Hej,
możliwe, że sobie podnoszę za bardzo poprzeczkę i jakby podniecam się zbyt wcześnie rzeczami, które nie mają jeszcze miejsca. Ale jestem osobą dość niecierpliwą, uwielbiam jak dużo się dzieje, lubię się zmęczyć i psychicznie i fizycznie, bo wiem, że wtedy coś zostało zrobione, jakiś punkt na 'liście' odhaczony.
Piszę tutaj ponieważ skonczyłam dość długie studia 1 stopnia + dodatkowy semestr dyplomowy. Moi rodzice jak i znajomi nie wiedzą co mnie dręczy , dla nich wszystko jest ok, to jak żyję, to co robię, to z kim, gdzie się spotykam. Jednak dla mnie jest to 'za mało'. Nie wiem czy po prostu jeszcze jestem niedojrzała i potzrebuję jakiś wielkich fajerwerków w życiu, ale u mnie musi coś się dziać.
Studiowałam kierunek przyszłościowy, od października idę na 2 stopień. Powoli studia mnie nudzą, wiem, że prawdopodobnie skonczę jak każdy znajomy w biurze, zawalona projektami, nic nowego mnie nie czeka. A ja pragnę jakiś nowości, ja chciałabym codziennie od życia czegoś nowego... Problem w tym, że na studiach mimo tego, że miałam kierunek fajny i zgrany, poza uczelnią nikt nie nawiązał innych znajomości. Ja chodziłam do kół naukowych, starałam się ogarniać jakby życie poza uczelnią w kołach, organizacjach- ale z czasem nie mogłam tego pogodzić i musiałam zrezygnować. Wyjechałam też na erazmusa na rok i po powrocie już np niektórzy znajomi pokoncyzli studia, albo nowi ludzie weszli do kół naukowych, nie było tej samej paczki. Może idiotycznie zrobiłam, że zrezygnowąłam. Może czegoś się bałam- sama nie wiem.
Poza tym w mojej przyszłej pracy po kierunku ważna jest współpraca, praca w grupie. No ale u nas na kieurnku tego nie było. Do tej pory tylko robię konkursy i inne rzeczy z 1 osobą. Nikt jakby nie pracuje razem, nie wiem dlaczego- mimo, że ws zprzyszłości tzreba będzie tak robić bo samemu nie osiągnie isę tyle ile w grupie ( w tym zawodzie).
Jestem osobą dość aktywną i mam jakiś wewnętrzny żal , że ludzie nie są tacy organięci, towarzyscy tylko wszyscy sami sobie. Nawet nie o to chodzi, że samolubni, ale nawet wyjść gdzieś po studiach na piwo czy coś. Każdy sam. Gdybym nie miała innych znajomych z uczelni i z liceum to byłabym sama jak palec. Dobrze, że studiuję w mieście, w którym się urodziłam i chodziłam do szkół. Współczuję ludziom z innych miast, przyjezdnym. Bo wiem, że np mieszkają sami w kawalerkach i nie mają towarzystwa.
Nie wiem dlaczego tak jest. Widze, że są inne kieurnki studiów, są inne wydziały i tam ludzie współpracują, bawią się, wyjeżdżają, tworzą paczkę. Nie wiem dlaczego u mnie nie. Wiem, że nie nalezy nikogo do niczego zmuszać w sferze prywatnej ale nawet nikt nie jest skory do grupowej współpracy np nad dodatkowym projektem do portfolio, co by się liczyło na 2 stopień jako dodatkowe zajęcie. Ja sama muszę się wkręcać w jakięs inne środowiska, ludzi, których nie znam i nie wiem cz mnie tolerują - bo np daną rzecz chcę robić. Wszystko robię sama bez niczyjej pomocy. Jeśli już to rękę do mnie wyciągają ludzie, znajomi z innych środowisk, branż a nie z mojej. Mimo, że np proszę o to samo, mówię to samo, nigdy nie zmieniam się na potrzeby danego środowiska.
Nie wiem co się dzieje, brakuje mi na moich studiach, w mojej branży takiej kooperacji, jakiś dodatkowych zainteresowań. Nawet z ludźmi od siebie nie współpracowaliśmy.
Wiem, że to co było minęło i należy iść dalej. Nie wiem czy mam zmienić uczelnię na 2 stopień czy po prostu zmienić środowisko ludzi w moim mieście. Nic nie wiem. Czuję się dziwnie.
Jestem człowiekiem kreatywnym, chciałam kiedyś coś fajnego stworzyć jakieś grupowe projekty, dostać aprobatę od profesorów itp. Nikt się nie zgadzał, ludzie marudzili, odmawiali. Nie wiem o co chodzi.
Tak jakbym na swoim roku i wydziale nie znalazła jakiejś grupy osób podobnych do siebie? Jakby tak traf chciał.
Nienawidzę się użalać nad sobą, ale to mnie bardzo przygnębia, że musze coś robić sama albo że muszę sama pytać innych ludzi i się napraszać. A nie, że inicjatywa wyjdzie ze strony grupy do której należę ![]()