Moje życie jakoś nigdy nie było fajne właśnie przez nieśmiałość i to nadmierną plus wrażliwości. Z jedną osobą się zaprzyjaźnię i mogę czuć się na luzie, w większym gronie, jak zamilknę to już mam dość spotkania.
Zanim zapytam czy mam jakieś realne szanse u kogoś za chociażby 10lat to opiszę, jak jest teraz...
Mieszkam na wsi. Do większego miasta mam 20km. Mieszkam z rodzicami, cały czas spędzają w domu i ja prawie też. Prawie w ogóle nikt ze sobą nie rozmawia.
Mam samochód, laptopa a resztę dnia zazwyczaj przesypiam. Mam już od prawie roku stabilną pracę, której nie lubię póki co (nie zaprzyjaźniłem się z nikim na początku i tak już pewnie zostanie dokąd tam będę pracował - końca dni albo emerytury). Cała załoga to tylko i wyłącznie faceci, czuję że moje IQ leci w dół... Chociaż są i mądre osoby. To nie studia/szkoła, nie chcę, nie idę - czy ktoś się "uczepi" kogoś, bo jest nieśmiały. Po prostu ciężko mi się czasem nawet dogadać o sprawach dotyczących pracy, a jak jest dłuższa przerwa w pracy to nic się nie odzywam i strasznie mi to przeszkadza, czasem ktoś mnie o coś zapyta, odpowiadam i na tym się kończy. Praca fizyczna. Chociaż studia mam jest już o kilka lat za późno. Wcześniej miałem pracę inną, też stresującą, ale to towarzystwo mieszane, jak już miałem "korzenie" z kimś to poznałem wiele osób kobiet i facetów. Mieliśmy zgraną grupę, wychodziliśmy co jakiś czas gdzieś razem. A jak wiadomo z kim się zadajesz z tym jesteś na bieżąco. Teraz czuję się fatalnie, bezowocna praca / dom i ciągle to samo przez cały tydzień prawie. Raz na miesiąc wpadnę na chwilę do znajomego albo do rodziny przy której czuję się ok.
Nie mam z kim porozmawiać nawet... Czasem na stacji benzynowej czy gdziekolwiek czasem ktoś o czymś zagada (nie czy chce hot-doga/płyn do wycieraczek) - tylko tak o pogodzie to już czuję się lepiej. Dwa zdania potrafią zmienić dzień na pozytywny. Jestem jedynakiem, więc nawet nie mam z kim pogadać o tym ![]()
Jest jeszcze jedna część tego życia...
Mając depresję i socjofobię (lęki wewnętrzne i somatyczne widoczne z zewnątrz przy głupich zakupach) i myśli samobójcze poszedłem do lekarza. I tak się wstydziłem iść w tamtych latach do takiego kogoś... A tutaj ogromna ulga, budzę się bez problemów, nie myślę o nich? zasypiam, nie myśląc o nich, nie mam problemu z zaśnięciem?
To tylko pokonało depresję. Tabletkę biorę codziennie od kilku lat. Co do socjofobii dostałem uzależniające leki "tymczasowo" a jak mogłem już po nich wyjść gdziekolwiek bez strachu i nawet zagadać (stąd takie pozytywne i otwarte relacje w poprzedniej pracy
Leki "tymczasowo doraźne" brałem codziennie, z czasem dawkę musiałem zwiększać, żeby uzyskać ten sam efekt, doszedłem do poziomu hard dawek... (5 szczęśliwych lat, jak u zwykłego człowieka). Oddałbym teraz 5lat życia za każdy normalny rok zwykłego człowieka ;(
Jeszcze ostatnia część mojego życia z teraz...
W pracy fizycznej nie mogę być taki, jak "naćpany", jak w poprzedniej, muszę szybciej kojarzyć, szef już nawet chyba wyłapał, że jest coś jest nie tak... Wyszło na zrobienie sobie dodatkowych badań dawno temu we własnym zakresie. Zacząłem odstawiać leki "tymczasowe", same depresyjne nie zmieniają "szybkości kojarzenia", więc z nimi chyba się nie rozstanę póki co w obecnym stanie, bez żadnego wsparcia. Większy problem stanowią leki "tymczasowe", z których schodzę dużo szybciej, niż inni (zależy od organizmu). Szybciej bym przeszedł, ale tylko bez pracy lęki, bezsenność, bolące stawy, głowa, męką jak na odwyku po jakiejś heroinie... Mam nadzieję, że zejdę do zera. Alkoholu nie tykam. Nie palę i nie paliłem. Chcę zejść z dawki, ale mam dość praca / dom... i zero wsparcia od kogokolwiek. Kilka razy w roku rozmowa z lekarzem.
Nie mam nawet dla kogo żyć... Przeżyje pracę, jeżeli będę miał jakiś płomyk nadziei życia dla kogoś, po pracy spotkać się z kimś, porozmawiać. Jak tak dalej pójdzie to zrezygnuję chyba z odwyku i zacznę się już kończyć i do niczego nie dojdę (a teraz do czego zmierzam? Chyba do sznura... Pogodziłem się, że te 5 lat muszę oddać z procentem. Zrobienie zakupów, jakiś wyjazd z KIMŚ zawsze dobrze mi zrobi, nie mam lęków z kimś. I praca będzie przyjemniejsza, jeżeli będę wiedział, że mam po pracy po co wracać...
Tak na podsumowanie... pewnie każdy to wie, ale komu ja to powiem?
Tok myślenia 14 latka, który ostatnio popełnił samobójstwo w gimnazjum pokazuje na jakim szczeblu "mądrości" jesteśmy. Nikt mi w szkole nie dokuczał za bardzo, mimo nieśmiałości, miałem kilku znajomych w klasie. Teraz mając 2x więcej lat kogoś kto by mi w jakiś sposób ubliżył, jak temu 14latkowi po prostu siłowo bym rozwiązał problem. Przeniósł bym się do innej szkoły, gdzie poszli moi znajomi z podstawówki. Wtedy coś mnie blokowało, wstydziłem się, co inni pomyślą. Teraz ten problem to nie koniec świata, jak się ma 26 zamiast 14 lat. Myślę, że jakby 14latek wtedy zareagował w ten sposób kilka razy, nikt by nawet do niego nawet nic nie mówił. Teraz co, pobiję się (wierzę szczerze, że to pomoże) i pozbawienie wolności. To nie bezkarny wiek poniżej 16 lat... Osoba w wieku 50 lat, podejrzewam, że miała by gdzieś te problemy z socjofobią, jedynie depresanty albo coś innego... Nie wiem, nie mam tylu lat, nie wiem co myśli taka osoba, ale pewnie większość była by w jakiś sposób zadowolona z siebie, że przeszła to piekło.
Zapytam wprost czy jakakolwiek kobieta by chciała kogoś takiego? Dziewczynę bym taką zaakceptował, ale w drugą stronę to nie działa. Wiem, że 99% nie. Ktoś coś może napisać pozytywnego, a myśleć zupełnie coś innego.