netkobietyWszystkie działy
Stres, lęk, nerwica, depresja

Nie radzę sobie ze studiami

13 odpowiedzi20 721 wyświetleńzałożony przez missF, 31.10.2013

Napisz odpowiedź
Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!

Jeśli przeżywasz kryzys, porozmawiaj z kimś od razu: Telefon zaufania dla dorosłych 116 123, w nagłym zagrożeniu 112. Wypowiedzi na forum nie zastępują pomocy specjalisty.


Forum Kobiet » STRES, LĘK, NERWICA, DEPRESJA » Nie radzę sobie ze studiami

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 14 ]

1 Ostatnio edytowany przez missF (2013-10-31 15:50:54)

Temat: Nie radzę sobie ze studiami

Witajcie. Z góry dziękuję każdemu, kto to w ogóle przeczyta.

Sama już nie wiem co mam robić. Jestem studentką pierwszego roku kosmetologii, dziennie, na renomowanym uniwersytecie. Kierunek ten nie był moim marzeniem, sama nie wiedziałam na co właściwie powinnam pójść. W końcu zdecydowałam się na kosmetologię, bo interesowałam się biologią i mam pewną smykałkę manualną, a kosmetologia łączy obie te rzeczy w jakiś sposób. W pierwszej turze pierwszego naboru się nie dostałam- nie było tragedii, jak już mówiłam, nie zależało mi jakoś specjalnie, dostałam się wtedy na elektroradiologię (do której też zresztą nie ciągnęło mnie jakoś specjalnie). Na kosmetologię wskoczyłam dopiero za czwartym razem.

Przybliżę nieco moją sytuację. W liceum cierpiałam na depresję. Prawie zawaliłam pierwszą klasę, bo przez prawie trzy miesiące nie byłam w stanie wyjść z domu. Moja mama bardzo mi pomogła, załatwiła mi nauczanie indywidualne, w szkole, żebym chociaż widywała się z ludźmi w szkole. Lekcje odbywały się sam na sam z nauczycielem. Oprócz tego, przez cały czas byłam pod kontrolą psychiatry, brałam leki. Całe liceum przeszłam na nauczaniu indywidualnym, poznałam chłopaka, który wyprowadził mnie z depresji, już przed maturą mogłam przestać brać leki. Maturę zdałam. Dostałam się na studia, przeniosłam się do innego miasta i zamieszkałam z moim chłopakiem w wynajętym pokoju.

Ale przecież nie może być zbyt pięknie. Wróćmy do studiów. Kosmetologia to tylko w małym stopniu lubiana przeze mnie biologia. Jest tu masa chemii. Naprawdę, masa. Trzy godziny praktycznych ćwiczeń w tygodniu. Co tydzień kolokwium- ustne lub pisemne. A moja chemia? Skończyła się na połowie pierwszej klasy, na nauczaniu indywidualnym miałam kompletne strzępki chemii- nauczycielka wiedziała, że nie planuję jej zdawać, więc można powiedzieć, że chemię obie olałyśmy. No a tutaj 90% osób jest po klasie biologiczno-chemicznej, ja byłam po artystycznej i to okrojonej, ze względu na indywidualne. Po pierwszym tygodniu zajęć miałam już dość. Na tej głupiej chemii kompletnie nie wiedziałam co się dzieje. Nie umiałam wykonać najprostszego ćwiczenia, o wszystko pytałam koleżankę obok, która miała mnie już dość, bo nie mogła się skupić na swojej pracy. Codziennie płakałam- na stancji, na uczelni, nawet na ulicy. Chciałam od razu zrezygnować. Chłopak bardzo mnie wspierał, ale mimo to, nie mogłam się pozbierać. Poinformowałam już nawet mamę, że chcę rzucić studia- zrozumiała, ale poradziła, żebym spróbowała, że pierwszy tydzień zawsze jest trudny. Wsparcie ze strony koleżanek ze studiów zerowe. Kiedy tłumaczyłam, że po klasie artystycznej ciężko jest mi z chemią (nie przyznałam się do nauczania indywidualnego), widziałam tylko politowanie. No i pytania: Dlaczego nie poszłaś na malarstwo? Co ty robisz na tej uczelni? Po co tu jesteś?
Dlaczego nie poszłam na malarstwo czy inną rzecz związaną ze sztuką? Dlatego, że wielką artystką chciałam zostać w wieku 16 lat, kiedy szłam do liceum. Szybko zmieniłam zdanie, przecież miałam do tego prawo? Naprawdę, cieszę się, że moje drogie koleżanki już przy wybieraniu profilu w liceum wiedziały co chcą robić w życiu. Ja nie wiedziałam. Chciałam iść na ASP, a potem życie się pogmatwało.

