Do założenia tego tematu skłoniła mnie rozmowa (dosyć krótka ale jednak jakaś) której byłem jednym z uczestników.
Ogólnie chodziło o to że nie powinienem (ani osoby będące w takiej samej lub podobnej sytuacji) zbytnio narzekać na pracę bo:
- mam pełen etat
- umowę normalną, nie śmieciową na czas określony
- 'stabilną' pracę (z tym to różnie bywa ale powiedzmy że ma rację)
- nie ma tu 'wałków' przy naliczaniu wypłat,
- wynagrodzenia są terminowo
- jest jakiś minimalny 'socjal'
Ale z drugiej strony:
- mieszkam na północno-centralnej Polsce
- bezrobocie jest całkiem spore a możliwości złapania sensownej pracy za normalne pieniądze nie będąc najgorszym pracownikiem na najniższym szczeblu są niemal zerowe
Więc no ... z jednej strony rozumiem takie podejście ale mam ciągle wrażenie że to takie o, trzymanie siebie i innych na smyczy. Że niby znalezienie innej pracy gdzie byłyby wszystkie te plusy (które powinny być raczej standardem ale to swoją droga) graniczy z cudem, że 'pracy nie ma', że jest bieda, konkurencja i ogólna lipa ze wszystkim.
Czy naprawdę etat to taki luksus?