przyzwyczajenie czy miłość? to pytanie chyba niejedna kobieta sobie zadawała.. po czym można się dowiedzieć, że to nie upływ lat sprawia że człowiek ze sobą jeszcze jest?
jestem młodą kobietką, 3 lata po ślubie z małym dzieckiem.. Przed ślubem byłam z mężem w związku przez prawie 7 lat. Nie powiem czegos typu "myślałam że dobrze go znałam". Bo znałam go aż za dobrze. Mimo to wyszłam za niego i chciałam założyć z nim rodzine. Mój mąż od zawsze miał problem z okazywaniem uczuć, bo jak zawsze od niego słyszałam: "nie jestem mięczakiem, trzeba być facetem, a prawdziwi faceci nie okazują słabości". No właśnie.. Dla niego okazanie mi uczucia oznaczało ze słabością.. Ja zawsze twierdziłam, że to właśnie prawdziwi faceci potrafią całemu światu wykrzyczeć jak bardzo kochają kobiete i darzyć ją największą miłościa jaką potrafią. A tylko mięczaki udają bezuczuciowych twardzieli...
Zawsze chciałam być idealną żoną. Wracającą zmęczoną po pracy, a mimo wszystko zajmującą się dzieckiem, gotującą codziennie obiad swojemu mężowi, codziennie sprzątającą, piorącą, chodzącą po zakupy i nie zawracającą głowy takimi rzeczami zmęczonemu po pracy mężowi.. A po całym dniu harówki być dobrą kochanką dla męża, kiedy tylko bedzie chciał..
Moje małżeństwo było jakie było.. Urodził się synek, myślałam że mąż się zmieni, że doceni to co ma, że ma żonę, wspaniałego synka.. Jednak bardzo szybko znudziło mu się rodzinne życie. Po 2 tygodniach mojego powrotu ze szpitala, na dobrą sprawę zostałam sama z dzieckiem w domu, bez jego wsparcia i pomocy. Załamywałam się coraz bardziej, ale człowiek musiał funkcjonować, bo miał u boku największy skarb.
Przez te 3 lata każdy mu mówił, że w koncu się sprzeciwię takiemu życiu, że w końcu bedę miała dosyć, że odejdę a dla niego bedzie już za późno, a on dopiero wtedy się obidzi i zobaczy co stracił..
I taki dzien nadszedł po naszej 3 rocznicy ślubu:( przez cały weekend jaki sobie zarezerwowałam specjalnie na tą okoliczność, nie spedziliśmy ze sobą ani minuty, bo wszystko inne było ważniejsze .. Jak ja to usłyszałam "dla mnie to dzień jak codzień, nic szczególnego".. Po kilku dniach powiedziałam mu o rozwodzie. I dopiero wtedy przejrzał na oczy. Tak jak mu wszyscy dotychczas mówili.. Tylko że ja już nie mam siły walczyć o to wszystko. Bo właśnie z tego względu że tak dobrze go znam, to wiem że on się nigdy nie zmieni.. Ze teraz to jest tak na pokaz, żebym zmiękla i wróciła do niego, żebyśmy znowu tworzyli "szczęśliwą" rodzinke..
Tylko że ja już nie potrafię tak opty,istycznie na to wszystko patrzeć. Dla mnie nie ma to już sensu i tak jak mu wczoraj powiedziałam.. Dając nam szanse to zrobie to tylko z litości, bo nie mogę patrzeć na to jak on teraz cierpi.. Tylko szkoda że on nie widział jak ja cierpiałam przez te wszystkie lata,..
Tylko że jest jeszcze coś.. a raczej ktoś.. Wiadomo że każdy ma jakieś swoje potrzeby, niezależnie od tego czy to facet czy kobieta. I nie mówię teraz o sexie. Mnie brakowało docenienia mojej osoby, spojrzenie na mnie jak na kobiete a nie jak zapracowaną matkę i kurę domową.... Po tym jak zaczęło się chrzanić między nami, po tym jak powiedziałam że chcę rozwodu poznałam kogos. Całkiem przypadkiem, w pracy.. Zaczęliśmy rozmawiać o życiu, bo wiadomo że czasem lepiej jest się wygadać obcej osobie niż najbliższemu przyjacielowi.. I tak było w tym przypadku.. BArdzo dobrze mi się z tym facetem rozmawia, szanuje to ze mam męża, ale nie ukrywa że chciałby ze mną być. Nic na siłę, to jest tylko i wyłąznie moja decyzja.. On też jest po przejściach, po nieudanym małżeństwie, więc wie co ja teraz przechodzę..
Wiem że to teraz brzmi na coś typu "rzucam męża dla innego". Ale tak nie jest. JA to chciałabym zrobić tylko dla siebie, ale boję się że za jakiś czas mogę tego żałować..
Przyzwyczajenie czy miłość? Od miesięcy zastanawiam się nad tym pytaniem...:(