Witajcie. Zdecydowałam napisać na tym forum, bo nie mam się komu wygadać w realnym świecie. Mam 22 lata i odkąd pamiętam, zawsze czułam sie gorsza od otaczających mnie ludzi. Stresuje mnie rozmowa z ludźmi, bo uważam, że oni są super, a ja nie i właściwie robią mi łaskę tym, że w ogóle ze mną gadają. W szkole były takie "popularne" dzieciaki i gdy któreś z nich zamieniło ze mną słowo(chociażby pożyczyć ołówek), trzęsły mi się ręce i zawsze palnęłam coś głupiego. Potem bałam się, że smieją sie ze mnie za plecami i w ogóle jestem żałosna. Z wiekiem to trochę przeszło, ale nadal mam to uczucie bycia gorszą. Stale porównuję się z innymi. Pracuję w klubokawiarni i tam bardzo manifestuje się moja obsesja. Moi koledzy i koleżanki są w stanie szybko obsłużyć klientów, pożartowac z nimi, zachowują się profesjonalnie. Ja się denerwuję, panikuję, boję się, że wszystko mi sie wymknie spod kontroli i nie mam podzielnej uwagi. Czuję sie jak duża, głupia dziewucha, którą trzeba ciągle prowadzić za rączkę. Chciałabym być taka ogarnięta i zaradna jak moje koleżanki z pracy. Mają full znajomych, są inteligentne i ładne(ja niekoniecznie, jestem gruba, duża i z ryja dosyć nieprzyjemna), po skończonej pracy idą w miasto na super balety w gronie swoich super znajomych. Skrycie marzę o takim życiu, ale jedyne na co mam siłę po pracy i po zajęciach na uczelni to siedzenie godzinami przed kompem i jedzenie słodyczy(to przynosi mi chwilową radość, niestety tyję i wyglądam coraz gorzej). Właściwie to tyle. Latka lecą, a ja stoję w miejscu. Mam niby jakieś tam marzenia, ale zero motywacji, by je spełnić. Nie mam na nic odwagi, bo i tak przecież mi sie to nie należy, jestem zbyt tępa, brzydka, nie zasługuję na przyjemności. Nie mam chłopaka, ani przyjaciół. Lubię kilku ludzi, ale ja jestem im bardzo obojętna i w sumie mogłabym nie istnieć, są inni, fajniejsi ludzie. To chyba tyle, musiałam się wygadać. Nie szukam pocieszenia. Myślicie, że jest dla mnie jakaś mała nadzieja, czy potrzebny mi psychiatra?
1 2015-09-09 22:00:03 Ostatnio edytowany przez wercik37 (2015-09-09 23:26:07)
Podobne tematy
Po pierwsze wymień swoje zalety.
Po drugie - jakie masz relację z rodziną?
Relacje z rodziną - jestem jedynaczką. Z rodzicami mam dobry kontakt, ale od dawna nie rozmawiam z nimi na głębokie tematy, nasze relacje są "spoko", jak współlokatorzy. Zalety - wymienianie zalet sprawia mi psychiczny ból(wewnętrzny głos mówi "kpisz sobie, mała? cierpisz na brak kontaktu z rzeczywistością, jeśli tak uważasz!"). Ogólnie jestem "spoko" i nikomu nie lubię wchodzić w drogę, nie jestem wredna, ani złośliwa. Po prostu taki ze mnie neutralny, bezbarwny człowiek.
A czy np. w dzieciństwie byłaś chwalona?
Taka odpowiedź mnie nie satysfakcjonuje. Na pewno masz coś ładnego w twarzy, ciele, charakterze i masz jakieś umiejętności. Spróbuj!
Wygląd się dla mnie nie liczy. Dawno już położyłam lachę na swój(kilka tat temu byłam bardzo szczupła i wszyscy się mną zachwycali, ale straciłam to przez obżarstwo - nie mam umiaru w jedzeniu). W dzieciństwie byłam chwalona. Jako nastolatka też. Moja matka uważała mnie za nadczłowieka i nadal jest we mnie zapatrzona jak w obrazek, ale mnie się zbiera na wymioty, kiedy zaczyna mnie wychwalać pod niebiosa.
Potraktuj swój stan jako coś chwilowego. Coś co kiedyś minie, jak tylko zaczniesz więcej uczestniczyć w życiu społecznym. To że myślisz, że jesteś sierotą, ciapą, brzydka, nijaka sprawia że tak się zachowujesz. Im bardziej będziesz sobie to wmawiać, tym bardziej będziesz się tak zachowywać. Nie masz zakłamywać rzeczywistości - że jesteś jak te koleżanki. Masz przyjąć - ok teraz tak się zachowuje, z czasem się to zmieni.
I wierz mi, bo mam tak samo. Kwestia ogarnięcia się w nowym środowisku.
Ciekawość w sensie bycia człowiekiem ciekawym, bierze się z radości bycia. Z tego że Cię cieszą ludzie i świat, w którym żyjesz. Mi niestety to przeszło i już mało kto mnie potrafi zainspirować, ale Ty jesteś młoda i marnujesz swoja wewnętrzną energię. Sama narzucasz sobie kajdany, które Cię teraz uwierają.
Napiszesz o tych zaletach?
To może właśnie sport by ci dodał pewności siebie? MUSISZ dostrzec w sobie jakieś zalety i je podkreślać. Przestań użalać się nad sobą i weź się w garść. Życie jest w naszych rękach. Możesz być szczęśliwa, tylko musisz nad sobą popracować.
Witaj Wercik. Jeśli mama Ciebie za taką uważa to na pewno tak jest. Dlaczego nie chcesz uwierzyć w mile słowa? Powiem ci szczerze , że ja mam wysoką samoocenę chociaż cudu też ze mnie nie ma. Po prostu wierzę w to co dobre. Zawsze coś się znajdzie dobrego w człowieku.
Mówiąc o znajomych z pracy widzisz z boku , że wszystko im idzie gładko ale może oni też przeżywają w środku różne sytuacje tak samo jak ty. Tylko nie widzisz tego.
No i jeśli przeszkadza ci , że jesteś gruba to rzuć słodycze. Zamień je na owoce.
Wercik, nie gniewaj się, ale moim zdaniem potrzebny jest Ci specjalista - psycholog, bo na pewno nie jest z Tobą tak źle jak Ci się wydaje, wystarczy Cię tylko skierować na właściwe tory i dalej samo pójdzie. Musisz odzyskać wiarę w siebie, poczuć sie pewnie. Psycholog to nic złego i strasznego. Pójdziesz, porozmawiasz i po pewnym czasie zobaczysz, że dawne lęki odeszły w przeszłoć
.