Posłuchałam mamy, postanowiłam zostać. Powiedziałam sobie, że odejdę po pierwszym semestrze, że rok w plecy to nic takiego. To mi dało trochę siły. W momencie słabości poszłam do wykładowczyni prowadzącej ćwiczenia z chemii i popłakałam się jak dziecko. Opowiedziałam, że nic nie umiem, nie rozumiem nic z zajęć, nie wiem co mam robić. Próbuję nadrabiać, ale ciężko jest przerobić trzy lata rozszerzonej chemii w tydzień, prawda? Szczególnie, że na uczelni lecimy dalej z rzeczami, które ja widzę pierwszy raz na oczy. A chemia to nie wszystko, jest przecież dużo innych przedmiotów, na które trzeba się przygotowywać. Chodzę na korki, ale można sobie wyobrazić jak wygląda tłumaczenie mi obecnego materiału, skoro ja nie mam podstaw. To tak jakby próbować nauczyć wyższej matematyki dziecko, które nie umie dodawać.

Po rozmowie z wykładowczynią, która podniosła mnie trochę na duchu, zrobiło mi się lepiej. Aż do ustnego kolokwium, które odbyło się w tym tygodniu. Przez całe zajęcia miałam łzy w oczach. Kolokwium zdałam, ale tylko z łaski wykładowczyni- dostałam 3 na szynach. Umiałam teorię, wkułam wszystkie regułki, nie umiałam ich jednak zastosować w praktyce.

I znowu nie mam siły. Znowu ciągle płaczę. Znowu chcę zrezygnować. Gdyby nie ta chemia, kierunek byłby całkiem ciekawy. Dodatkowo ciąży na mnie poczucie winy. Nie płacę sama za stancję. Czynsz, wyżywienie, bilet miesięczny itd. opłaca moja mama. A ja tak jej się odpłacam? Nie daję sobie rady z takimi banałami, które moje koleżanki z roku uwielbiają? Mogłabym zrezygnować i znaleźć pracę. Ale pojawia się jeszcze jedna rzecz: jeśli zrezygnuję, bądź nie zdam semestru, przepadają punkty ECTS, a to oznacza, że jeśli w przyszłości będę chciała iść na inne studia, będę musiała za nie płacić. No i póki studiuję, moja mama nie musi płacić jakiegoś tam podatku- jeśli przestanę, będzie musiała płacić. A ja naprawdę nie mam siły. Boję się, że moja depresja wróci, a przeraża mnie powrót do tamtego stanu i tych leków. Czułam się po nich fatalnie- ciągle zmęczona, nie miałam na nic siły (później od ginekologa dowiedziałam się, ze tego typu leków nie powinno się podawać kobietom w okresie dojrzewania, bo źle wpływają na jajniki, co niestety odczułam, bo dodały one swoją cegiełkę do mojego PCOS).

Wiem jak to wszystko brzmi. Jak płacze dzieciaka z gimnazjum który dostał dwa z matematyki i ma wielkiego doła. Sama widzę, jakie to wszystko głupie. Może i jestem dziecinna, ale naprawdę sobie nie radzę. Mam dość powtarzania mi, że "pierwszy rok jest najgorszy". Może i jest, ale jeśli dalej tak pójdzie, to nie dotrwam do drugiego, bo znów wpakuję się w to bagno z liceum. I nie wiem co mnie wtedy wyciągnie.

