Po prostu rozwód, bo nawet nie wiem, jakiego innego tematu użyć.
Z żoną w okresie ostatnich dwóchlat rozstawaliśmy sie kilkukrotnie, łącznie z jej wyprowadzkami.
Praktycznie przez cały okres małżeństwa było coś nie tak...a to że śmieci nie wyniosłem idąc do pracy ( z tych małych rzeczy zawsze największe wojny), a to że robiłem nadgodziny, że zbyt mało zajmowałem się dzieckiem, etc.
Fakt jest taki, że nadgodziny w pewnym momencie zacząłem robić tylko dlatego, że nie miałem ochoty wracać do domu i jego atmosfery ( wieczny foch, nieustające żale i pretensje).
Wcześniej pracowałem więcej, bo żona zaciągnęła (bez mojej wiedzy) dług, na który szła ponad połowa jej pensji.
Dziecku poświęcałem mnóstwo czasu. Jak tylko wracałem z pracy (około 16), przejmowałem opiekę nad nim.
Nie piłem, nie zdradzałem, pomagałem w obowiązkach domowych, mimo to zawse było mało, a okazywane to było w sposób tak dosadny, że bardziej chyba nie można.
Zreeztą nie ma to chyba większego znaczenia, bo i tak znajdą się osoby, które dopatrywać się będą mojej winy....co jeszcze mogłem? Byc bardziej ugodowy, bardzierj uległy?
Może i tak, ale to by wystarczyło na moment (mam na myśli jeden dzień czy też tydzień), bo za chwile i tak by sie sielanka kończyła, jako że żona chciałaby więcej i więcej.
Tak czy inaczej na początku tego roku rozstaliśmy sie definitywnie. Definitywnie z mojej strony....tzn. żona po raz kolejny postanowiła sie ode mnie wyprowadzic a ja obiecałem sobie, że to po raz ostatni....wyprowadzki polegały chyba na ukaraniu mnie, czy też przywołaniu do porządku (jakiego???). Po kilku dniach, tygodniach zona wracała i dla niej naturalnym było, że znów próbujemy...zatem próbowalismy przez miesiąc, do kolejnej wyprowadzki.
Proszę mi sie zatem nie dziwić, że po klilku latach małżeństwa oraz dwóch, kiedy to ona pomieszkiwała tu czy tam, miałem wszystkiego dosyć.
Ktoś powie....najłatwiej nie walczyć. Walczyłem. Kilka lat. Wywalczyłem, że szanowała mnie coraz mniej, a ja...przestałem ją kochać, bo jak można kochasc kogoś, kto ci nie ufa, kto, jeśli poświęca swoja uwagę, to wyłącznie po to, by cię zrugać.
W czerwcu tego roku złożyłem wniosek o rozwód. Berz winy, rzeczowo, jak najkrócej, same suche fakty, że niezgodność charakterów, etc....rozmawiałem z nia przed złożeniem. Mówiła ok, że nie będzie robic problemów....hm...kłamała.
Kilka dni temu dostałem pismo z sądu, że rozwód owszem, ale z mojek winy...że ubiega sie o dużo wyższe alimenty dla dziecka, a także o dodatkowy hajs dla siebie (ona pracuje oczywiście, przy dziecku pomagają moi rodzice, JA je biore na weekendy i zawsze kiedy mogę. Oczywiście płacę alimenty mimo tego, że nie są jeszcze zasądzone,...przeciez to moje dziecko)...Chciałbym z nia życ w dobrych kontaktach, dla dziecka. Niestety sie nie da.
Pismo rozwodowe, któro zostało złożone przez nią w sądzie jest bardzo krzywdzące. Nie potrafie zrozumieć wyrachowania ludzkiego, podlości.
Nie chcę sie godzic na rozwód z mojej winy, bo moją winą on nie jest. Czy ktoś miał podobną sytuację? Co moge zrobić?
Myślałem, żeby ubiegać sie o opieke nad synem, bo mam warunki (lepsze warunki) do jego wychowywania. JEstem z nim w bardzo dobrym kontakcie.
Nigdy tego nie chciałem, nie chciałem walki, ale jeśli nie zaczne używać tej samej broni co ona, czy uda mi się cokolwiek osiągnąć? Czy sądy są sprawiedliwe, czy patrzą na płaczącą w sądzie matkę i to jej przyznają wszystko, o co sie ubiega?
Czy sądy naprawdę nabierają się na manipulacje? JAk to wygląda w praktyce?
Z góry dziękuję za wszelkie sugestie.
Aaa, jeszcze jedno. po kilku miesiącach od jej ostatecznej wyprowadzki poznałem kogoś. Tak, po jej wyprowadzce, bo będą c w związku i kochając nie szukam przygód na boku. Oczywiście i ta informacja została zawarta w jej piśmie do sądu...że niby to już trwało i że dlatego sie rozwodzimy. A to nie jest prawda.