Witam wszystkich,
Chciałabym byście mi przedstawili obiektywny punkt widzenia na całą moją sytuację.
Historia trochę długa, bo przez te wspólne cztery lata dużo się wydarzyło.
Jestem z związku z rozwodnikiem z dzieckiem o 10 lat starszym ode mnie, ja mam teraz 22 lata. Gdy się poznaliśmy nie był jeszcze rozwiedziony, lecz ja o tym nie wiedziałam (w ogóle nie wiedziałam że kogoś ma, gdyż zaprzeczał cały czas). Dzieliło nas 500km toteż sprawdzić tego nie umiałam. Z resztą dlaczego miałam nie wierzyć. Nie chciałam z nim być, bo mi się nie podobał i ta różnica wieku... Ale nie odpuszczał. W końcu się zakochałam i wtedy przyszedł pierwszy cios- dowiedziałam się, że ma żonę i dziecko. Przełknęłam. I to od razu napiszę, że to nie on zostawił żonę tylko ona jego zostawiła, aczkolwiek jeszcze wtedy nie mieli rozwodu. Fakt jest taki, że bardzo go skrzywdziła. Oszukiwała, zdradzała itp, dziecko jest z nami bo go nie chciała. Niestety M. wszedł od razu z tego toksycznego związku w związek ze mną - teraz wiem,że to był błąd, gdyż nie zdążył sobie poukładać życia. Całe złe zachowanie jego byłej odbiło się na mnie, ja ponosiłam tego konsekwencje. Po roku zamieszkaliśmy razem (ja wyjechałam do niego). I wtedy już się zaczęło. Teraz z perspektywy to wiem. Nie było tygodnia żebym nie wylewała łez. Przez pierwszy miesiąc moje rzeczy były w walizce, bo nie znalazł miejsca dla mnie. Dopiero jak mu to wygarnęłam to raczył coś wymyślić. Chodził spać z synkiem. Nie było w tym wszystkim czasu dla nas. Straciłam kontakt ze znajomymi (nie mogłam sama jeździć do domu) a on pokazywał że nie przepada za nimi, więc przestałam się kontaktować. Z rodziną kontakt też mam mizerny, bo długo ukrywałam prawdę o jego przeszłości i dziecku. A tutaj gdzie mieszkam nie mam żadnych znajomych, bo był chorobliwie zazdrosny. Z tego też powodu nie pracowałam (choć oficjalnie chodziło o to, że go stać i nie muszę pracować).
W między czasie wydarzyło się wiele złego. Ex porwała dziecko i dopiero po pół roku wrócił. W tym czasie M. swoje złości wyładowywał na mnie. Ja pisałam wszystkie wnioski do Sądów, do ministerstwa itd. A on to potraktował jako mój obowiązek, a gdy powiedziałam że psychicznie sobie sama nie radzę z tą sytuacją i nie jestem w stanie czegoś tam napisać, to się na mnie obraził,że nie chce mu pomóc. Tylko prawda była taka, że on wszystko zrzucił na mnie. Ale cóż. Zacisnęłam zęby i dalej robiłam wszystko tylko po to, aby pomóc małemu wrócić do domu, a jego zaczynałam nienawidzić.
Myślałam, że jak już wszystko się wyjaśni to może jeszcze da się uratować nasz związek. To było w maju. Niestety było coraz gorzej. Nie mogłam mu wybaczyć tego wszystkiego.
A mniej więcej od 2-3 miesięcy nie widzę sensu dalej tego ciągnąć, ale odejść nie umiem. Do tego mam tu studia (które oczywiście podjęłam, żeby sobie kogoś poznać - to jego myślenie) i zjazdy do tydzień.
Ale miesiąc temu wydarzyła się sytuacja, kiedy nie wytrzymałam. W mojej obecności sprawdzał historię na komputerze, po czym zarzucił mi zdradę, bo weszłam na konto na nk naszego instruktora tańca. Więc w akcie desperacji spakowałam się i chciałam wyjechać. Wtedy mi powiedział, że nie da mi samochodu (a było to wieczorem, więc nie miałam możliwości pojechać PKSem). Ma dwa samochody. Więc powiedziałam że i tak tu nie zostanę, bo psychicznie nie wytrzymam. Ostatecznie dał mi samochód (ale oczywiście ten stary - bo nowy jest jego).
Wtedy zdałam sobie sprawę, że tak jak przyjechałam z torbą, tak z torbą wyjeżdżam. Że nie mam nic. Że zdominował całe moje życie, kontrolował je i kierował nim. Że go nienawidzę, nie mam do niego za grosz szacunku i zasługuje na takie same zło jakie mi wyrządził
Po trzech dniach wróciłam bo miałam zjazd na uczelni. I on od tej pory oczywiście przeprasza, obiecuje i błaga. Tylko ja już mu nie ufam. Nie wierzę, że się zmieni, bo do tej pory tego nie zrobił, choć wielokrotnie obiecywał.
Mogę jeszcze dodać, że jestem osobą bardzo uczuciową. Jak oddaje komuś serce to całe i robię wszystko dla tej osoby, pomagam jak tylko umiem i nie oczekuje nic w zamian. Chcę być tylko szanowana i doceniana.
Jak ktoś wytrwał do końca to dziękuję. I przepraszam za chaotyczność, ale ciężko streścić 4 lata w kilku zdaniach.
Właściwie to nie wiem czego od Was oczekuje. Może ktoś był w podobnej sytuacji i umie coś poradzić.