Założyłam ten wątek, ponieważ rok,żyję bez przyjaciół. Jedynym bliskim mi przyjacielem jest mój narzeczony z którym mieszkam i moja mama(dzieli nas 70km.).
Męczy mnie to niesamowicie,czuję się samotna. Z narzeczonym mogę pogadać o wszystkim-wiadomo, ale brakuje mi paczki przyjaciółek-na pogaduchy, na zakupy, na piwo, na zwierzenia itp.
Przeprowadziłam się do narzeczonego rok temu. Z moimi "przyjaciółkami" z miasta rodzinnego kontakt się urwał. Tzn. ja przestałam być głupia. Gdy one coś chciały, zawsze byłam, na każde skinnienie, zawsze pomogłam, zawsze wspierałam. Gdy ja byłam w potrzebie, potrzebowała mądrej rady albo tylko obecności doradzały mi fałszywie. Gdy zakładałam własną firmę mówiły,że się nie uda,że po co ryzykować? Gdy przyszedł sukces podśmiewały się,że jestem "dorobkiewiczem" i "panią na włościach". Gdy były jakieś święta oczekiwały ode mnie bogatych prezentów i pokazywały,że nie są zadowolone gdy dostawały drobiazg (ja zawsze dostawałam od nich wino lub tusz do rzęs). Dodam,że znajomych zawsze miałam mnóstwo ale z przyjaciółmi nigdy mi jakoś nie było w parze... Jestem osobą, otwartą, pomagam, wspieram, staram się, dbam i nic ale to nic nie dostaję w zamian.
Gdy przeprowadziłam się do J. pomyślałam,że jego przyjaciele będą moimi przyjaciółmi. On zawsze ich chwalił, miał z nimi świetny kontakt, miałam nadzieję na lepsze. Myślałam,że dziewczyny jego kolegów pomogą mi zaklimatyzować się w nowym miejscu, wyciągną mnie na zakupy, na piwo,zaproszą do siebie, wciągną w jakieś towarzystwo.Ja bym tak zrobiła-pomogła,pocieszyła. Żadna nigdy mi tego nie zaproponowała. Zastanawiałam się czy ze mną coś jest nie tak, jeszcze bardziej sie otworzyłam-byłam na każde skinienie, na każdą prośbę. A to jednej zrobić ciężkie zakupy bo nie chce sama dzwigać, a to pożyczyć pieniądze, a to zaopiekować się psem, załatwić pracę, pożyczyć jakiś ciuch...Gdy ja coś proponowałam-wszyscy jego znajomi byli otwarci. Gdy my oczekiwaliśmy rewanżu-cisza.
Od kiedy mam firmę i dosyć dobrze zarabiam "przyjaciele" J.przyjęli taktykę pokrzywdzonych przez los. Przychodzą do nas na kawkę i ciasteczka (zawsze nasze) bez zapowiedzi, w okresie letnim non stop domagali się grilla(mamy duży ogród) nigdy nie przynosząc zupełnie NIC, pożyczają non stop kasę (ja im już nie daję ale J.tak), chcą żebyśmy urządzili sylwestra (pewnie też z darmowym cateringiem od nas) bo mamy duży dom, chcą to chcą to, non stop coś chcą...
U żadnych "przyjaciół" J. nie byłam ani razu, ani razu. Czy to nie dziwne? Czy to nie okrutne? On nie widzi w tym nic złego, pomaga im bo biedactwa nie mają pracy(bo jak oni mają pracować za 1200zl. jak ja zarabiam więcej?), bo nie mają mieszkań, bo nikt ich nie rozumie i bla bla bla...
Nie mogę na nich patrzeć, wydają mi się fałszywi i nic nie warci. Jestem rozczarowana.Tak trudno o prawdziwych przyjaciół? Jak ich szukać? Czy mam dalej dać się wykorzystywać?
Ostatnio była kłótnia przez "przyjaciół". Na którymś spotkaniu u nas gdy zaczeli planować domówkę u nas, nie wytrzymałam i zapytałam "w takim razie po ile się składamy po 100zl. od pary?" Jeden rzekł "jakie sto złotych, paluszki kupisz i posiedzimy". Tak, jasne, wszystkich ugoszczę paluszkami.Wiadomo, w takim razie,że oni nie planują jak zwykle nic kupić. Mój J. na to,że niepotrzebnie z tym wyskoczyłam,że oni nie mają kasy. A my przecież trochę jedzenia możemy kupić...I awantura gotowa.
Co o tym myślicie?Jak mam się zachowywać względem jego znajomych? No i co zrobić by mieć przyjaciółkę? Dać ogłoszenie w prasie czy co?:)