Witam serdecznie forumowiczki ![]()
Niekoniecznie wiem jak się odpowiednio przywitać na takim forum, więc może powiem zwyczajnie - Dzień dobry droga społeczności kobiet!
dołączyłam do Was dziś, można by rzec spontanicznie, ale nie bezcelowo
Bez większego rozgadywania się (co swoją drogą wychodzi mi zawsze dobrze) przejdę do powodu, dla którego postanowiłam do Was dołączyć....
Historia zaczyna się w ostatniej klasie liceum kiedy to podjęłam decyzję o tym, że chcę studiować anglistykę, coś co mnie interesuje, kręci absolutnie. Ale marzenia o tym kierunku zniweczyła mi matura z polskiego, przez niski wynik nie dostałam się. Wyniki z matury z angielskiego miałam wysokie, toteż postanowiłam wystartować na inną filologię - wybrałam romańską. Szybko odkryłam, że to nie dla mnie. Męczarnie z nauką, nadrabianie do reszty studentów, którzy już mieli styczność z tym językiem w przeciwieństwie do mnie. Godziny nauki, tłumaczeń, kucia słówek, gramatyki, płacze po nocach, zszarpane nerwy - a wszystko po to by zrezygnować. Decyzję podjęłam szybko, rodzice byli przeciwni, "przecież poddałaś się prawie od razu". To nie było to.
I tak minęło trochę czasu, do następnej rekrutacji. W międzyczasie - i aż do teraz - pomagam w tłumaczeniu, nauce języka angielskiego w różnym stopniu zaawansowania, od podstaw po rozszerzenie, udzielam korepetycji uczniom i studentom. Zmieniłam sposób myślenia, a przynajmniej próbowałam. Pomyślałam bardziej praktycznie - zarządzanie. Zaczęłam od tego roku akademickiego. I od października znów się męczę..... Matematyka, ekonomia, wykresy, funkcje, żonglowanie, marketing, prawo i po raz drugi ogrom matmy. Znów nie mam na nic ochoty, nie mam zapału, sił, męczę się. Znów zamykam się w sobie, zadręczam się co ze mną jest nie tak skoro dostałam się na te studia a sobie nie radzę kompletnie z nauką. Najzwyczajniej na świecie sobie nie radzę. I znów zaczynają się płacze po nocach, godziny kucia, brak czasu na cokolwiek, szybkie spadanie samooceny, nerwowość, uczucie, że nie robię nic dobrego dla siebie..... Nie wytrzymuję a w głowie znów tyka bomba o nazwie "rezygnacja".
Złożyłam też już deklarację i poprawiam maturę by dostać się na upragnioną filologię angielską, odliczam dni aż zasiądę na sali wykładowej i usłyszę język angielski, gdy będę przerabiać literaturę anglojęzyczną, tłumaczyć ten język....
Zatem pytanie....czy znów rezygnować czy słuchać "starszych mądrzejszych" i tkwić w tej męczarni?
Liczę na miłe przyjęcie, i faktyczną pomoc i rady....
jestem zagubiona