Do założenia tego wątku skłoniła mnie własna obserwacja.
W ostatnim czasie często zastanawiam się czy wokół mnie kręcą się sami fałszywi ludzie, czy tylko ja inaczej wszystkich postrzegam.
Chodzi o koleżanki, niby bliskie, ale jednak tak dalekie, gdy głębiej to wszystko poznaję. Tak samo bliscy znajomi.
Jestem w stanie zaufać całkiem obcej osobie. Oczywiście wyłączając z tego jakieś niebezpieczne sytuacje.
Jeśli chodzi o tych bliższych to nie mogę tego wszystkiego zrozumiec. Widzę i słyszę, jak np. koleżanka obgaduje swoją drugą koleżankę, której rzekomo nie lubi, a na drugi dzień idzie do niej na kawę i wówczas biorą innych na języki. Widzę, jak jedna zazdrości drugiej wszystkiego i w duchu śmieje się z jej jakiegoś potknięcia.
Robię wielkie oczy, gdy jedna z koleżanek w moje imieniny przychodzi do mnie z prezentem, a o dziwo z miesiąc wcześniej zatrzymuje mnie u siebie w drzwiach, bo właśnie drogą przechodzi inna jej koleżanka. A ona nie chce żeby tamta widziała, że u niej byłam. Przede mną udaje, że nie koleżankuje się z tamtą, a przed tamtą, że ze mną.
Ostatnio telefonicznie żaliła mi się, że jej mąż ma kochankę. Czeka, że ją odwiedzę, pewnie ma ochotę jeszcze bardziej się pożalić, może oczekuje wsparcia.
A ja najzwyczajniej w świecie nie mam ochoty na takie dziecinne dla mnie zabawy.
Mam dość ludzi i ciągle tylko utwierdzam się w przekonaniu, że są fałszywi, obłudni, nie można ufać tym właśnie najbliższym, których spotyka się na co dzień.
Dla obcych oddałabym serce, od tych bliższych wolę trzymac się już z daleka.
Pytam, gdzie są przyjaciele, o których często piszecie, że w ogóle są ?
Czy przyjazń to bajka, a wierzyc można tylko sobie?
Mam przyjaciółke, 100km ode mnie.
Gdyby mieszkała blisko mnie, sądze, że nigdy nie poznałaby mnie taką, jaką jestem.