Co myślicie o "przyjaciółkach/przyjaciołach" partnera/partnerki?
Jesteśmy z mężem od 4 lat ze sobą, rok jako małżeństwo. Początki znajomości i "bycia" ze sobą były naprawdę niesamowite, czułam się kochana, zauważana, zdobywana. Większość rzeczy robiliśmy razem, mieliśmy wspólne pasje i zainteresowania, nigdy się ze sobą nie nudziliśmy. Po kilku latach i naciskach w ubiegłym roku zgodziłam się na małżeństwo. Ślub i wesele było jak z bajki....i trzy tygodnie po tym ta bajka się skończyła!
Właściwie nie wiem dlaczego, nie potrafię sobie tego wytłumaczyć, coś mi kazało wziąć męża telefon do ręki kiedy się kąpał. Nigdy wcześniej tego nie robiłam, ponieważ uważam, że każdy ma jakiś kawałek świata dla siebie, a zaufanie to podstawa. Niestety to co zobaczyłam zwaliło mnie z nóg. Mój mąż, pod pretekstem pracy w nocy przed komputerem, prowadził bardzo ożywione dyskusje ze swoimi znajomymi na FB, a że ma aplikację w telefonie to wszystko odczytałam. Nie będę przytaczać wszystkich słów, ale tekst na trzy tygodnie po ślubie do jednej z nich "mogę przyjechać i cię wymasować" nie mieści się w moich kategoriach rozumienia "koleżeństwa". I takich wątków z różnymi było kilkanaście, dodam, że każdą rozmowę on inicjował, każdą dziewczynę on zaczepiał. Myślałam, że wezmę ten telefon i wrzucę mu do wanny pełnej wody! W życiu nie miałam takich emocji, nie wiedziałam co zrobić i nic nie mówiąc wyszłam z domu, żeby się uspokoić. Oczywiście po moim powrocie mój mąż czuł, że coś jest nie tak i w złości wszytko wykrzyczałam, pokazując walizkę i drzwi. Niestety jak to bywa w takich sytuacjach zastałam zaatakowana i od głupich zazdrośnic wyzwana. Jedynym komentarzem na tamtą chwilę było "jakbyś nie ruszała mojego telefonu to by nie było całej tej akcji i nieporozumienia". Tłumaczył, że te dziewczyny to jego przyjaciółki, że pisząc do jednej z nich "kocham Cię i uwielbiam" to miał na myśli tylko platoniczną miłość (chyba nie zna znaczenia tego słowa) i że cytuję mu same zdania wyrwane z kontekstu i tyle. Dodam, że nigdy nic nie wspominał o tych przyjaciółkach, ani żadnej z nich nie poznałam. Ciche dni trwały kilka tygodni i jakoś się to wszystko rozeszło. Po trzech miesiącach ten sam głos powiedział mi "zobacz telefon" (szczerze to zaczynam się trochę bać tych podpowiedzi w mojej głowie) i znalazłam kolejną korespondencję, niestety po otworzeniu każdej kasowała się bo wcześniej usunął je z komputera. Nie muszę pisać, że skończyło się to kolejną awanturą i kolejnym śmiesznym argumentem, że skasował, żebym się nie denerwowała co tez inne dziewczyny do niego piszą! I to nazywanie każdej przyjaciółką od serca, z lat dziecięcych, z pracy, z podwórka...mnie to śmieszy i dziwi...Co chwilę jakaś do niego dzwoni, pyta o rady, prosi o pomoc, albo tak tylko w ramach pogaduch. co one wszystkie muszą sobie o mnie myśleć? Głupia żona, daje się tak kołować.
No i tak sobie żyjemy, ja w paranoi sprawdzania telefonu, on w strachu, żeby przez przypadek nie wyjść gdzieś bez niego (nawet do toalety), oddalamy się coraz bardziej, nie mamy wspólnych tematów. O intymnych rzeczach i takich przyziemnych również pisze do swojej przyjaciółki M., której też od czterech lat nie miał mi czasu przedstawić, pomaga jej w większości spraw, wozi do lekarzy bo ponoć choruje bardzo. Ja przestaje pytać, zajmuje się pracą i córką, tylko jest mi strasznie przykro bo nie zaniedbywałam go jako faceta, dbam o dom, nawet pomagam mu w pracy na ile potrafię. Nie sypiamy ze sobą od kilku miesięcy i to nie dlatego, że ja nie chcę. Jest tak jakby nie potrzebował zbliżeń ze mną...a kilka razy w nocy go nakryłam jak się przez sen onanizował...
A wczoraj moja przyjaciółka z nami wieczorem posiedziała i kiedy ją odprowadzałam powiedziała: "tak dążył do tego ślubu, a teraz wszystko co mówi mógłby zastąpić jednym słowem: w dup...e to wszystko mam".
Najgorzej, że nie wiem co dalej...