Dziękuję Wam, tym wyżej
za rady i tak dalej. Ale nie sądzę, że moi koledzy i koleżanki z pracy przeżywają jakieś trudne chwile w środku, bo mają lepiej ułożone mózgownice. Jak np. w pracy mamy młyn w sobotnią noc, to zbieram ochrzan od koleżanek, że jestem nieogarnięta, że muszę to wszystko kontrolować. One pracują trochę dłużej(rok, ja tylko 4 miesiące) i mam wrażenie, że nigdy sie nie nauczę tak podchodzić do rzeczy jak one tzn tak spokojnie i rezolutnie. Z jednej strony młyn, 30 klientów w kolejce, a one biegają, uśmiechają się, żartują ze wszystkimi, a ja na ich miejscu bym się chyba rozpłakała z nerwów. Nie użalam się nad sobą. Chyba miliard razy próbowałam się zmienić, próbowałam schudnąć, pokochać siebie, wstać z łożka prawą nogą. Ale ten stan "uniesienia" trwał raptem 3-4 dni. Podejrzewam u siebie depresję, bo nie kocham życia i nie umiem korzystać z jego dobrodziejstw. Mam bardzo ograniczony umysł, chowam głowę w piasek. Myślę, że jak sie zamknę w domu(od 3 lat nie wychodzę do ludzi) to będzie dobrze, bo na nikim nie muszę zrobić dobrego wrażenia i nikt nie myśli"oj, żałosna dzidzia, kup se musk".
To idź do psychologa.
A co do pracy - miałam tak samo. Ludzie pracowali tam po kilka lat, ja kilka dni i ciągle coś robiłam źle. Ale nie uważałam się za gorszą od nich. Po prostu mniej doświadczoną. Z czasem się po prostu nauczyłam.
Wygląd się dla mnie nie liczy. Dawno już położyłam lachę na swój(kilka tat temu byłam bardzo szczupła i wszyscy się mną zachwycali, ale straciłam to przez obżarstwo - nie mam umiaru w jedzeniu). W dzieciństwie byłam chwalona. Jako nastolatka też. Moja matka uważała mnie za nadczłowieka i nadal jest we mnie zapatrzona jak w obrazek, ale mnie się zbiera na wymioty, kiedy zaczyna mnie wychwalać pod niebiosa.
To zart ? Nie wiem ja sie usmiałem.
To zart ? Nie wiem ja sie usmiałem.
Co w tym takiego śmiesznego? ;p
To idź do psychologa.
A co do pracy - miałam tak samo. Ludzie pracowali tam po kilka lat, ja kilka dni i ciągle coś robiłam źle. Ale nie uważałam się za gorszą od nich. Po prostu mniej doświadczoną. Z czasem się po prostu nauczyłam.
No właśnie, więc wiesz jak to wygląda. Ale mnie to dobija, że one się nauczyły pracy szybko i po miesiącu zapierdzielały jak mrówki(każda sie chwali, jak pytam ile czasu Ci zajęło nauczenie sie tej pracy w 100%). Ja 4 miesiąc siedze i czasami mam ochote krzyknąć do szefowej, żeby mnie wypie.rdoliła, bo przecież się nie nadaję. Błaha sprawa, ale np patrzę na wygląd swoich dłoni - od 4 miesięcy nie pomalowałam paznokci, bo w pracy wszystkie połamałam. A koleżanki mają manicure, oraz bardzo zadbane dłonie i mimo ciągłego mycia garów i grzebania w ekspresie do kawy umieją sobie utrzymać ładne paznokcie, podczas gdy ja mam dłonie jak facet po 30 latach w kopalni. Mówię, niby błaha sprawa, ale widać, kto jest super, a kto jest słabym wołem.
kwadrad napisał/a:To zart ? Nie wiem ja sie usmiałem.
Co w tym takiego śmiesznego? ;p
Ten opis mnie rozbawił.
Ogolnie jestem zdania ze mozg moze dzialac na 2 sposoby albo utrudniac zycie albo ulatwiac.
Ty wybierasz sposob w ktorym chcesz zeby mozg Ci utrudnial :
- podkreslasz swoje negatywne nastawienie do siebie wyciagajac wady
- podkreslasz zalety innych widzac same pozytywy
Wiec jestes 2x dalej od zwyczajnej oceny sytuacji na wlasne zyczenie.
Wiec jestes 2x dalej od zwyczajnej oceny sytuacji na wlasne zyczenie.
Jako zawodowy dawca organów, musisz mieć rację co do tego mózgu. Jedno jest pewne - odmiana takiego sposobu myślenia jest tak cholernie trudna, że musiałabym się chyba urodzić na nowo, jako tabula rasa, żeby nie myśleć o sobie źle. Albo mam to w genach po prostu. Dziwne jest, że mam tę świadomość, że ludzie wokół mnie nie są idealni. Np koleś w szkole, który był z marginesu i miał same pały, wciąż był lepszy ode mnie, bo miał super gadkę, dużo kumpli, nie liczył się z nikim. A ja może miałam piątkę z angielskiego, ale co z tego jak taki ze mnie cielak. Z powodzeniem umiem też stwierdzić, że głośne, wypacykowane lale są ode mnie inteligentniejsze, bo lawirują w towarzystwie i wiedzą, co robią, mają charyzmę. Ja umiem tylko słuchać i kiwać głową, zainteresować swoją osobą kogokolwiek już nie
To ogólnie jest tak ze zalety staraja sie rekompensowac wady.
Wady zazwyczaj te istotne nie sa widzoczne od razu.
Aczkolwiek srednia jest mniej wiecej podobna kazdy ma raczej taka sama.
Odmiana sposobu myslenia to skomplikowany proces ale ogolnie jest to mozliwe.
Na pewno do poziomu w ktorym widzisz ze srednia wieszkosci ludzi jest mniej wiecej podobna powyzej to sa jakies teorie z ksiazek do akwizytorów nie mam co do tego przekonania.
Czyli Twoja największą bolączką jest małomówność. Masz pomysł jak to zmienić?
Ja mam. Jedno to jakaś terapia grupowa. W moim mieście jest dla ludzi z fobią społeczną, depresją. Skorzystaj, może tam nauczysz się wypowiadać. Druga to jakieś kółko zainteresowań, nauka języka. Raz że poznasz ludzi, dwa że będziesz znowu musiała gadać.