Nie wiem czego oczekuję od tego forum, jakiejś rady, wsparcia, sama nie wiem, po prostu czułam potrzebę wyżalenia się, bo właściwie nie mam z kim o tym wszystkim porozmawiać. Jestem tak zestresowana, że wyładowuję się na chłopaku, kłócimy się i wtedy czuję się jeszcze gorzej. Przyjaciół nie mam. Bliskich koleżanek też nie. Mamy nie chcę w to wciągać, ma dość swoich problemów. Z resztą jest mi wstyd.

2

Odp: Nie radzę sobie ze studiami

Nie wiem czy Ci to w czymś pomoże, ale napiszę Ci jak ja widzę Twoją sytuację z perspektywy studentki V roku.

Otóż też nie wiedziałam w Twoim wieku co chcę studiować, kim chcę być w przyszłości. W liceum miałam różne problemy zdrowotne i zawody miłosne, które bardzo przeżywałam (teraz ciężko mi w to uwierzyć). W rezultacie rozpoczynając studia miałam spore braki.

ALE po kilku miesiącach zrozumiałam jak to funkcjonuje: większość przedmiotów trzeba po prostu ZDAĆ! I tyle. Czy je rozumiesz, czy nie. czy są one ciekawe, czy nie. czy się przydadzą w zawodzie, czy nie. Trzeba zdać. Na 5? Na 3 na szynach? Whatever, kto o tym będzie pamiętał. Oczywiście, fajnie mieć 5 na dyplomie. Ale pracodawca Cie o to pytać nie będzie.

Rok nie wyrok. ALE czy nie lepiej zdać to wszystko jak najszybciej i mieć z głowy? Myślę, że po 3 latach spokojnie możesz zacząć pracować i przejść na zaoczne studia.

Daj z siebie ile możesz i zdaj. Pójście do wykładowcy było świetnym pomysłem, bo pokazałaś, że zależy Ci na pokonaniu Twojego problemu.

Jeszcze nie jeden trudny przedmiot będziesz miała, ale pamiętaj, że to są studia -  są poprawki, są warunki. I chodzi o to, żeby zdawać te przedmioty i nie poddawać się po pierwszej dwói.

Niech motywuje Cie wizja tego, że będziesz miała po studiach konkretny zawód, który -moim zdaniem- przy odrobinie szczęścia może dać Ci całkiem spoko zarobki.

3

Odp: Nie radzę sobie ze studiami

Z tego co piszesz, widać już, że jesteś w jakimś kryzysie. Myślę, że bardzo dobrze byłoby gdybyś wybrała się do dobrego psychologa - tym bardziej, że wcześniej miałaś już depresję. Terapia pomoże Ci w uporaniu się z emocjami. Sam fakt, że nie masz komu o tym opowiedzieć (ograniczyłaś kontakty towarzyskie tylko do swojego chłopaka) świadczy o tym, że coś jest nie tak. Nie jest łatwo znaleźć dobrego psychologa (trafiając na niewłaściwego można sobie jeszcze przysporzyć problemów), ale jeśli znajdziesz takiego, do którego będziesz miała ochotę chodzić i będziesz czuć, że Ci to pomaga to może oznaczać, że to jest ta właściwa osoba. Wiem, co mówię, bo sama znam temat od podszewki. Życzę Ci wszystkiego dobrego, trzymaj się.

4

Odp: Nie radzę sobie ze studiami

Dzięki wam bardzo za odzew. To naprawdę dużo dla mnie znaczy smile

bloody_mary, wiem, że trzeba się po prostu skupić na zdaniu tej chemii, kolokwia i egzaminy mnie przerażają, ale równie mocno przerażają mnie już same ćwiczenia. Polegają one na robieniu zadań praktycznych i późniejszym zdaniu sprawozdania. Dla mnie są to po prostu męczarnie. Nie wiem co mam robić, nie wiem od czego zacząć, ciągle pytam o wszystko koleżankę obok, która ma mnie po dziesiątym banalnym (dla niej) pytaniu zwyczajnie dość. Z niczym się nie wyrabiam, a przecież wszystko trzeba zrobić, żeby to potem opisać. Na szczęście sprawozdanie można oddać na następnych zajęciach.

