Witam,
wiek na kryzys wieku średniego, związek pełnoletni,
trochę mniej lat w małżeństwie (ale w sam raz na wypróbowanie),
dzieci tyle, że na kartę dużej rodziny starczy.
Drogie Panie, powiedzcie mi proszę jak to jest z tą miłością.
Jestem z moją żoną, nie wiem właściwie dlaczego.
Seks to penetracja, walka z własnym ciałem, w końcu skurcze i koniec.
Nic nie czuję w życiu pozytywnego, tylko kasa, zmartwienia, brak wszystkiego.
Wizualnie, po żonie, no cóż... widać upływ czasu, chociaż nie jest źle.
Ona jest dla mnie jak powietrze, przezroczysta, niewidoczna, niewyczuwalna.
Jesteśmy razem, od dawna. Na dobre i na złe.
Nakryła mnie daaawno temu jak się całowałem z byłą, kazała wybrać. Wybrałem.
Zrobiłem jej dziecko, poroniła, powiedziała że mogę odejść. Zostałem.
Zdradziła mnie, okłamywała. Wybaczyłem i walczyłem o nią.
Chciałbym ją zdradzić, dla zemsty, dla zasady, dla odreagowania. Nie potrafię.
Żadne z naszych dzieci nie jest z przypadku, zawsze pytałem czy chce i czułem że chce.
Jestem dla niej cały od samego początku. Od zawsze.
Będzie trzeba - będę zawsze, do końca. Zawsze.
Oddam jej wszystko, nawet serce (najprawdopodobniej, hehe).
Zdradziła mnie parę lat temu. Zakochała się w nim, wiecie jak to jest.
To że się zakochała, trudno, miłość jest wartościowym uczuciem.
To że z nim żyła i współżyła, gorąco i blisko, trudno,
to miło że ludzie dają sobie doznania i przyjemności.
Ale oddaliła się ode mnie, przestała okazywać mi miłość i nie dawała mi już
odczuwać siebie (nie mówię o seksie). Poznałem to po jej głosie.
Tego nie mogłem znieść.
To mnie powaliło, potargało, wyżarło, starło w pył i rozbiło w drobny mak,
pogryzło i wypluło, zmieliło i rozwałkowało, słowa nie oddadzą bólu, który odczuwałem.
Psychologicznie to chyba była depresja, psychozy, anoreksja, takie tam.
Właściwie to nie do końca ważne, poza tym że do dzisiaj jej zazdroszczę
tego zakochania, zaś sam ból chciałbym przeżyć jeszcze raz. Tak dla czystej,
perwersyjnej, wyniszczającej jak Mocarz i trawiącej jak ogień przyjemności
odczuwania czegokolwiek MOCNO i GŁĘBOKO. Tego lodu w sercu, skurczonego żołądka,
parodniowego głodu i łez mimowolnie lejących się po twarzy.
Przez parę miesięcy chodziłem po ścianach, żaden typowy sposób nie działał.
No ale wróciła do mnie.
Całą winę wziąłem na siebie, ani słowa.
Czasem tylko nie mogę się powstrzymać i wypominam, chociaż mi wstyd wypominać.
Teraz do tej mojej pustki emocjonalnej doszedł jeszcze strach i lęk,
które czasem nawracają. Teraz przy różnych awanturach czuję ten
ból i lęk z tamtego czasu, czuję jak do mnie powraca i mnie wypełnia.
Boję się tego że ona ode mnie odejdzie, czy mnie zdradzi, boję bardziej niż śmierci
(nie wytykajcie mi, proszę, ewentualnej sprzeczności z poprzednim akapitem).
Nie czuję w sobie miłości. Nie wypełnia mnie ciepło, nie czuję bliskości,
nie mam potrzeby uśmiechania się do niej, dawania prezentów, tych wszystkich
romantycznych detali, na które (typowo) kobiety zwracają uwagę.
Nie rusza mnie to ani trochę. Nigdy nie miałem potrzeby mówienia do niej
,,kocham Cię'', nie rusza mnie kiedy ona mi to mówi (właściwie to przez tą zdradę
słabo w to wierzę, ale nieistotne). Tak było zawsze.
Z drugiej strony, *wiem* że ona miłość CZUJE, wiem że na nią wszystko działa,
że uwielbia kwiaty, że lubi jak ją przytulam, dbam, przykrywam kocykiem jak śpi, gotuję,
pomagam, pieszczę, doprowadzam na szczyty-wiecie-czego, wysyłam zdjęcia, dzwonię,
rozmawiam, pytam jak minął dzień i takie tam szczegóły. Wiem, że ma motylki w brzuchu,
że jest jej ciepło i że lubi się we mnie wtulać w nocy, kiedy przy mnie śpi, że współżycie
i finał wypełniają ją do ostatniej komórki. Wiem, że mnie sobie ceni jako człowieka i
męża. Cieszy się mną, tym że jestem, że jestem z nią itp. MÓWI mi to wszystko,
mówią mi to znajomi. Mówią mi to obcy ludzie. Trochę powyższych obserwacji dokonałem
sam. Czyli mnie kocha... No ale ta zdrada... ZAŁÓŻMY zatem, że mnie kocha. Załóżmy...
Podobno zdradziła mnie dlatego, że była we mnie beznadziejnie zakochana i stęskniona,
kiedy ja byłem w robocie. W robocie dla kasy, kasy dla rodziny. W robocie daleko i DŁUGO,
tygodnie i miesiące. Miała ją dobić samotność i tęsknota, a koleś był w pobliżu
(w przeciwieństwie do mnie). No i, podobno, te jej uczucia *aktywnie* odwzajemniał.
W przeciwieństwie do mnie. Nawet bardzo aktywnie, wiecie jak to piszą,
,,jego oczy przypominały rozgotowane śliwki''. A kobiety, chcąc-nie-chcąc, na to lecą.
Ech, biedna, biedna sucz...
Dobra, teraz do rzeczy.
Jak to jest, że z nią jestem, nie czuję nic, żadnej przyjemności, rozkoszy, radości, euforii, nic.
Zero. Null.
Ona te wszystkie pozytywne emocje w sobie ma. Do tego jest niepoprawną optymistką. ...
Ja mam z tej całej imprezy tylko ból. I gratis strach, lęk, niepewność, zazdrość, frustrację,
złość, kiedyś była jeszcze agresja.
Ona mnie nie wkręca. Nie inspiruje. Nie porywa. Nie cieszy i nie raduje.
Ona *tylko*, albo aż... po prostu JEST.
Jej brak może mnie zabić. Przynajmniej mi się tak wydaje...
Chciałbym od niej odejść, żeby przeżyć ten cały ból jeszcze jeden, ostatni raz.
I już nigdy potem się nie bać i nie bać się, że ktoś mnie zdradzi i ode mnie odejdzie.
Jak uważacie.
Czy ja ją kocham?
Czy mam z nią być?
Pozdrawiam
PS
Uprzedzając, jako że jestem, jak Goofy, szalenie podatny na praktyczne działania prawa Muphy'ego.
Nie szukam nowych znajomych ani wrażeń.
Nie szukam relacji.
Nie szukam ucieczki ani alternatywy.
Nie mam intencji.
Jeżeli uważasz że jestem tym kim jestem, to nie masz co pytać bo i tak się wyprę.
(-)