Hej. Zazwyczaj nie pisuję na takich forach, ale dopadło mnie już takie osłabienie, że może zdanie całkiem obcych zdystansowanych osób pomoże mi w moim problemie. Otóż
jestem jeszcze młoda koza (19 lat), studiuję dziennie i mieszkam w akademiku. Lecz coś tutaj nie pasuje, a mianowicie, nie studiuję tam gdzie bym chciała i nie mieszkam tam gdzie bym chciała ze względu na mojego chłopaka. Poznaliśmy się przez internet półtora roku temu. Ja mieszkałam w Katowicach, on w Warszawie. Spotykaliśmy się przez całą 3 klasę liceum średnio raz na 3 tygodnie, zazwyczaj na weekend, albo od święta na dłużej. Nigdy nie twierdziłam, że to był tęczowy związek, było dużo kłótni, ale wiem, że to ze względu na odległość. My po prostu nie potrafiliśmy się pogodzić, gdy nie patrzyliśmy sobie w oczy, mimo wszystko bardzo się kochaliśmy. Kiedy się widywaliśmy zawsze dochodziliśmy do porozumienia i kłótnie zdarzały się raz na ruski rok. A przez internet to była istna rozpacz. Wylałam litry łez. Mimo to, wiedziałam, że kiedy będziemy bliżej siebie, wszystko się ustatkuje.
Jeszcze w zeszłym roku postanowiłam po jego namowach, że wyjadę do Warszawy na studia. Zaproponował mi, żebym zamieszkała u niego (mieszka tylko z matką, więc miejsce by się znalazło). Zgodziłam się nie bojąc się, że będę od niego zależna ani nic z tych rzeczy, mimo że znajomi mnie przed tym ostrzegali. Nie udało się jednak ze względu na jego matkę... Nie zgodziła się, abym tam zamieszkała, mimo że miałam za wszystko płacić część kasy jak przy wynajmie. On okazał się bezradny (jest w moim wieku, pracuje jako krupier w kasynie, wybiera się na studia zaoczne od przyszłego roku). Zamieszkałam w akademiku (paskudne warunki.. zimno, brak kuchni), ponieważ nie było opcji żeby wracać do domu, bo zostałabym bez studiów. On w międzyczasie dostał pracę jako wspomniany wcześniej krupier i pracuje po nocach. Wcześniej, gdy robił kurs na krupiera widywaliśmy się niemal codziennie i nie ma się czego dziwić, bo znam w tym mieście tylko jego, nie licząc znajomych z uczelni.
Teraz widzimy się coraz rzadziej i rzadziej... Ja po południu kończę szkołę, on o tej porze wstaje i idzie do pracy. Widujemy się głównie w weekendy i wtedy ja u niego nocuję i czekam na niego, aż wróci z pracy i "przebywamy razem". Dlaczego wsadziłam to w cudzysłów? Bo to wygląda w praktyce tak: przyjeżdżam dajmy w sobotę o 12. On mnie wpuszcza i dosypia ze 2 godziny po czym wstaje, szykuje się i do pracy. Wraca powiedzmy o 1/3 w nocy (zaleznie od zmiany) i ja wtedy już padam, więc chcę spać ale jemu się nie chce, bo spał popołudniu... Także siedzę z nim może z godzinę, a najczęściej kładę się i mam nadzieję, że chociaż nie będzie hałasował. Warto dodać, że gra w grę przeglądarkową typu OGAME prawie że nałogowo, więc nastawia sobie w nocy budzik, żeby wysłać wojsko do ataku... I tym samym budzi też mnie. Jestem skazana na czekanie aż się położy i aż ja usnę, po czym wstaję wcześnie (8-9) bo nie potrafię spać do późna... Jestem zmęczona, ale już nie mogę usnąć, więc chcę aby on też wstał, ale on jest śpiący bo siedział w nocy. Kończy się na tym, że on śpi a ja coś robię na komputerze, potem on wstaje i szykuje się do pracy etc etc...
Oprócz tego wszystkiego ostatnio czuję się przez niego ignorowana... Często go pytam, czy wynajmiemy coś w końcu (bo też chciał), np. z dwoma studentami, żeby było taniej, ale widzę, że on niechętnie zrezygnuje z darmowej wody, gazu, prądu (płaci tylko za internet). Ale obiecał mi, że wyciągnie mnie z akademika i coś pójdzie do przodu, a on całe swoje pensje wyrzuca na pierdoły.. Sprzęt do komputera, zestaw głośników, różne takie duperele.. A kiedy raz poprosiłam go, żeby kupił mi jakiś fast-food w MCDonaldzie, bo miałam masę ważnych wydatków na tamten miesiąc, a niewiele kasy, to się zbulwersował, bo nie jest moim narzeczonym ani mężem, poza tym musi zbierać na czesne na studia za rok... Tylko że widzę jak on zbiera te pieniądze.. Wszystko przetrwania i to nie tylko jakieś tam 50 zł, ale setki złotych idą na jego zachcianki, bo on przecież na to zarabia. A ja wciąż czekam, aż on zrobi jakiś krok z tym mieszkaniem... Chodzę ciągle przybita i rozmyślam, jak było mi dobrze w domu, była rodzina, można było porozmawiać. Miałam swój szpital, swój kościół i stare ukochane przyjaciółki, a zrezygnowałam z tego dla osoby, która nie zapewnia mi przyszłości, mimo że wciąż mi powtarza, że pewnie kiedyś się pobierzemy i jak to będzie po ślubie.
Nie mam pojęcia co zrobić, aby jakoś go pobudzić do działania, aby zauważył, że mam problem... On raczej traktuje mnie jako swój problem, ponieważ to ja się upominam o cokolwiek, jako jedyna ze wszystkich otaczających go ludzi proszę go o odrobinę zaangażowania. Oferuję mu miłość i mam wrażenie, że to jest dla niego za mało, mimo że on też mówi, że mnie kocha... Choć coraz rzadziej o tym wspomina. Mam pustkę w głowie, może któraś z Was wie co mam począć?