Może napisz za co w dzieciństwie byłaś chwalona,jakie były powody? W jakim sensie mama uważa Cię za nadczłowieka, za co Cię wychwala pod niebiosa? Może problemem jest to, że rodzice ciągle traktują Cię jak dziecko, w sposób infantylny, i wyręczają Cię w wielu sprawach, może nawet wmawiają Ci bezradność: "zrobię to za Ciebie bo Ty sobie sama nie poradzisz". Czy tak jest?
20 2015-09-10 11:23:44 Ostatnio edytowany przez wercik37 (2015-09-10 11:25:22)
Może napisz za co w dzieciństwie byłaś chwalona,jakie były powody? W jakim sensie mama uważa Cię za nadczłowieka, za co Cię wychwala pod niebiosa? Może problemem jest to, że rodzice ciągle traktują Cię jak dziecko, w sposób infantylny, i wyręczają Cię w wielu sprawach, może nawet wmawiają Ci bezradność: "zrobię to za Ciebie bo Ty sobie sama nie poradzisz". Czy tak jest?
W dzieciństwie zapowiadałam się bardzo dobrze. Ładnie rysowałam(lepiej od rówieśników), pisałam dużo opowiadań i sama sklejałam pisane przez siebie książeczki. Rodzice mnie chwalili, bo nie mieli innych dzieciaków, to trzeba było się skupić tylko aby na mnie. Później, jak miałam 14-15 lat moja matka stwierdziła, że jestem jakoś ponadprzeciętnie inteligentna, cały czas mi wmawiała, że jestem lepsza od innych ludzi etc. Przez krótką chwilę sama w to wierzyłam, ale później się ocknęłam i zdałam sobie sprawę, że tak serio nic nie potrafię. A jasne też, że mnie we wszystkim wyręczała, bo to trochę despotyczna osoba i jak ona czegoś nie zrobi, to nikt nie zrobi tego lepiej. Nie uważam swojej matki za autorytet. Ona cierpi na brak kontaktu z rzeczywistością. Uważa, że jestem księżniczką i powinnam mieć życie jak z bajki. Że zaraz spotkam jakiegoś księcia i będzie sweet ;p Dlatego zbiera mi się na wymioty, gdy moja matka zaczyna coś o mnie mówić, to żenujące i płaskie. Nie jestem jednostką wybitną, tylko zwykłą, leniwą kupą gówna, która miała kiedyś jakieś talenty, swój urok, ale stała się tym czym się stała.
Czyli Twoja największą bolączką jest małomówność. Masz pomysł jak to zmienić?
Nigdy nie wiem, co powiedzieć. Brakuje mi kreatywności w wymyślaniu tematów do rozmów. Ze mną rozmawia się bardzo nudno, wolę słuchać niż mowić, dlatego jestem jak słuchawka - pogadasz do niej, a później ją odłożysz. Co innego z pozostałymi ludźmi. Czasem sama nie wiem, o czym oni mówią, że sie tak śmieją i tak sie uwielbiają.
Przyczyną Twojej nieistniejącej samooceny jest z dużym prawdopodobieństwem nastawienie rodziców i ich właściwie sprzeczny komunikat. Z jednej strony byłaś informowana o swojej "nadprzeciętności", a z drugiej mama ciągle Ci pokazywała, że wszystko jednak robisz źle i ona zrobi to lepiej. Jest to taki mechanizm wiecznego udziecinniania, który występuje u nadopiekuńczych rodziców. Wytwarza się wtedy taka dychotomia, że istnieje ideał (który perfekcjonistycznie jest zawsze nieosiągalny), ale, że w sumie na niczym się nie znasz, to nie ma nawet sensu próbować.
Na szczęście jesteś dorosła, więc możesz zmienić świadomie swój sposób myślenia. Oczywiście najlepsze by było pójście na terapię, ale równie dobrze jest zacząć od uprawiania sportu. Nie wiem jaki masz stopień nadwagi i co lubisz uprawiać, w związku z tym wybór zajęcia zależy od Ciebie, ale kluczem jest regularne wpasowanie tego w grafik. Wiem, że studiujesz i pracujesz, ale nie jest niemożliwym wygospodarowanie 4-5 godzin w tygodniu (np rano przed zajęciami). Nie tylko poprawi Ci się zdrowie, wyrobią mięśnie, wyszczuplisz się, ale PRZEDE WSZYSTKIM poprawi Ci się nastrój. Spróbój tak przez miesiąc, a gwarantuję Ci rezultaty.
Samo siedzenie na tyłku i zapychanie się słodyczami nigdy jeszcze nikomu na nic nie pomogło.
Na szczęście jesteś dorosła, więc możesz zmienić świadomie swój sposób myślenia. Oczywiście najlepsze by było pójście na terapię, ale równie dobrze jest zacząć od uprawiania sportu. Nie wiem jaki masz stopień nadwagi i co lubisz uprawiać, w związku z tym wybór zajęcia zależy od Ciebie, ale kluczem jest regularne wpasowanie tego w grafik. Wiem, że studiujesz i pracujesz, ale nie jest niemożliwym wygospodarowanie 4-5 godzin w tygodniu (np rano przed zajęciami). Nie tylko poprawi Ci się zdrowie, wyrobią mięśnie, wyszczuplisz się, ale PRZEDE WSZYSTKIM poprawi Ci się nastrój. Spróbój tak przez miesiąc, a gwarantuję Ci rezultat
Ważę 90 kilo przy wzroście 185, więc mam znaczną nadwagę. Większość koleżanek to takie zwiewne drobne blondynki przez co czuję się jak monstrum. Jakiś czas temu chodziłam na siłownię i udało mi się zrzucić 5 kilo, niestety zniechęciłam się tym, że włożyłam w to tak wiele wysiłku, a rezultat bardzo marny(zero różnicy w wyglądzie). Żeby schudnąć, musze wyeliminowac węglowodany, na które często mam ochote. Samo mięso i sałata to dla mnie średnia zabawa, ale jedząc węglowodany nie chudłam w ogóle nawet mimo ostrych treningów. Zniechęca mnie to, ile roboty trzeba w to włożyć, ile nerwów i czasu. Od wielu tygodni nie patrzę w lustro, ubieram sie w byle co, byle czyste. A stan motywacji trwa kilka dni, później dopada mnie wielkie zwątpienie i ląduję w szafce ze słodyczami - od wielu lat ciągnie się taki schemat
Masz nadwagę, ale nie jest ona wcale taka kolosalna. Wystarczy zrzucić 10 kg i będziesz w ramach zdrowego BMI. Poza tym ciesz się kobieto- jesteś wysoka! Co ja bym dała, żeby nie patrzeć na wszystkich od dołu
(bo ja mam takie metr sześćdziesiąt w kapeluszu).
