Może Wy pomożecie mi obiektywnie spojrzeć na sytuację z w jakiej się znalazłam.
Jestem w zwiazku na odleglosc od ponad roku, dzieli nas 240 kkm-to nie jest problem, ale problem zaczyna sie, gdy w niedalekiej przyszlosci trzeba bedzie sie deklarowac co do przeprowadzki. Rozmawialismy o tym kilka razy i wiadomo, jemu zalezy abym to ja przeprowadzila sie do niego. Jako argumenty wymienia wlasciwie mieszkanie, ktore ma, no i praca. Ja mieszkam w miescie rodzinnym, tu mam wszystkich i z jendej strony wiem, ze nie moge sie ciagle trzymac rodziny, tylko ukladac sobie zycie, ale boje sie tej przeprowadzki, ze bede tam zupelnie sama. Oprocz tego tu na miejscu pracuje i uwielbiam to co robie, ludzi z ktorymi pracuje, warunki pracy i wszystko inne, nie mam na co sie skarżyc i tego nie robie nigdy
Znajomych mam tu juz kilka, ale dla mnie wystarczajaco, bo spotkania raz w czas sa dla mnie w porządku, mam tez kolezanki w innych miastach, z ktorymi czasami sie spotykam u nich,a czasami u siebie w miescie, gdy przyjada do domów rodzinnych.
A moj facet jest raczej jednostką stroniaca od ludzi i nie ma ochoty wychodzic do swoich znajomych zbyt czsto, co jakis czas wyjda, co jakis czas pogadaja przez telefon, a tak to zyje glownie praca-ma meczaca i po pracy odpoczywa i idzie spac.
Razem spedzamy czas zawsze dosc aktywnie i roznorodnie, ale zawsze sami, raz widzielismy sie z moimi znajomymi, raz z jego siostra i mezem. Byly u nas klotnie z tego powodu, ze chcialabym czesciej wychodzic z nim do ludzi, ale on takiej potrzeby nie ma. Nie mowie, ze non stop, ale marzy mi sie wspolne spedzanie czasu z nim i z kims jeszcze co jakis czas.
No i teraz moja ewentualna przeprowadzka. Dlaczego moja? No klamka nie zapadla, moze to byc i jego, ale pewnie byloby ciezko, jak z reszta iw moim przypadku. Nie widzi mi sie przeprowadzka tam, porzucenie tutaj pracy, zostawienie bliskich(choc to bym jeszcze przezyla, bo mozna sie odwiedzac), znajomych. Musialabym zmienic prace, niewiadomo jakie bedaw niej warunki, boje sie, ze bedziemy ciagle sami, moze kogos tam poznam, ale roznie z tym bywa, nie chce powierzyc calego swojego zycia jednej osobie i wymagac, zeby byl dla mnie facetem, przyjaciolka, powiernikiem i wszystkim innym. Jak sobie o tym mysle, to dzien w dzien bedzie tak samo, praca, powrot obiad i odpoczywanie. Lubie z mim facetem spedzac czas, ale potrzebuje utrzymywac kontakt z kims jeszcze. Boje sie, ze nie uda sie nam i nie bede miala do czego wracac w swoim miescie.
Tak czesto o tym mysle, ze zaczynam negatywnie sie ustosunkowywac do partnera, ze robie cos pod niego, ze rezygnuje z siebie. On mnie tam na sile nie zaciagnie, z reszta mowi, z jesli tego nie chce, to on to rozumie. Ale co dalej? Po prostu rozejsc sie?
Mysle sobie o dziecku, ze nie bedzie nikogo z moich bliskich kolo mnie. On mowi, ze to zaden problem, jego mama nam pomoze i wtedy mysle sobie, ze czuje sie zupelnie odcieta od swojego zycia, swojej rodziny.
Dopuszczam do siebie wiadomosc, ze byc moze nie dojrzalalam do zwiazku. Nadmienie, ze mamy po 27 lat. Moze za bardzo podkrecam role rodziny.Przeciez tyle ludzi mieszkaz dala od domu rodzinnego, czy ze mna wszystko w porządku? Ale wiem tez, ze glownie to trzyma mnie praca, gdybym szukala pracy, to z przeprowadzka nie byloby z takiego problemu. a teraz mam ustabilizowane zycie i nie wiem co dalej z tym poczac.
Podobne tematy
Ja uważam, że to on powinien zamieszkać w przyszłości u Ciebie. Tak jak zresztą pisałaś... Tu masz pracę z której jesteś zadowolona (a to nie często się zdarza), masz grono przyjaciół, a przede wszystkim rodzinę, matkę, która jak nikt inny rozumie Cię najlepiej i możesz jej zaufać. A gdybyś miała się przeprowadzić do niego... Nie wiesz jaka jest jego rodzina, jego matka może mieć zupełnie inne poglądy i mogły by być spięcia, komu byś się tam wyżaliła? Tylko jemu... Zresztą facetowi łatwiej by było znaleźć pracę, może nawet lżejszą niż obecna.