Na dodatek dochodzi ta myśl, że kosmetologia nie jest jednak dla mnie. Mam problem z kontaktem z ludźmi, jestem strasznie nieśmiała. Przy rozmowie ze mną, ludzie odnoszą wrażenie że jestem strasznie zdenerwowana, jakby od głupiej rozmowy na jakiś banalny temat zależało całe moje życie. A jakby nie było kosmetolog ma stale kontakt fizyczny z ludźmi. I choćby zrobienie komuś brwi to olbrzymia odpowiedzialność i boję się że nie dam sobie rady.

hipster, szczerze mówiąc nie myślałam nawet o psychologu. Chyba miałam nadzieję, że problemy same się rozwiążą. Może zabrzmi to jak wymówka, ale w nowym mieście nie znam żadnych psychologów, nie wiem do kogo mogłabym iść. Zaś w rodzinnym mieście... No cóż, uczęszczałam na terapię, ale nie czułam się z tym dobrze. Terapia była raz w tygodniu, trwała godzinę i raczej niewiele mi dawała. Bardzo nie lubię się uzewnętrzniać przed ludźmi, a kiedy jestem w stresie, każda próba rozmowy o problemach kończy się moim rozklejeniem, co dodatkowo mnie krępuje. Wiem, że psycholog jest dla mnie, że ma mi pomóc i że nie powinien mnie oceniać, ale mimo to ciężko mi się do niego przekonać.

5

Odp: Nie radzę sobie ze studiami

missF,

na Twojej uczelni na pewno jest psycholog, do którego możesz się zwrócić. Jestem pewna, że Twój problem spotyka wiele osób i na pewno znajdzie się na to "profesjonalne rozwiązanie" i fachowa rada smile Poszukaj na stronie internetowej, albo zapytaj w Biurze Karier jeżeli macie takie na uczelni.

Odpowiedz też sobie na pytanie, czy wszyscy w Twojej grupie nadają się świetnie do tego zawodu? Czy każdy ma doskonałe predyspozycje? Wątpię. A Twój problem z komunikowaniem, nieśmiałość - to są rzeczy, które można udoskonalić, nauczyć się i pokonać.

Oczywiście "rok nie wyrok" i możesz zmienić studia. Albo rzucić je i pracować na taśmie, gdzie nie za bardzo nawet można rozmawiać tongue A tak serio, to komunikowanie się, praca w zespołach, kontakty z współpracownikami i klientami to elementy praktycznie każdego zawodu.

Więc tak jak koleżanka wyżej, zachęcam do wizyty u psychologa. Możesz też poszperać w necie i poczytać opinie do kogo warto się wybrać.

W jakim mieście studiujesz?

6

Odp: Nie radzę sobie ze studiami

Studiuję w Bydgoszczy, może faktycznie wybiorę się do uczelnianego psychologa.

Już w tej chwili szukam szkoły policealnej do której mogłabym pójść po zawaleniu tego roku (Ja po prostu wiem, że zawalę semestr. Już teraz sobie nie radzę.), mam wsparcie mamy, które od razu powiedziała, że jeśli czuję, że to nie to, to mam zrezygnować (była przecież świadkiem mojego załamania w liceum, jest świadoma ile pracy i czasu włożyłam w wyjście z tamtego stanu) i znaleźć coś innego.

Tylko, że nie umiem podjąć tak ważnej decyzji jak rezygnacja ze studiów. Już przecież raz podjęłam złą decyzję i skończyłam na kierunku, który mnie nie interesuje i bardzo męczy psychicznie. Boję się, że znowu wybiorę źle, bo sama nie wiem co chcę robić w życiu. Z kolei rzeczy które lubię i które interesowały mnie w liceum (chciałam rozwijać angielski i bardzo poważnie myślałam o technikach dentystycznych) są nieprzyszłościowe i nie ma po takich rzeczach pracy...

