Witajcie. Z góry dziękuję każdemu, kto to w ogóle przeczyta.
Sama już nie wiem co mam robić. Jestem studentką pierwszego roku kosmetologii, dziennie, na renomowanym uniwersytecie. Kierunek ten nie był moim marzeniem, sama nie wiedziałam na co właściwie powinnam pójść. W końcu zdecydowałam się na kosmetologię, bo interesowałam się biologią i mam pewną smykałkę manualną, a kosmetologia łączy obie te rzeczy w jakiś sposób. W pierwszej turze pierwszego naboru się nie dostałam- nie było tragedii, jak już mówiłam, nie zależało mi jakoś specjalnie, dostałam się wtedy na elektroradiologię (do której też zresztą nie ciągnęło mnie jakoś specjalnie). Na kosmetologię wskoczyłam dopiero za czwartym razem.
Przybliżę nieco moją sytuację. W liceum cierpiałam na depresję. Prawie zawaliłam pierwszą klasę, bo przez prawie trzy miesiące nie byłam w stanie wyjść z domu. Moja mama bardzo mi pomogła, załatwiła mi nauczanie indywidualne, w szkole, żebym chociaż widywała się z ludźmi w szkole. Lekcje odbywały się sam na sam z nauczycielem. Oprócz tego, przez cały czas byłam pod kontrolą psychiatry, brałam leki. Całe liceum przeszłam na nauczaniu indywidualnym, poznałam chłopaka, który wyprowadził mnie z depresji, już przed maturą mogłam przestać brać leki. Maturę zdałam. Dostałam się na studia, przeniosłam się do innego miasta i zamieszkałam z moim chłopakiem w wynajętym pokoju.
Ale przecież nie może być zbyt pięknie. Wróćmy do studiów. Kosmetologia to tylko w małym stopniu lubiana przeze mnie biologia. Jest tu masa chemii. Naprawdę, masa. Trzy godziny praktycznych ćwiczeń w tygodniu. Co tydzień kolokwium- ustne lub pisemne. A moja chemia? Skończyła się na połowie pierwszej klasy, na nauczaniu indywidualnym miałam kompletne strzępki chemii- nauczycielka wiedziała, że nie planuję jej zdawać, więc można powiedzieć, że chemię obie olałyśmy. No a tutaj 90% osób jest po klasie biologiczno-chemicznej, ja byłam po artystycznej i to okrojonej, ze względu na indywidualne. Po pierwszym tygodniu zajęć miałam już dość. Na tej głupiej chemii kompletnie nie wiedziałam co się dzieje. Nie umiałam wykonać najprostszego ćwiczenia, o wszystko pytałam koleżankę obok, która miała mnie już dość, bo nie mogła się skupić na swojej pracy. Codziennie płakałam- na stancji, na uczelni, nawet na ulicy. Chciałam od razu zrezygnować. Chłopak bardzo mnie wspierał, ale mimo to, nie mogłam się pozbierać. Poinformowałam już nawet mamę, że chcę rzucić studia- zrozumiała, ale poradziła, żebym spróbowała, że pierwszy tydzień zawsze jest trudny. Wsparcie ze strony koleżanek ze studiów zerowe. Kiedy tłumaczyłam, że po klasie artystycznej ciężko jest mi z chemią (nie przyznałam się do nauczania indywidualnego), widziałam tylko politowanie. No i pytania: Dlaczego nie poszłaś na malarstwo? Co ty robisz na tej uczelni? Po co tu jesteś?
Dlaczego nie poszłam na malarstwo czy inną rzecz związaną ze sztuką? Dlatego, że wielką artystką chciałam zostać w wieku 16 lat, kiedy szłam do liceum. Szybko zmieniłam zdanie, przecież miałam do tego prawo? Naprawdę, cieszę się, że moje drogie koleżanki już przy wybieraniu profilu w liceum wiedziały co chcą robić w życiu. Ja nie wiedziałam. Chciałam iść na ASP, a potem życie się pogmatwało.