Jeżeli chodzi o rezultaty, to zależą one nie tylko od diety ale również od treningu. Ktoś Ci układał plan na siłowni? Najlepiej skontaktować się ze specjalistą w tej sprawie, jednak szeroko mówiąc, najlepsze efekty daje połączenie treningu oporowego (wolne ciężarki lub maszyny) z aerobami (bieganie, wiosłowanie, rower, intensywny aerobik, pływanie). Istotna też jest częstotliwość ćwiczeń- raz czy dwa w tygodniu to zdecydowanie za mało, cztery, pięć to minimum. Inna sprawa to też nie zmuszanie się do czego nie lubisz- nie pasi Ci pływanie, to biegaj, nie lubisz ćwiczyć sama, zapisz się na klasę czegoś, a może na sport zespołowy.
Masz nadwagę, ale nie jest ona wcale taka kolosalna. Wystarczy zrzucić 10 kg i będziesz w ramach zdrowego BMI. Poza tym ciesz się kobieto- jesteś wysoka! Co ja bym dała, żeby nie patrzeć na wszystkich od dołu
(bo ja mam takie metr sześćdziesiąt w kapeluszu).
Jeżeli chodzi o rezultaty, to zależą one nie tylko od diety ale również od treningu. Ktoś Ci układał plan na siłowni? Najlepiej skontaktować się ze specjalistą w tej sprawie, jednak szeroko mówiąc, najlepsze efekty daje połączenie treningu oporowego (wolne ciężarki lub maszyny) z aerobami (bieganie, wiosłowanie, rower, intensywny aerobik, pływanie). Istotna też jest częstotliwość ćwiczeń- raz czy dwa w tygodniu to zdecydowanie za mało, cztery, pięć to minimum. Inna sprawa to też nie zmuszanie się do czego nie lubisz- nie pasi Ci pływanie, to biegaj, nie lubisz ćwiczyć sama, zapisz się na klasę czegoś, a może na sport zespołowy.
Sport zespołowy :3 z moimi umiejętnościami interpersonalnymi będę wspaniałym graczem zespołowym - na ławce rezerwowych z batonikiem w ręce. Jeśli chodzi o siłownię to nie układal mi nikt planu, sama się wzbogaciłam o wiedzę z internetu. Ćwiczyłam właśnie każdą partię ciała na maszynach, a potem jakieś 40 minut biegałam i ćwiczyłam na orbitreku.
No więc OK, wiesz czego nie lubisz, a to już początek ![]()
A jak organizowałaś trening? Czy ćwiczyłaś poszczególne grupy mięśniowe w dane dni czy robiłaś full body workout? Jest to istotne pytanie, bo jeżeli ćwiczyłaś całościowo, to mogło być bardzo ciężko bo byłaś normalnie przetrenowana. Generalnie duże grupy mięśniowe (plecy, klatka, nogi) potrzebują 72 godziny na regenerację, więc jeżeli klatkę wyciskasz w poniedziałek, to następny taki trening powinien być najwcześniej w czwartek. Jeżeli chodzi o aeroby, to czasem mniej czasowo ale w tzw interwałach (czyli jedna minuta takiego maksa, najszybciej jak możesz, a potem dwie słabego truchciku i tak przez 15-20 min na zmianę) są o wiele bardziej efektywne niż to samo tempo przez 40 min, bo wykorzystują na zmianę procesy tlenowe i beztlenowe.
Najlepiej byłoby jednak skonsultować się z trenerem fitness w lokalnym klubie, który będzie Ci mógł ułożyć naprawdę profesjonalny program treningowy.
A jak organizowałaś trening? Czy ćwiczyłaś poszczególne grupy mięśniowe w dane dni czy robiłaś full body workout? Jest to istotne pytanie, bo jeżeli ćwiczyłaś całościowo, to mogło być bardzo ciężko bo byłaś normalnie przetrenowana. Generalnie duże grupy mięśniowe (plecy, klatka, nogi) potrzebują 72 godziny na regenerację, więc jeżeli klatkę wyciskasz w poniedziałek, to następny taki trening powinien być najwcześniej w czwartek. Jeżeli chodzi o aeroby, to czasem mniej czasowo ale w tzw interwałach (czyli jedna minuta takiego maksa, najszybciej jak możesz, a potem dwie słabego truchciku i tak przez 15-20 min na zmianę) są o wiele bardziej efektywne niż to samo tempo przez 40 min, bo wykorzystują na zmianę procesy tlenowe i beztlenowe.
Najlepiej byłoby jednak skonsultować się z trenerem fitness w lokalnym klubie, który będzie Ci mógł ułożyć naprawdę profesjonalny program treningowy.
No właśnie, mam swój zaufany klub fitness i jest tam trener, ale chyba wolę ćwiczyć sama -.- Trenerów etc. się wstydzę, nie chcę zawracać nikomu glowy. Wiem, że to głupie, ale wolę byc samotnym wojownikiem. Czy to był full body workout? To profesjonalnie brzmi, ale nie "wyciskałam" z siebie siódmych potów - o tak po 3 serie na maszynach. 20 powtórzeń na ręce, potem brzuch(brzuszki, podciągnięcia, skręty z ciężarkem), potem nogi i pupa(kilka maszyn, 3 serie po 50 powtórzeń, bo nogi i tyłek mam strasznie otłuszczone). A na koniec, tak jak mówisz, interwałowy trening aerobowy. Najpierw 20 minut na bieżni, 5 minut truchtem i 2-3 minuty szybkiego biegu. To dawało efekty, ale oczywiście nie starczyło mi motywacji, żeby ćwiczyc dalej. Rzuciłam wszystko w cholerę. Niby powinnam żałować, ale jest mi to tak bardzo obojętne. Ale z drugiej strony ile można unikać zakupów, ubierać się tylko w powyciągane worki, unikać makijażu, fryzjera, kosmetyczki. Zatraciłam kobiecość. Kiedyś nawet myślałam, że jak schudnę to znajdę chłopaka, marzyłam o wielkiej miłości. Teraz tylko śmieję się w głos ze zdjęć moich zakochanych znajomych, trzymając w ręce pączka. To śmieszne, ale prawdziwe, jestem jak postać z kreskówki np. Peter Griffin, albo Hommer Simpson
28 2015-09-10 15:15:15 Ostatnio edytowany przez wercik37 (2015-09-10 15:16:43)
Tylko co zrobić, żeby mi się zachciało. Nie wiem, ile można siedzieć w miejscu. Boję się, że ten stan mi się podoba, że tak naprawde nie chcę nic zmieniać
Wercik37, a czego właściwie oczekujesz? Bo nie wiem, czy problem jest w tym, co Ty sama o sobie myślisz, czy co myślą inni, ale generalnie Ty SAMA zaprezentowałaś tutaj jakąś dyskusję. Ze sobą. Np. z tą wagą: jestem gruba - byłam szczupła - teraz mam wygląd w nosie - ale ważę tyle, jestem gruba - ale nie lubię czegoś tam - fajna siłownia - ale lepiej sama - ale... bla bla bla.