Oczywiście w przypadku rezygnacji ze studiów musiałabym pójść do pracy (bo przecież nie będę wymagać od mamy, żeby finansowała moje nic-nie-robienie w innym mieście), więc dochodzi jeszcze stres, że mogłabym nic nie znaleźć (a zapewniam, że w obecnej sytuacji nie wzgardziłabym ani Call Center, ani McDonaldem, ani nawet tą taśmą w Biedronce) albo, że nie poradziłabym sobie w danej pracy.

Poza tym ciężko mi zrezygnować nie mając jasno określonych planów na przyszły rok.
No i zamiast odejść ze znienawidzonych studiów (tak, zdążyłam już znienawidzić ten kierunek), bujam się tak chodząc na zajęcia, bez żadnej motywacji do nauki (co się odbija na wynikach np. z anatomii, gdzie po raz kolejny nie zdałam kolokwium), ze skręconym żołądkiem ze strachu przed każdymi zajęciami (nawet przed głupim w-fem, gdzie przecież nie ma ocen).

Wracam na stancję i jestem potwornie zmęczona, nawet jeśli byłam na uczelni tylko dwie-trzy godziny i kładę się do łóżka, na "drzemkę", która jest dla mnie ucieczką od myślenia o problemach (tak jak w liceum)...

Naprawdę nie wiem czego ja od was, forumowiczki, oczekuję. Chyba czekam aż ktoś powie mi "zrób to i to", bo sama sobie z podjęciem żadnej decyzji nie radzę. Jestem strasznie niedojrzała, dziecinna, a tutaj trzeba podejmować dojrzałe decyzje na całe życie, trzeba dorosnąć i wziąć się w garść. A mnie to po prostu przerasta.

7

Odp: Nie radzę sobie ze studiami

missF, to może ja spróbuję doradzić coś w kwestii tej nieszczęsnej chemii. Sama jestem na kierunku przyrodniczym, więc trochę chemii miałam (nie dużo, ale zawsze), zajęcia praktyczne również. Zdaję sobie sprawę, jak bardzo stresujące to może być, zwłaszcza jeśli nie jesteś pewna siebie - miałam na zajęciach koleżankę, która była w takiej panice, że była w stanie wylać dobrze zrobione ćwiczenie, mimo że uczyła się przed zajęciami i nawet umiała je zinterpretować - tylko po prostu była niepewna. Do tego mieliśmy prowadzącego, który uwielbiał znajdować sobie ofiary i się nad nimi pastwić, więc dodatkowo ją podpuszczał, a ona wychodziła z zajęć z płaczem.

Ale do rzeczy - czy dostajecie przed zajęciami instrukcje ćwiczeń, macie jakiś skrypt do zajęć albo chociaż tematy ćwiczeń? Jeśli macie instrukcje, to po prostu przerób ją bardzo dokładnie przed zajęciami, wypisz sobie wszystko w czytelnych punktach, notuj, do czego służy każdy kolejny etap. Postaraj się zapamiętać tę instrukcję, ewentualne niejasności skonsultuj z koleżankami lub z prowadzącą przed zajęciami (w ogóle chodź na konsultacje do prowadzącej, to może bardzo pomóc). Nie radzę nadużywać koleżanek podczas zajęć, bo one też mogą być zestresowane i czasami bardziej improwizować niż precyzyjnie i dokładnie wiedzieć, co robią. Jeśli naprawdę kompletnie nie ogarniasz chemii, może weź chociaż kilka godzin korepetycji z tych najtrudniejszych rzeczy? Poproś może o pomoc jakiegoś pilnego studenta (u nas tak to działa, że zwykle znajdzie się jakiś dobry człowiek, który wytłumaczy)? Możesz też poszukać pomocy na chemicznych forach internetowych. Jeśli ogólnie lubisz kosmetologię, nie warto jej rzucać tylko z powodu chemii, chyba że masz na oku jakiś inny kierunek, który chciałabyś studiować. Z drugiej strony jeśli naprawdę wiesz, że nie dasz rady, to też nie ma sensu się męczyć. Po prostu nie podejmuj pochopnych decyzji i nie trać wiary smile

8

Odp: Nie radzę sobie ze studiami

Myślę, że uwagi skreślone przez Patataj są cennymi wskazówkami. Naprawdę warto z nich skorzystać. W podobnym duchu doradziłbym i ja. Powodzenia, trzymaj się!