Posłuchałam mamy, postanowiłam zostać. Powiedziałam sobie, że odejdę po pierwszym semestrze, że rok w plecy to nic takiego. To mi dało trochę siły. W momencie słabości poszłam do wykładowczyni prowadzącej ćwiczenia z chemii i popłakałam się jak dziecko. Opowiedziałam, że nic nie umiem, nie rozumiem nic z zajęć, nie wiem co mam robić. Próbuję nadrabiać, ale ciężko jest przerobić trzy lata rozszerzonej chemii w tydzień, prawda? Szczególnie, że na uczelni lecimy dalej z rzeczami, które ja widzę pierwszy raz na oczy. A chemia to nie wszystko, jest przecież dużo innych przedmiotów, na które trzeba się przygotowywać. Chodzę na korki, ale można sobie wyobrazić jak wygląda tłumaczenie mi obecnego materiału, skoro ja nie mam podstaw. To tak jakby próbować nauczyć wyższej matematyki dziecko, które nie umie dodawać.
Po rozmowie z wykładowczynią, która podniosła mnie trochę na duchu, zrobiło mi się lepiej. Aż do ustnego kolokwium, które odbyło się w tym tygodniu. Przez całe zajęcia miałam łzy w oczach. Kolokwium zdałam, ale tylko z łaski wykładowczyni- dostałam 3 na szynach. Umiałam teorię, wkułam wszystkie regułki, nie umiałam ich jednak zastosować w praktyce.
I znowu nie mam siły. Znowu ciągle płaczę. Znowu chcę zrezygnować. Gdyby nie ta chemia, kierunek byłby całkiem ciekawy. Dodatkowo ciąży na mnie poczucie winy. Nie płacę sama za stancję. Czynsz, wyżywienie, bilet miesięczny itd. opłaca moja mama. A ja tak jej się odpłacam? Nie daję sobie rady z takimi banałami, które moje koleżanki z roku uwielbiają? Mogłabym zrezygnować i znaleźć pracę. Ale pojawia się jeszcze jedna rzecz: jeśli zrezygnuję, bądź nie zdam semestru, przepadają punkty ECTS, a to oznacza, że jeśli w przyszłości będę chciała iść na inne studia, będę musiała za nie płacić. No i póki studiuję, moja mama nie musi płacić jakiegoś tam podatku- jeśli przestanę, będzie musiała płacić. A ja naprawdę nie mam siły. Boję się, że moja depresja wróci, a przeraża mnie powrót do tamtego stanu i tych leków. Czułam się po nich fatalnie- ciągle zmęczona, nie miałam na nic siły (później od ginekologa dowiedziałam się, ze tego typu leków nie powinno się podawać kobietom w okresie dojrzewania, bo źle wpływają na jajniki, co niestety odczułam, bo dodały one swoją cegiełkę do mojego PCOS).
Wiem jak to wszystko brzmi. Jak płacze dzieciaka z gimnazjum który dostał dwa z matematyki i ma wielkiego doła. Sama widzę, jakie to wszystko głupie. Może i jestem dziecinna, ale naprawdę sobie nie radzę. Mam dość powtarzania mi, że "pierwszy rok jest najgorszy". Może i jest, ale jeśli dalej tak pójdzie, to nie dotrwam do drugiego, bo znów wpakuję się w to bagno z liceum. I nie wiem co mnie wtedy wyciągnie.
Nie wiem czego oczekuję od tego forum, jakiejś rady, wsparcia, sama nie wiem, po prostu czułam potrzebę wyżalenia się, bo właściwie nie mam z kim o tym wszystkim porozmawiać. Jestem tak zestresowana, że wyładowuję się na chłopaku, kłócimy się i wtedy czuję się jeszcze gorzej. Przyjaciół nie mam. Bliskich koleżanek też nie. Mamy nie chcę w to wciągać, ma dość swoich problemów. Z resztą jest mi wstyd.