To są proste rzeczy: albo nie przeszkadza Ci bycie grubą i wszystko, co się z tym wiąże, ALBO bierzesz się za siebie. A wszystkie te komentarze krążące wokół odchudzania i wagi tego nie zmienią. Czy lubisz, czy nie, czy masz ochotę, czy nie - albo chudniesz, albo jesteś gruba. Koniec.
To samo z podejściem innych ludzi do Ciebie - a raczej Twoim wyobrażeniu o nim. Możesz nadal sobie uważać, że robią Ci łaskę, bo są tacy super, a Ty nie, a możesz wziąć pod uwagę, że raczej nikt nie ma po co Ci robić łaski (po co ktoś miałby się z Tobą z łaski spotykać? Facet może by na seks liczył
, ale kobiety? Albo im nie przeszkadzasz, albo nie spędzają z Tobą czasu). Tylko wiesz, jak dalej będziesz wychodzić z takiego założenia, jak teraz, to w końcu tak się stanie - bo to na pewno rzutuje na Twoje zachowanie, a raczej nikt nie zniesie jakiegoś samobiczowania w pobliżu.
Skrycie marzę o takim życiu, ale jedyne na co mam siłę po pracy i po zajęciach na uczelni to siedzenie godzinami przed kompem i jedzenie słodyczy(to przynosi mi chwilową radość, niestety tyję i wyglądam coraz gorzej).
To przestań jeść i siedzieć przed kompem. NAWET JEŚLI CI SIĘ NIE CHCE. Rób to na początku i bez motywacji, posiedzieć w domu zawsze wygodniej, ale jak zaczniesz coś robić, to się w końcu wciągniesz (ja tak na tych wakacjach zaczęłam dość niechętnie łazić na jogę, a teraz na nią czekam
). Oczywiście przymusu nie ma - możesz dalej siedzieć przed kompem, jeść słodycze i narzekać.
A tak na poważnie - wysmarowałaś długaśny opis tego, dlaczego jesteś gorsza, a mi się - nie obraź się - chce śmiać. Bo generalnie można to podsumować tak: jesteś gorsza, bo masz nadwagę, słabo Ci idzie kelnerowanie, nie masz zainteresowań poza komputerem. A reszta to jakieś jęczenie i w ogóle nie wiem, żeby dramatyczniej było?
Weź przeczytaj ten swój pierwszy post i znajdź tam więcej treści. Wydajesz się fajna, normalna, ale NIESAMOWICIE JĘCZĄCO-MARUDZĄCA i potrzebująca kopa w tyłek. Na rozpęd. Jeśli nie umiesz od razu zmienić nastawienia, to pobaw się w teatr i udawaj - jak się przestaniesz krzywić, zaczniesz się śmiać (nawet udając), nabierzesz dystansu do siebie i swoich ee... mankamentów (nawet jeśli nadal będziesz chciała jęczeć, to tego nie rób - śmiej się z siebie ^^), to w końcu i więcej znajomych się znajdzie. ![]()
30 2015-09-10 16:11:41 Ostatnio edytowany przez Beyondblackie (2015-09-10 17:14:19)
Wercik, full body workout to nic innego jak trening całego ciała, czyli wszystkich grup mięśniowych jednego dnia. Generalnie nie polecam, bo taki trening można robić tylko trzy razy w tygodniu i normalnie zabiera za dużo czasu i pozostawia znikomą ilość energii na aeroby. Uważam, że lepiej się sprawdza trening poszczególnych grup; czyli poniedziałek i czwartek robisz nogi, klatkę i brzuch, a we wtorek i piątek plecy, ramiona i przedramiona (co zabiera 30-45min), plus oczywiście jakieś 20 min bieżni. W środę za to robisz tylko jakieś aeroby. W ten sposób nie dojdzie do przetrenowania i będziesz mieć zrównoważony trening wszystkich partii ciała.
Jeżeli chodzi o Twoją technikę, to po pierwsze robisz za dużo powtórzeń. Lepiej działa 8-10 powtórzeń w pięciu seriach, z 30 sek przerwami. Po drugie, obciążenie powinno być znaczne. Machanie 5kg hantelkiem dwadzieścia razy nie zbuduje Ci mięśnia, a jedynie zwiększy wytrzymałość. Po trzecie, tłuszczu nie da się spalić z jednej, wybranej części ciała. Tłuszcz się spala wszędzie w miarę równomiernie. Trening siłowy zwiększa masę mięśniową, a za tym przyspiesza metabolizm całego organizmu, a nie targetuje pupy czy brzuszka.
I wiesz co, to są podstawowe błędy, których byś uniknęła gdybyś się zdała na trenera. On Ci łaski nie robi, jemu za to płacą ![]()
A co do chcenia, to polecam sobie ułożyć jakąś fajną playlistę na telefonie, której będziesz słuchać podczas treningu i chodzić na siłownię zawsze w tym samym czasie. Mózg jest trochę taki głupi i jak może to działa na autopilocie, więc regularność wyrabia w nim taki gadzi nawyk, że się budzisz...i już się chce, tak bez myślenia (sprawdzone w praniu).
tez tak kiedys mialam jak byłam młodsza. Moim zdaniem to jest przede ywsztkim kwestia negatywnego nstawienia. Kiedys uważałam ze to puste słowa, ale naprawde jest tak ze przez taka postawe ludzie cie tez inaczej odbieraja. Mi akurat pomogło to, ze poznalam swojego chłopaka ale on na poczakt przez to myślał ze jestem nim nie zainteresowana. Co do pracy, to jeśli jestes Malo prawna siebie czasem poszukac czegos gdzie jesy mniejszy kontakt z ludźmi a wierz mi ze jak się sprawdzisz , to twoja samoocena tez podskoczy.
32 2015-09-10 20:40:19 Ostatnio edytowany przez kwadrad (2015-09-10 20:43:47)
Z tego co zauważyłem to kobiety chodzą raczej na zajecia grupowe i wybierają sobie odpowiedni typ zajęć.
