Witam,
Może zacznę od początku… Mam na imię Kasia, mam 21 lat i obecnie pracuję w branży finansowej. Mam wrażenie, że nie radzę sobie ze swoim życiem. Jest mi cholernie ciężko na sercu. Szczerze mówiąc, to nie mogę sobie przypomnieć chwili kiedy byłam szczęśliwa.
W rodzinnym domu, w którym niestety nadal mieszkam, nie pamiętam żebym była kiedykolwiek traktowana poważnie. Mam starszą o 7 lat siostrę, która jak to bywa w tym typie modelu rodziny, zawsze była chwalona, wychuchana i wycackana przez rodziców. Ja natomiast byłam gdzieś tam z boku, z góry przyczepioną łatką „gorsza”.
Pamiętam już nawet te różnice, jak byłam mała… nie pamiętam ile miałam lat, może chodziłam już do szkoły? Zawsze słyszałam „ucz się jak Karolinka”, „bądź grzeczna jak Karolinka”. Dążyłam więc od małego do ideału, który rodzice we mnie zakorzenili.
Niestety, zawsze wychodziło na to, że robię coś gorzej. Lepiej sprzątała Karolina, lepiej zmywała, nawet ciuchy lepiej składała. Mając gdzieś 13lat przestałam sprzątać, zmywać i składać ciuchy. Skoro, Karolina robi to lepiej, to po co ja mam to robić? … Cóż, tak sobie wtedy myślałam. Wtedy byłam już dla matki „nierobem”.
Wcześniej w podstawówce, zawsze byłam tą drugą… moja siostra miała wcześniej tego samego wychowawcę, który zapamiętał ją jako młody talent. Karolina potrafi pięknie malować, do tego miała talent do matematyki. Pamiętam jedną sytuację, tuż przed komunią, gdy coś wyklejaliśmy. Zauważyłam, że właściwie mój klej jest pusty. Trochę za głośno powiedziałam, coś w rodzaju „No nie, Karolina znów używała mojego kleju”. Na moje nieszczęście usłyszała to moja wychowawczyni. Od razu zareagowała ostro, i jak to w jej naturze leżało, dość stronniczo. Głośno stwierdziła, że na pewno kłamię. Przecież pamięta, że moja siostra była „zawsze sumienna” i nie pozwoliłaby sobie, na żadne braki- tak jak ja. Przemilczałam to, choć nigdy nie zapomnę wyrazu twarzy klasy… te ich śmiechy.
Gwoździem do trumny był następny dzień. Z okazji komunii, otrzymaliśmy tak zwane „perełki”. Zbiór cytatów , przypisów z biblii. WSZYSCY dostali jakieś pozytywne, pamiętam pewne tytułu… „Pod parasolem szczęścia”, „Liczy się każdy dzień”. Ja jako jedyna otrzymałam piękny tytuł „Powiedzieć prawdę?” Pani wręczając mi tą perełkę, powiedziała jedynie „Przemyśl to”. W domu nie powiedziałam nic, ale pamiętam, że było mi okropnie przykro. W szkole lubiana nie byłam, głównie dlatego, że byłam gruba. Dzieci mnie wręcz nienawidziły. Miałam 3 koleżanki, które mnie szczerze lubiły. Potem jedna z nich zaczęła się ze mnie naśmiewać, tak jak i reszta. No i zostały mi dwie koleżanki.
W domu w tym czasie też było nieciekawie. Co prawda, zawsze jak przychodziłam miałam przed sobą talerz z ciepłym obiadem, ale nie mogłam nigdzie wyjść na podwórko (dlatego, tak na dobrą sprawę nie znam moich rówieśników z podwórka), nie mogłam oglądać telewizji, a jak byli znajomi u mojej siostry, to nie mogłam wejść do pokoju. Siedziałam wtedy w pokoju babci, albo w kuchni. W kuchni oczywiście było gorzej, bo matka wiecznie myślała, że podjadam – wtedy był krzyk.
Wejście do pokoju, w trakcie odwiedzin znajomych mojej siostry, było karane. Im raczej nie przeszkadzało, jak posiedziałam sobie na swoim rozsuwanym fotelu, i nawet nic się nie odzywałam. Za to Karolinie było to bardzo nie na rękę. Zazwyczaj jeśli weszłam do pokoju, to po wyjściu jej znajomych, dostawałam porządne lanie. Najczęściej w nos, który od tamtej pory mam przekrzywiony. Jak skarżyłam się na to rodzicom, to zawsze Karolina tłumaczyła się tym, że byłam niegrzeczna.
W ten właśnie sposób, zaczęłam po prostu moją siostrę nienawidzić. Wyśmiewała mnie na każdym kroku, biła i poniżała. Ja nie mogłam wtedy nic z tym zrobić.
Odskocznią dla mnie byli znajomi, z którymi oczywiście w oczach moich rodziców spotykać się nie mogłam. Popołudniami, w czasach gimnazjum, mogłam jedynie wyjść na 15 minut z psem. Jeżeli się spóźniłam, bądź wyszłam mimo ich zakazu, oczywiście otrzymywałam karę, zazwyczaj kolejny zakaz, bądź karę cielesną , choć stosunkowo rzadko.
