tekście poniekąd
Muszę się komuś wyżalić, jednak nie mam komu, przez co jestem właśnie tutaj...
Mianowicie.. Czuję się strasznie samotna, bezwartościowa, czuję się jak najgorsze stworzenie. Od rodziców nigdy nie dostałam tej rodzicielskiej miłości, wsparcia, wiary we mnie, wiecie, tego wszystkiego co rodzic powinien dawać dziecku. Mojej starszej siostrze- wręcz przeciwnie. Teraz ważniejszy jest nawet pies czy chłopak siostry ode mnie. Nigdy nie usłyszałam, że są ze mnie dumni. Nie powiem, bo jako nastolatka również przechodziłam bunt, jednak nie na tyle, by nazywać mnie patologią. Alkohol, gorsze ( wcale nie złe) oceny, wagary i co najgorsze, kolczyk w pępku. Przez to rodzice mieli o mnie bardzo złe zdanie. Kiedy zdałam maturę, rodzice znajomych strasznie się cieszyli, byli dumni ze swoich pociesz, ja żadnego dobrego słowa nie usłyszałam.
opis siebie, postrzegania świata otoczenia ??!!
podejmujesz decyzje nie jesteś konsekwentna w ich realizowaniu,
też tak miałem, szybki zysk, takie czasy ![]()
Aktualnie jestem, a może byłam na pierwszym roku studiów. Chciałam wyjechać do innego miasta na studia, lecz rodzice mi zabronili, wybrałam dosyć kiepski kierunek, dlatego też chciałam go zmienić, zacząć coś przyszłościowego w przyszłym roku akademicki.
rada rodziców, nie posłuchałaś, zapewne wiedząc co lepsze dla Ciebie
nic nie osiągne w życiu, że jak teraz rzucę studia to już nie pójdę i bede w przyszłosci biedna, na nic nie bedzie mnie stac, nic nie osiagne.
rada rodziców, kolejna, tylko korzystać
nie jestem glupią osoba, dobrze sobie radze i potrafie dążyć do okreslonych celow. Postawilam wszystko na jedna karte, rzucilam studia, znalazlam prace w 3 dni.
kolejny dowód, na co ?? na spryt, zaradność, czy może nie odpowiedzialność, konsekwencje swoich decyzji ponosisz
Pracuje po 12 godzin dziennie, aby tylko uzbierac pieniadze na wynajem pokoju w innym miescie, na nowe przyszlosciowe studia..
super, czy masz siłę przy tym wytrwać, to nie zrobi się w rok, niestety
Boli mnie to, ze nikt we mnie nie wierzy, widzi we mnie same wady. .
na to się pracuje, odbudowane można łatwo stracić
Przyjaciol niby mam, ale nie ufam. Nie potrafie zaufac ludziom na tyle, by dac sobie uciac reke za nich. Mysle, ze dlatego, ze wlasnym rodzicom nie ufam, dlatego nie zaufam tymbardziej osobie obcej.
wpierw trzeba mieć zaufanie do siebie, potem przyjdzie do innych
Chcialabym zapytac, czy wsrod Was sa osoby ktore mialy/maja podobna sytuacje? Jak radzicie sobie sami? ja nie potrafie, jest to dla mnie strasznie bolesne, wiecznie placze, choc wiem, ze i tak jestem silna.
to taki telegraficzny skrót, bez żadnego rozwodzenia się na tematem,
praca nad sobą, jak każda jest trudna, męcząca niekiedy
czasem wymagająca wyrzeczeń,
ale się opłaca!!! w dłuższej perspektywie, to tylko w telewizji kurde człowiek jednym machnięciem ręki, zmienia swoje życie ![]()
zajmij się jednym a do końca, wypracuj jakąś cierpliwość, może idz do psychologa
porozmawiaj z mamą, może od rozmowy warto zacząć
po prostu posłuchać, szkoda uciekać i się zamykać w sobie
szkoda czasu
pozdr
Napisałaś na tym forum posta gdzie mnóstwo osób ma taki sam problem jak ty, i już samotna nie jesteś.
A wywalone miej na wszystko, żyjesz, zastanawiasz się i zadajesz pytania, a to najważniejsze...
Poniekąd miałem podobne dzieciństwo, a jedyne różnice są takie, że u mnie za wszystko odpowiadała matka, a ojciec się biernie przyglądał, no i okres buntu miałem inny, bo wpadłem w depresję, jak piłem, to do upadłego i zaliczyłem próbę samobójczą. Do dzisiaj w sumie pamiętam noce, w których wtulony w kołderkę, zapłakany, zadawałem sobie pytanie, za co to wszystko mnie spotyka i czemu nie mogę mieć normalnej rodziny. Zawsze liczyła sie tylko moja siostra, a ja nigdy nie wpisywałem się w oczekiwania mojej matki, na tyle, by niemal doszczętnie mnie zniszczyła. Nie wiem jak dokładnie jest z Tobą, ale też miałem problem z ufaniem ludziom. Paradoksalnie obcym ufałem bardziej, niż własnym rodzicom, ale w sumie nie tak trudno przebić coś, co jest w okolicach zera.
Samo zadawanie pytań nie sprawi, że życie stanie się znośne. Mam wrażenie, że im bliżej będziesz realizacji celu, jaki sobie wybrałaś, tym lepiej będziesz się czuła i mniej będzie Ci zależało na uznaniu rodziców. Ta potrzeba raczej nigdy nie minie, ale może lekko się zatrze, na tyle, byś mogła ruszyć do przodu. W sumie dobrze, że tu napisałaś, bo poznanie ludzi, którzy przeszli coś podobnego pomaga.
Ja to, że nie miałem z kim pogadać o tym, co czuję i myślę, rekompensowałem sobie w internecie, dokładniej po prostu poznałem ludzi, którzy chcieli mnie wysłuchać wtedy, kiedy tego potrzebowałem i pośrednio jedna z nich sprawiła, że jednak nie poszedłem na całość wtedy, kiedy mogłem.
Wszystko się ułoży.