W sensie trwaja 30 -45 minut i maja konkretny cel.
Jak znudza Cie jedne to mozesz iśc do innych tez da sie pogadać. No i grupa motywuje.
Mało widuje kobiet korzystajacych z maszyn . Pojawiaja sie ale raczej sporadycznie , przeważnie po zajeciach.
Jak bieżnia to tak 40 minut wydaje sie ok . 20 to raczej za mało.
33 2015-09-10 21:30:06 Ostatnio edytowany przez Beyondblackie (2015-09-10 21:33:02)
Kwadrad, 20 min to wcale nie jest mało, jeżeli robi się to po 45min treningu siłowym i jeżeli robi się porządne interwały (czyli takie na przemian maks szybkość i trucht). Może dużo kobiet nie ćwiczy siłowo, ale to błąd, bo tylko trening oporowy podnosi metabolizm długofalowo i rzeźbi sylwetkę. Kobiety się po prostu często boją, że zaczną wyglądać jak kulturystki, co jest zupełnie nieuzasadnione jako, że poziom testosteronu u kobiety jest za niski do rozbudowania takiej masy mięśniowej (co te kulturystko biorą, to ja nie wiem, ale musi być to mocna chemia).
Poza tym chyba nie doczytałeś, że Wercik nie lubi być w grupie, więc naturalnym jest, że polecam jej ćwiczenia, które może wykonać sama. Nie ma sensu zmuszać się do formy sportu, której się nie lubi, bo efekty tego są marne.
Czy przypadkiem Twoja postawa nie wynika głównie ze złości na mamę? Masz dość tych mamy komplementów, one wychodzą Ci bokiem. Dlatego nie masz ochoty rozwijać tych talentów które masz: ładne pisanie, rysowanie, nie chce Ci się dbać o wygląd, bo jak wyobrazisz sobie reakcję mamy, jej zachwyty nad swoją "księżniczką", to Ci się odechciewa. Przez to wpadłaś w jakiś lęk przed sukcesem.
Takiwiatr, ja się słyszy CIAGLE komplementy z czyjejś strony, czy coś robisz dobrze, czy źle czy średnio,to one się dezawulują, bo zaczynają być odbierane jako coś automatycznego, nie mającego związku z rzeczywistością. Jak do tego jeszcze dołożysz ciągłe wyręczanie, to w umyśle zaczyna się rodzić idea, że może NIC tak naprawdę nie umiesz, a mama bo Cię kocha, tak z politowania albo z małpiej miłości, ciągle Ci kadzi. I powstaje wewnętrzna niepewność i niska samoocena.
Dziecko musi mieć wyznaczane jakieś cele i być oceniane w trakcie rozwoju, by umieć realnie na siebie patrzeć. No, czego nauczy Cię nauczyciel, który wszystkim pobłaża i wszystkimi w klasie się zachwyca? Chyba tylko lenistwa i braku wiary we własne możliwości. A jak raz dostaniesz tróję, to później wiesz, że jak się postarasz, dostaniesz czwórkę i że na nią w pełni zasłużyłaś. Tak się rodzi duma z siebie.
36 2015-09-11 18:34:26 Ostatnio edytowany przez Helka999 (2015-09-11 18:56:10)
....
Właściwie to nie jest tak, że to są TYLKO komplementy. Od dziecka słyszałam raz, że jestem super, a po chwili potrafiłam oberwać solidny opier.dol za bałagan w pokoju. Takie popadanie ze skrajności w skrajność. No i niestabilność emocjonalna mojej mamy chyba zadziałała, pamiętam jak w 3 klasie podstawówki dostałam bardzo słabą ocenę z matematyki to zaczęła wrzeszczeć, płakać, wyrywać sobie włosy z głowy. Zapytała mnie, co dostały moje koleżanki, a jak powiedziałam, że jakieś dobre oceny to wypomniała mi coś w stylu, że marzyła, by mieć w życiu lżej, że ona już tego nie zniesie. I to przez łzy. A ja wtedy się też posypałam, przepłakałam kilka godzin. Potem chciałam pójść do kościoła na spowiedź, trochę jeszcze zapłakana na twarzy, a matka do mnie "chcesz tam iść w takim stanie"?
No właśnie powinnaś dostrzec, że opinie Twojej mamy nie są podyktowane Twoim dobrem ani realizmem a jej brakiem zrównoważenia emocjonalnego (tzn jak jest sfrustrowana to się wyżywa na Tobie, jak w dobrym humorze to poklepie po główce) i znaleźć obiektywny punkt odniesienia. Forsuję tu tak ten sport, bo osiągnięcia w nim są właśnie takim punktem i dodadzą Ci pewności siebie. Nikt nie może zaprzeczyć ani wadze, ani miarce krawieckiej, ani temu, że jesteś w stanie bez problemu wykonać trening, który miesiąc wcześniej wydawał się niemożliwy.
I tak na serio, dystans do mamy, WIELKI. Puszczaj jej komentarze mimo uszu. Ona ma problemy z sobą.
moja droga rozleniwiłaś się , jesteś zbyt młoda by czas spędzać przy kompie i batonach ! ruszaj tam gdzie się coś dzieje ( festyny, koncerty , fitness , kino ,basen , akcje charytatywne , disco ,mecze , rajdy , zloty, spa, itd.... możesz i na pielgrzymkę ) byle do ludzi , tam gdzie się coś dzieje ,
A co jeśli wszędzie w takich miejscach czuję się jak piąte koło u wozu i nie umiem rozmawiać z ludźmi?
Wercik, nie musisz wcale w takie miejsca chodzić, jeżeli źle się czujesz tam. Ale COS musisz zrobić, bo siedzenie przed kompem, słodycze i użalanie się nad sobą to nie jest żadne rozwiązanie.
Więc CO zamierzasz?
Wercik, nie musisz wcale w takie miejsca chodzić, jeżeli źle się czujesz tam. Ale COS musisz zrobić, bo siedzenie przed kompem, słodycze i użalanie się nad sobą to nie jest żadne rozwiązanie.
Więc CO zamierzasz?
Chyba uświadomiłyście mi, że potrzebna mi pomoc specjalisty. Nie da się żyć(żyć tak na serio, nie mylić z egzystowaniem) wlokąc za sobą takie negatywne myśli o treści "fajna z niej laska, nie to, co ze mnie", "on jest taki fajny, rozchwytywany, ale rozmawia tylko z dziewczynami na poziomie" i milion innych. To jak chodzenie wszędzie z taką małą chmurą, która leje deszcz tylko na mnie. Łatwo nie będzie, bo ten schemat wlokę juz odkąd tylko pamiętam.