9

Odp: Nie radzę sobie ze studiami

Może po prostu idź na korepetycje z chemii, żeby nadgonić te podstawy, których nie załapałaś w liceum.
Co do stresów i depresji nie mogę doradzać, bo nie mam do tego kompetencji.

10

Odp: Nie radzę sobie ze studiami

Moim zdaniem powinnaś zrezygnować i iść na zaoczne albo wieczorowe.  Nie dasz rady, tylko się do załamania nerwowego doprowadzisz. Przeżyłam coś podobnego. W pierwszej rekrutacji nie przyjęłam się do wymarzonego liceum przerzuciło mnie do innego. Było miejsce i się przeniosłam pod koniec wakacji ale poszłam bez przekonania. Nie dawałam rady, zupełnie nie dogadałam się z klasą, lekcje mnie przerosły. Byłam psychicznie wykończona przeniosłam się do innego liceum tak wytrzymałam tydzień i znów scenariusz się powtarzał. Wpadłam w załamanie nerwowe, leczyłam się u psychiatry i byłam na terapii u psychologa. Ze względu na budżet miasta i braki nie przyznali mi indywidualnego. To był koszmar. Nie chodziłam szkoły, brałam silne leki. Rodzina bardzo naciskała. Myślałam, że oszaleję. Aż w końcu naszłam na mieście na liceum żak. Zaoczne co drugi weekend, ludzie w rożnym wieku. To była moja najlepsza decyzja!!!!! Chodzę na korki przygotowujące do matury, mam świetną klasę, czas dla siebie. Myślę o jakieś pracy. I studiach. Oczywiście zaocznych. Dzienne są bez sensu. Lepiej studiować i pracować niż nudzić się na zajęciach i z jakimiś snobami-kujonami przebywać po kilkanaście godzin dziennie. Mamą się nie przejmuj. To w końcu twoje życie a jak pójdziesz do pracy to się usamodzielnisz. A mama pewnie przede wszystkim chce mieć Cię zdrową. A tak jak popadniesz w ciężka chorobę ty z tego nie wyjedziesz a mamie będzie ciężej.

11

Odp: Nie radzę sobie ze studiami

Są dwa wyjścia, pierwsze - będziesz dzień w dzień uczyła się chemii, Twoje koleżanki posiadają wiedzę ale i tak w końcu będą musiały się uczyć tak samo ciężko jak ty bo będą ciągle nowe rzeczy do nauczenia. Drugie przenieść się na studia zaoczne, tam też będzie chemia ale jak to na zaocznych będzie troszkę lżej. Studia zaoczne są dobrym rozwiązaniem według mnie bo i tak najważniejsza jest praktyka.

12

Odp: Nie radzę sobie ze studiami
olava14 napisał/a:

Dzienne są bez sensu. .....  niż nudzić się na zajęciach i z jakimiś snobami-kujonami

To studenci uczący się dobrze są snobami?
Dziwne spostrzeżenie hmm

13

Odp: Nie radzę sobie ze studiami

Postanowiłam wtedy dać sobie szansę, ale już nie daję rady. Psychicznie mnie wszystko wykańcza.

Przerwa świąteczna. Ciągle myślę o studiach, mam zaległości z jednego z najważniejszych przedmiotów, nie mam zaliczonych wszystkich kolokwiów, po przerwie świątecznej nadejdą następne, z którymi również nie dam sobie rady. Jestem zwyczajnie za głupia i za słaba na te studia, widzę to za każdym razem, gdy patrzę na koleżanki.