Takie traktowanie, już wtedy kształtowało mój charakter. Zrobiłam się zamknięta w sobie. Zmieniłam znajomych, wpadłam w narkotyki. Rodzice w sumie nie wiedzieli. Po prostu uważali, że całkiem zdziwaczałam. Wpadłam przed operacją (zaczęłam chorować, mam zespół policystyczny). W badaniach wykazano obecność narkotyków. Zaczęły się długie rozmowy. Rozmowy, to za dużo powiedziane. Oczywiście krzyk, lepiej to opisuje. Ojciec wtedy sprał mnie na kwaśnie jabłko, myśląc, że biciem mnie odtruje i głód minie. Matka była zimna, nie mówiła nic. Po odtruciu poszłam na operacje, jako 14 letnia dziewczynka byłam sama, wśród wielu starszych kobiet, na oddziale ginekologii. Matki nie było ani razu. Przez prawie dwa tygodnie. Ojciec raz zadzwonił i zapytał czy czegoś nie potrzebuję. Przyjechał jedynie odebrać mnie ze szpitala. Zabrał wypis, wykupił leki i zawiózł do domu. Wtedy rodzice zaczęli prowadzić sklep. Nie było ich w domu, Karolina też się wyprowadziła. W domu przeważnie byłam sama z babcią, która już wtedy miała pierwsze oznaki choroby Alzhaimera.
Matka po moim wyskoku z narkotykami, zawsze pozostała dla mnie osobą oziębłą. Do tej pory zdarza jej się trzymać mnie na dość duży dystans. Jeżeli się do mnie wtedy odzywała, to tylko wyzwiskami. Dla mnie normalne było już to, że byłam dla niej „idiotką”, „debilem”. Czasami też mi mówiła, że skoro brałam narkotyki, to pewnie się puszczałam, więc stałam się też „kurwą”, „dziwką”.
Nie mam zamiaru się bronić przed tym. Miała prawo mieć mi za złe, to że ją zawiodłam. Zresztą niejednokrotnie też dawała mi, o tym znać- byłam jej życiową porażką. Córką, która uczyła się przeciętnie, miała problemy z narkotykami, a do tego była chora. Kiedyś usłyszałam, jak mówiła do siostry mojego ojca „Gdzie ja miałam z Karoliną takie problemy? Okres ma zawsze, żadnych guzów.”. Tak, jakbym była odpowiedzialna za swoją chorobę.
W drugiej klasie gimnazjum wszystkie obowiązki domowe spadły na mnie. Po szkole musiałam posprzątać, ugotować i do tego zająć się babcią, która miała co raz to bardziej zaawanasowaną chorobę Alzhaimera. Robiła się agresywna- gryzła, kopała, wyzywała. Nie chciała brać leków, więc zdecydowaliśmy się na plastry- system, który działa przez 24 godziny. Byłoby naprawdę dobrze, gdyby babcia nie zrywała sobie tych plastrów.
Drugi raz wylądowałam na operacji na cito. Babcia kopnęła mnie w podbrzusze, jak chciałam jej podać tabletkę. Pękła torbiel. Wtedy usłyszałam informacje, że nie mogę się przemęczać, bo będzie gorzej. Jakiekolwiek takie aktywności babci, będą jedynie pogarszać sytuację.
Matka, ani ojciec nie odciążyli mnie z prac domowych, babcią dalej się zajmowałam. Robiłam, to do trzeciej klasy liceum. Obserwowałam z dnia na dzień, jak ta kobieta gaśnie w oczach, jak przestaje być tą kobietą, z którą spędziłam wczesne dzieciństwo.
W szkole średniej, z uwagi na przeszłość z narkotykami nie miałam prawa nawet wyjść z domu. Szkoła, dom, szkoła, dom. Znajomych nie miałam, a nawet powiem, że do tej pory ich nie mam. Przez wszystkie lata miałam wpierane, że nie mogę być kimś ważnym. Byłam nikim, nic nie wartą dziewczyną.
Te słowa, de facto ukształtowały mnie. W dorosłym życiu, teraz… nie umiem sobie poradzić. Wszystko za co się zabieram źle się kończy, bez powodzenia.
Na obecną chwilę stosunki z moją rodziną są oziębłe. Ojciec… no cóż, nigdy nie liczył się z moim zdaniem i moją opinią. Nawet nie chciał mnie słuchać, teraz też mu się to nie zdarza. Matka, uważa mnie za skończonego debila. Siostra… ona zawsze powtarzała, że na nic nie zasługuję.
Jestem wrakiem człowieka, mam częste palpitacje serca, boli mnie głowa, mam torbiele na jajnikach. Nie mam niestety, komu o tym powiedzieć.
Jeżeli byłam kiedykolwiek, w jakimkolwiek związku, to zawsze byłam zdradzana. Nigdy żaden facet nie zachował się w stosunku do mnie fair. Byłam za dobra. Ostatniemu partnerowi pożyczyłam 5 tysięcy, po czym się zmył. W wyniku tego, sama popadłam w poważne problemy finansowe.
Nie oczekuję słów pocieszenia, bo wiem, że większość „przykrości”, jakie mnie w życiu spotkały, to tak naprawdę moja wina. Nie byłam dobrym dzieckiem, dlatego mam takie stosunki z rodzicami. Z siostrą… nie dogadałyśmy się.
Nie wiem, po prostu co zrobić, żeby w końcu uwierzyć, że życie może być dobre?