Kupiłam karnet na siłownię
Idę w poniedziałek
Kobieto, ściskam Cię wirtualnie!
Tak trzymać!
Kobieto, ściskam Cię wirtualnie!
Tak trzymać!
: *
Trzeba siebie doceniać.
i jak tam wercik ?
Jak tam u Ciebie Wercik?
48 2015-09-17 13:46:58 Ostatnio edytowany przez wercik37 (2015-09-17 13:50:53)
Dzięki, że pytacie. Póki co, jestem wytrwała, ale po kilku treningach czuję się ze 2x grubsza.. W pracy jak do tej pory - denerwuje mnie jedna koleżanka, która zauważyła już dawno moją słabą osobowość i nawet sie nie kryje z tym, że traktuje mnie jak niedorozwinięte dziecko. Srał ją pies ;P Na wagę jeszcze nie stawałam. Chyba się boję. Aha, no i słodycze śnią mi się po nocach
Hehe, jak narkoman na odwyku normalnie! Sama nie wiem, ile jeszcze wytrzymam, bo ze 200 razy do tej pory miałam napady silnej woli, ale one trwał maksymalnie 2 tygodnie, a później uczta. I po tej uczcie motywacja spadała na łeb na szyję.
Dobrze że się starasz, być może po ćwiczeniach masz większy apetyt, ale ogólnie pewnie się lepiej czujesz. Być może dzięki temu nie przejmujesz się wredną koleżanką. Nie bój się stanąć na wadze i zmierzyć się z rzeczywistością, pewnie nie jest źle. Nie zniechęcaj się.
Wercik, to się da kontrolować. Jako młoda dziewczyna potrafiłam zjeść całą paczkę herbatników z czekoladą, tak w jednym posiedzeniu. Ale dałam sobie szlaban na wszelkie słodkości i zastąpiłam je jogurtem, owocami, jakimś tostem z miodem na śniadanie i po kilku tygodniach...straciłam na nie zupełnie smaka. Dzisiaj, po latach, u mnie czekolada leży w szafce kilka miesięcy, a jakieś Delicje to chyba ostatnio w Boże Narodzenie kupiłam
Mam za to słonego "zęba" na paluszki i krakersy, którego trzymam w ryzach siłą woli ![]()
Jeżeli wiesz, że te dwa tygodnie to dla Ciebie taka swoista "górka" to radzę się sprząść i skupić na ćwiczeniu może troszeńkę dłużej (nawet pięć minut na bieżni) i jak Cię ściśnie na słodkie to mieć pod ręką jakiś fajny, gęsty jogurt.
Wercik, to się da kontrolować. Jako młoda dziewczyna potrafiłam zjeść całą paczkę herbatników z czekoladą, tak w jednym posiedzeniu. Jeżeli wiesz, że te dwa tygodnie to dla Ciebie taka swoista "górka" to radzę się sprząść i skupić na ćwiczeniu może troszeńkę dłużej (nawet pięć minut na bieżni) i jak Cię ściśnie na słodkie to mieć pod ręką jakiś fajny, gęsty jogurt.
O, rety, całą paczkę! ;P Moja droga, rozmawiasz z osobą, której pożywienie ląduje w kolanach, chyba nie mam czegoś takiego jak żołądek. Jedna paczka herbatników to dla mnie jak przystawka.
Ćwiczę cały czas, ale demotywuje mnie myśl, ile roboty przede mną. Ile kilogramów muszę zrzucić, żeby wyglądać dobrze. To prawie syzyfowa praca. Wiem, sama siebie demotywuję. Moze to zbyt oczywiste, przecież takich przypływów motywacji na siłownię i dietę miałam wcześniej multum. I zawsze kończylo się to wizytą w lodówce, a potem przed kompem z pełnym bebechem. Takie fuck my life. Ale to wygląda tak, jakbym nie miała zupełnie kontroli nad swoim życiem. A przecież to wydaje się takie proste - ćwiczę, nie sięgam po słodycze, chudnę. I tyle. A ja, jakbym była czyimś Simsem, którego gracz kieruje do lodówki po żarcie. To chore jakieś
Jesteście tu jeszcze?
Nie wiem, po co to piszę, ale w jakiś sposób jest mi lżej. W realnym życiu nie mam się komu wygadać.
Mam właśnie przypływ samojebczych myśli. Znowu. Zaczęłam praktyki w liceum, uczę ich angielskiego. Nie wiem właściwie dlaczego wybrałam specjalizację nauczycielską, bo do uczenia się nie nadaję, ale wyszło jak wyszło. Na praktyki dojeżdżam z koleżanką do innego miasta. I tu się zaczyna. Ona ma wszystko poukładane, zorganizowane, wypisała sobie nawet plan lekcji i wszystkie zadania, jakie chce zrobić. Słucham jak mi opowiada, co zamierza etc. jakbym przeprowadzała wywiad z ministrem(moja rola to tylko "aha, oo, ale super, podziwiam cie" i kiwanie łbem). U mnie wszystko robione "na czuja", czasem zapomnę nawet spojrzeć na konspekt, jestem tak zdenerwowana, ze drżą mi ręce. Prowadzenie lekcji jakoś mi idzie, nawet spoko, ale jest to niepewny grunt. Koleżanka ma też prawo jazdy i własny samochód. I znowu czuję się jak bydło, które trzeba wozić i prowadzić za rączkę. Dociera do mnie, że taki ze mnie pożytek jak z ameby, bo ja nawet nie potrafiłam zdać egzaminu teoretycznego na prawko. Rzadko czuję się tak zdołowana jak dzisiaj. Rzadko kiedy dociera do mnie, że jestem mega sierotą, ale dzisiaj to zrozumiałam, kolejny raz porównując się z kimś innym.
A co to za różnica? Też nie mam prawa jazdy, facet wszędzie mnie wozi, a lat mam 37
Krótsze dystansy robię na rowerze.
Przestań się porównywać z innymi ludźmi bo to droga do szaleństwa i MEGA DOŁA. Zawsze będzie ktoś od Ciebie mądrzejszy, piękniejszy, osiągający większe sukcesy. Nie musisz być Einsteinem i Claudią Schiffer zrolowaną z Billem Gatesem by być kimś szczęśliwym. Założę się, że koleżanka ze szkoły wzrostem Ci do pięt nie dorasta ![]()
A co to za różnica? Też nie mam prawa jazdy, facet wszędzie mnie wozi, a lat mam 37
Krótsze dystansy robię na rowerze.