Nie mogę się na niczym skupić, w głowie mam tylko studia. Nie mam na nic ochoty- nie chce mi się jeść (albo wręcz przeciwnie, "zajadam" stres), nie mam ochoty na zbliżenia z chłopakiem, drażnią mnie nawet pocałunki.
Kiedy próbuję się uczyć- zaczyna boleć mnie brzuch, czasem aż muszę biec do łazienki. Na myśl o nauce cała się spinam, trzęsę, ściska mnie w gardle i chce mi się płakać. To idiotyczne. Przerwa świąteczna była moją szansą, by trochę nadrobić, tymczasem nie zrobiłam nic- każda próba kończyła się paniką albo histerią.

Nic mnie nie bawi, nie rozwesela, nie zajmuje- filmy mnie irytują i nudzą, muzyka też, rozmawiać z chłopakiem albo z mamą umiem tylko na temat studiów, co kończy się moim płaczem, chociaż nikt na mnie nie naciska, ani nie robi mi wyrzutów. Po prostu na samą myśl o powrocie do znienawidzonego miasta i uczelni skręca mnie w brzuchu i zaczynam płakać.

Nie mogę spać. Kiedy się kładłam, biłam się z myślami i znowu panikowałam (chciało mi się dosłownie wyć), więc postanowiłam kłaść się spać jak najpóźniej (ok. 4 rano) żeby być na tyle padniętą, żeby od razu zasnąć. Dziś mimo położenia się koło 3, wierciłam się w łóżku do 6 nad ranem. Kiedy się budzę, po około ośmiu godzinach, nie wstaję mimo bycia względnie wypoczętą, bo nie chcę znowu myśleć, tylko leżę albo drzemię, czasem aż do 14.

Zachowuję się jak dziecko. Na uczelni kilka razy dziennie chciałam wybuchnąć płaczem. Raz po fatalnie napisanym kolokwium przez pół godziny nie byłam w stanie się opanować, łzy mi napływały do oczu- chciałam poprosić wykładowczynię o wyjście do toalety, żeby się wypłakać i ogarnąć, ale nie byłam w stanie do niej podejść- gdybym się odezwała, wybuchłabym płaczem.

Każdy mi powtarza, że nie ma tragedii jeśli nie zdam sesji- są poprawki, warunki. Tylko, że w obecnej sytuacji nie jestem nawet dopuszczona do egzaminu z chemii, przez te niepozdawane kolokwia. Mam wsparcie mamy i chłopaka- jeśli zrezygnuję ze studiów to nie będzie końca świata. Wtedy zacznie się dorosłość- bo będę musiała znaleźć pracę (co również słabo widzę, bo niczego nie potrafię, nie mam doświadczenia ani wykształcenia).

Powinnam iść do psychologa, może nawet powinnam wrócić pod kontrolę psychiatry (cierpiałam na stany lękowo depresyjne, 2 lata byłam pod kontrolą lekarza i brałam leki, potem myślałam że się poprawiło, lekarz pozwolił odstawić tabletki, a ja przestałam do niego chodzić). Problem w tym, że nie ufam psychologom (uczęszczałam na pseudo terapię, która polegała na opowiadaniu co robiłam w danym tygodniu. Nie umiałam opowiadać o uczuciach, psycholożka również nie była nimi zainteresowana), ani psychiatrom, bo zawsze źle trafiałam. Chciałam skorzystać z pomocy psychologa uczelnianego, ale potrzebowałabym skierowania od lekarza, a wstyd mi mówić o moich problemach. Na prywatnego (widziałam wiele pozytywnych opinii o niektórych bydgoskich psychologach) mnie nie stać.

Znowu sama nie wiem czego od Was oczekuję, może po prostu musiałam się wygadać. Nie pamiętam już jak to jest być odstresowaną. Jestem ciągle w rozsypce. Odsuwam się od bliskich, mam wrażenie jakbym się odsuwała sama od siebie. Nie wiem już co mam robić.

Posty [ 14 ]

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » STRES, LĘK, NERWICA, DEPRESJA » Nie radzę sobie ze studiami

Twoja odpowiedź

Masz podobne doświadczenia? Zaloguj się albo załóż darmowe konto, żeby odpowiedzieć. Po drugiej stronie jest prawdziwa osoba.

DołączZaloguj się


Mapa strony - Archiwum | O forum | Poradnik | Prawdziwe historie | Kontakt | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2026