Kiedyś przez dłuższy czas śledziłam to forum. Należę do osób które są raczej obserwatorami. Rozstałam się z facetem definitywnie 1,5 roku temu mniej więcej, a tak dokładniej to pod koniec tego roku będą 2 lata, zależy który miesiąc brać pod uwagę jako ostatni
.
Jak można się domyśleć, prawie dwa lata to dość sporo czasu by sobie wszystko poukładać w głowie, zapomnieć o przeszłości itp. Nie wspominam, nie kocham, byłam dotychczas w 2 związkach, oba były toksyczne - z jednej strony z mojej winy, z drugiej - dobierałam sobie jeszcze bardziej toksycznych partnerów.
Jednego chyba kochałam, drugiego kochałam bardzo, zostałam przez obu bardzo zraniona do takiego stopnia że nie jestem w stanie otworzyć się na kolejną znajomość, mimo że miałam wiele okazji, bo jestem chyba dość atrakcyjną kobietą, nie mam problemu z powodzeniem u płci przeciwnej, jestem pewna siebie, znam swoją wartość, jestem aktywna zawodowo i naukowo, wszystko jest w porządku. Jednak gdy tak obserwuję otoczenie, rodzinę (pochodzę z rozbitej rodziny, kontakt z rodzicami jest nieznaczny, nie mamy ze sobą kontaktu, też przyjaciół raczej nie mam, znajomych lub dobrych znajomych, powiedzmy - idę przez życie sama).
Póki co inwestuję w swoją przyszłość, zawód, co mi daje skrzydeł, ale z drugiej strony przez to że koncentruję się na życiu zawodowym to gubię gdzieś po drodze uczucia. Nie wiem, czy wierzyć w miłość, tak wiele jest nieszczęśliwych par, albo par które są ze sobą z musu, z przyzwyczajenia, ze strachu. Z jednej strony mi dobrze samej, z drugiej 2 lata po rozstaniu pojawia się chęć ustabilizowania przy boku jakiegoś faceta, ale też i strach - co dalej, jak znów trafię na patologię? Obecnie raczej sama jej nie jestem w stanie wprowadzić, bo już wyszłam ze wszelakich dziwacznych zachowań.
Co więcej, w dużej mierze przyciągam facetów którzy raczej chcieliby się zabawić, niż związać na stałe - mam dość lekkie podejście do życia, to może dlatego. Brakuje mi miłości, ale z drugiej strony nie bardzo w nią wierzę, zazdroszczę po cichu tym którzy są szczęśliwi z drugą osobą, ale poniekąd im trochę współczuję. Nie rozumiem większości postów typu - po ślubie mi się odwidziało, dla mnie to nielogiczne, jak może się po ślubie odwidzieć, albo kogoś kochamy, albo nie, te zagmatwane historie z forum mnie często dobijają, że ludzie potrafią być tak zmienni. Zresztą też historie z mego życia, ja jestem niezwykle stała w uczuciach. Choć wielu facetów dąży do kontaktu ze mną, stara się, to ja ich odpycham. Boję się ponownego zranienia, no i teraz też nie mam czasu na związki, bo jestem pochłonięta "karierą". Ale przecież samą karierą żyć nie można...
Więc o co mi się rozchodzi? Hm... Czy wiązanie się ma jakikolwiek sens? Bo jak tak obserwuję to wszystko, to ludzie robią sobie dzieci z braku laku, bo ten wiek, bo coś tam, zero jakiegoś wyobrażenia na temat przyszłości, czy prawdziwej miłości do drugiego człowieka. Czy jest sens myśleć "dołem"? Dlaczego tak wiele osób myśli "dołem", zamiast kierować się po prostu sercem, a nie swymi korzyściami, próżnymi do tego? Czuję się osamotniona w swych przemyśleniach, mam wrażenie że nie rozumiem zachowania i podejścia innych ludzi, jestem człowiekiem tez po traumach, mającym spore doświadczenie w kontaktach z ludźmi i może dlatego coraz bliżej mi do wycofania się... Jeśli już jakiś facet zwróci moją uwagę, to coś jest z nim nie tak - zajęty, ma jakieś dziwne upodobania, itp.
Nie wiem, czy coś ze mną jest nie tak, czy jak...