Przestań się porównywać z innymi ludźmi bo to droga do szaleństwa i MEGA DOŁA. Zawsze będzie ktoś od Ciebie mądrzejszy, piękniejszy, osiągający większe sukcesy. Nie musisz być Einsteinem i Claudią Schiffer zrolowaną z Billem Gatesem by być kimś szczęśliwym. Założę się, że koleżanka ze szkoły wzrostem Ci do pięt nie dorasta
Gdybyś chciała, pewnie byś zrobiła prawko. Ja chciałam i nie umiem, co przypisałam już dawno swojemu mózgowi, który działa jak stary traktor. A co do koleżanki, może nie jest wysoka jak ja, ale to ja w tej spółce jestem duża i głupia, ona niższa i ogarnięta. W dodatku jeszcze matka sprzedała mi litanię z wrzaskami, że się okropnie ubrałam(gdzie to w dres na praktyki, jesteś normalna!?) ale to były trochę już wytarte dżinsy i bluza od dresu. Znowu czuję się jak duże dziecko. Na siłowni byłam rano. Jakoś ciągnę, ale akurat teraz wpadłam w dołek i jest mi masakrycznie źle.
Beyondblackie napisał/a:A co to za różnica? Też nie mam prawa jazdy, facet wszędzie mnie wozi, a lat mam 37
Krótsze dystansy robię na rowerze.
Przestań się porównywać z innymi ludźmi bo to droga do szaleństwa i MEGA DOŁA. Zawsze będzie ktoś od Ciebie mądrzejszy, piękniejszy, osiągający większe sukcesy. Nie musisz być Einsteinem i Claudią Schiffer zrolowaną z Billem Gatesem by być kimś szczęśliwym. Założę się, że koleżanka ze szkoły wzrostem Ci do pięt nie dorasta
Gdybyś chciała, pewnie byś zrobiła prawko. Ja chciałam i nie umiem, wszędzie jeżdżę z tatą, co jest w ogóle żałosne. Może powinien mi fotelik walnąć na tylnym siedzeniu. A co do koleżanki, może nie jest wysoka jak ja, ale to ja w tej spółce jestem duża i głupia, ona niższa i ogarnięta. W dodatku jeszcze matka sprzedała mi litanię z wrzaskami, że się okropnie ubrałam(gdzie to w dres na praktyki, jesteś normalna!?) ale to były trochę już wytarte dżinsy i bluza od dresu. Znowu czuję się jak duże dziecko. Na siłowni byłam rano. Jakoś ciągnę, ale akurat teraz wpadłam w dołek i jest mi masakrycznie źle.
Przynajmniej od dwóch tygodni nie napchałam się pączków, więc jakiś mini sukces. Nie wiem w dalszym ciągu ile ważę, ale czuję się jakieś 2 kilo grubiej
Przestań wmawiać sobie różne głupstwa. Zaczynasz na prawie jazdy, że nie mogłaś zdać testów a kończysz na wzroście. Sama siebie dobijasz głupimi myślami. A całkiem fajna z ciebie osoba. Bardzo podoba mi się styl ,w którym piszesz. Jesteś taka żartownisią, więc dlaczego mówisz do siebie te wszystkie złe rzeczy?
Wyobraź sobie, że świat potrzebuje ludzi różnych. Twój wzrost nie zależy od ciebie ale może być zaletą jeśli spojrzysz z drugiej strony na siebie. Zawzięłaś się i próbujesz skończyć ze słodyczami - to już jest wielki plus. Każdy ma jakieś wady a ty okropnie swoje wyolbrzymiasz wiesz?
58 2015-09-24 09:21:53 Ostatnio edytowany przez Beyondblackie (2015-09-24 11:55:44)
Absolutne GRATULACJE!
To, że regularnie ćwiczysz i, że ogarnęłaś słodycze to jest prawdziwe osiągnięcie. Widzisz, mogłaś się zlenić, a tego nie zrobiłaś, bo masz mocną motywację. Brawo ![]()
Co do koleżanki, szepnę Ci smutną prawdę: ona nie urośnie, choćby nawet na uszach stanęła. Za to Ty już teraz zaczęłaś się zmieniać na lepsze i czekają Cię w tej materii postępy i sukcesy
A to co Ci matka mówi, puść mimo uszu. To jest jej problem, co jej się tam nie podoba, nie Twój.
PS. Nigdy nie próbowałam robić prawa jazdy, bo szczerze mówiąc przeraża mnie ruch na ulicach. Na rowerze jeżdżę po chodniku ![]()
Hejka, jak tam u Ciebie?
60 2015-09-26 14:20:33 Ostatnio edytowany przez wercik37 (2015-09-26 23:40:21)
Dzięki, że pytasz. Jest OK! W poniedziałek staję na szklaną ladacznicę(czyli wagę), aby mi powiedziała jakie są efekty mojej 2-tygodniowej pracy. Nie wiem, czy to prawda, ale wyglądam troszkę lepiej. Pupa w górze, smuklejsze nogi.. Albo to jakaś iluzja, albo zaczynam się zmieniać. Dzisiejszy dzień jest akurat gorszy niż do tej pory, bo zjadłam pasek czekolady z orzechami. Miałam iść na siłownię, ale mój kostium jest cały mokry, a nie mam w czym ćwiczyć. Wiem, głupia wymówka.. Pójdę jeździć na rowerze jak przestanie padać deszcz, na co liczę. Wróciwszy z pracy jestem w większym dole niż za zwyczaj. Zawsze tak jest, gdy się naoglądam wesołych znajomych i kolegów z pracy jak sobie gadają, oraz śmieją między sobą. Super i luzik, a ja biegam jak zbzikowana galareta i ciąle się w czymś mylę. Dostałam opierdol od szefowej, bo miałam iść na nockę, ale ta do mnie, że ona mnie na nocnej zmianie nie chce, bo tylko przeszkadzać będę. Jestem żałosna
Absolutnie Ci sekunduję i cieszy mnie,że widzisz wyniki
Na tym powinnaś się koncentrować.
A jak masz doła, to nie skupiaj się na tym, co ktoś tam sobie mówi. Szefowa pewnie wyłącznie miała na myśli, że jesteś względnie nowa, a wieczorami bywa bardzo duży ruch, albo nie wiem, kiepski dzień miała i coś sobie tam burknęła. Masz zwyczaj odnoszenia wszystkiego do siebie i nadawania temu negatywnych konotacji, podczas gdy w rzeczywistości większość tego co się wkoło Ciebie dzieje ma z Tobą mały albo żaden związek.