Zacznę od tego, że zawsze miałam problem, że trafiałam na niewłaściwych ludzi. Starałam się podtrzymywać znajomości, dbać o nie, pomagać ludziom kiedy tego potrzebują, niestety zawsze kończyło się tak, że oni po pewnym czasie odchodzili, a ja zostawałam sama. Nie wiem w czym tkwi błąd, we mnie? W moim charakterze? Może gdybym była większą egoistką ludzie bardziej by do mnie lgnęli?
Tym razem problem tkwi w relacjach ze znajomymi narzeczonego. Kiedyś wydawało się, że tworzyliśmy fajną paczkę, teraz nie wiem czy perspektywa wesel, czy czegoś innego, wszystko popsuła. Jesteśmy młodzi, a co weekend praktycznie siedzimy w domu, bo oni są albo zmęczeni, albo spotykają się z rodziną, albo - najczęściej - nie odbiorą nawet telefonu i nie oddzwonią. Za miesiąc nasze wesele, a niektórych nie mieliśmy nawet okazji na nie zaprosić, bo wiecznie nie mają czasu! Wczoraj mieliśmy okazję (po 3 miesiącach!) spotkania się większą paczką - jedni jadą z drugimi zagranicę na wakacje. Kiedy są oddzielnie - obrabiają sobie nawzajem tyłki, a wczoraj cieszyli się na wspólny wyjazd i balowanie. Nam nikt żadnego wyjazdu nie proponował. Dowiedzieliśmy się też, że oni potrafią się razem spotkać, nawet w środku tygodnia na jakieś wino lub kolację i jakoś wtedy nie są zmęczeni.
Inni znajomi mojego narzeczonego: niedawno mieli swoje wesele. Zostali wystawieni m. in. przez tych, o których wspomniałam wyżej (jedni nie mają niby kasy - to była taka wymówka, która nie była prawdą; drudzy odmówili z byle powodu w dniu wesela), jak niedawno się z nimi spotkaliśmy byli rozżaleni, że tamci do nich nie przyszli, że co to za znajomi. Po czym wczoraj na grillu dowiaduję się, że właśnie ci wystawieni znajomi robią jutro imprezę i kogo zaprosili? Jednych, na których przy nas gadali, drugich, a do nas nawet nie zadzwonili.
Najgorsze jest to, że mój narzeczony tak ślepo wierzy w to towarzystwo. Kiedy jest weekend nie chce planować nic, gdybym zaproponowała, że jedziemy do mojej siostry, czy mojej koleżanki i jej męża to nie 'bo może tamci się odezwą'. W zeszłym roku w wakacje tydzień przed rezerwowaliśmy miejsca, bo tak długo liczył na to, że może kumple się odezwą i wyjedziemy razem (oczywiście byliśmy sami). Ja osobiście nie mam ochoty z nimi się już spotykać, nawet za każdym razem jestem już kierowcą, bo nie mam ochoty z nimi pić, imprezować i udawać, że wszystko jest ok.