Tzn my bysmy tam mieszkali sami, "na swoim" nie z jego rodzicami ![]()
wiem, ze moge przyjezdzac itp, ale boje sie, ze w koncu to bedzie tak, ze non stop bede leciec jak na skrzydlach do miasta rodzinnego i to miasto bedzie mi sie kojarzylo z rozrwyka/wolnoscią, a tam bede po prostu z nim i bede miala prace.
straszne to jest, dlaczego tak mam?jakos moi znajomi wyjechali sami do innego miasta i zyja, sa lepsza para?bardziej zakochani? czy moze mniejsze wymagania?
moj facet nie chce nawet poznac mojego rodzenstwa, wykeca sie, nie czuje potrzeby, a ja mam jeszcze wyprowadzic sie do niego, bede sie czula jak pozbawiona wszystkiego w imie milosci i jednej osoby. Poza tym jest miedzy nami super i nie wiem co z tym fantem zrobic.
Ale myśląc już tak bardziej przyszłościowo. Założylibyście rodzinę (mieszkając u niego). Pojawia się pierwsze dziecko, będą potrzebne rady, będzie potrzebna pomoc. Nie masz pewności czy jego rodzina Ci wtedy pomoże, czy będziesz mogła na nich liczyć...
Jeszcze ta sytuacja, że Twój facet nie chce poznać Twojego rodzeństwa... 27lat i o co tu chodzi? Prędzej czy później pozna całą Twoją rodzinę, więc bez sensu, żeby to opóźniał. Sam sobie szkodzi.
Co do jego rodziny, to sa w porzadku, poznalalam ich, wiem, ze za krotko ich znam, zeby cokolwiek o nich powiedziec, ale zostalalm przyjeta cieplo i "zaakceptowana"
tego sie nie obawiam, pomoc wiem, ze tez by byla, tylko ze ja bym chciala i mojej rodziny w tym wszystkim. Marzy mi sie przyjechala po praccy do mamy, pogadania z nia, wyjscia, pogadania o dziecku, rady, pomoc jej.Zajechac do bratowej, posiedziec z dziecmi, pogadac, a jak bede tam, to po pracy, czy gdy bede z dzieckiem w domu, to bede z nim/sama. W sensie, zebedzie jednostajnie, nudno, ja nie chce od swieta widywac sie z bliskimi, tylko wtedy kiedy mam na to cza si ochote, a nie, czekac do weekendu, a teraz to nie, a teraz cos innego. Jeju, jak mnie to wkurza, dlaczego tak to musi wygladac.
Unika mojej rodziny jak ognia, ja juz nie raz sie stawialam i denerwowalam, na wyjscia z moimi znajomymi zgadza sie raczej z musu, bylo kilka propozycji, ale ostatecznie bylismy na 1 spotkaniu i tyle. Boje sie, ze w koncu bedziemy wyobcowani od ludzi, ze ja chcac nie chcac bede unikala kontktów z innymi, bo wiem, ze on tego nie chce. Znajomi jedni, drudzy zapraszaja na rozne wspolne wypady,a ja juz boje sie mu to proponowac, bo wiem, ze albo sie zgodzi zobowiazku, albo nie.
Zeby on chcoiaz u siebie mial jakies zycie owaryskie, to spobowalabym sie dograc, bo jestem raczej bezproblemowa, ale tam u niego bedziemy tez caly czas sami, bo jemu tak dobrze. No mi tez dobrze, ale ile mozna?
W ogole bedac tam, moze to wina tego, ze to tylko weekendy i chcmy spedzic caly czas razem, ale czuje sie czasami przytloczona tym, ze nie czuje sie swobodnie, nie moge wyjsc gdzies, pojsc na silownie, spotkac sie na chwile z kims, by moc pozniej wrocic do niego, tylko od rana do wieczora razem. Moze gdybym juz tam zyla, to byloby inaczej, ale jesli on jest jaki jest, to obawiam jak to bedzie
![]()
hmmmmm,masz naprawdę duży problem. Z jednej strony partner, którego kochasz, z drugiej rodzina i przyjaciele, praca itd. biorąc pod uwagę Wasze charaktery ja sądzę, że to on powinien przyjechać do Ciebie - ma mniej do stracenia...
wyjedz do niego, to twoja...nowa rodzina. on.
kiedys trezba odciac pepowine.;-)
To prawda, pepowine mam jeszcze bardzo silna, pomimo, ze jestem juz dorosla...
Tez tak mysle, ze on mniej taci, aleon jak na bardziej ulozonego typa przystalo mysle, ze gorzej reaguje na zmiany, ja lubie je i lubie nowe bodzce, ale nie wiem, czy az tak duze i silne. Niby nie powiedzial "nie" jak i ja tego nie powiedzialam, ale kazde z nas i tak liczy, ze to drugie zrezygnuje ze swojego miasta:) Gdyby nie praca, ktora uwielbiam, nie byloby problemu az takiego, bylabym bardziej sklonna. Czy bede miec jeszcze tyle szczescia by znalezc druga podobna?
No nic , na szczescie ta decyzja wciaz przed nami, choc to zycie na odleglosc zaczyna mnie juz denerwowac i wolalabym go miec blizej i zaczac w koncu samodzielne zycie, a nie tak z rodzicami-wciaz z nimi mieszkam.
Ja wyjechalam za facetem 600 km. Wszytsko zostawilam, rodzine, matke, siostre, psa, kota...
I moj mnie zdradzil. Sama siedze, kompletnie, bez nikogo.
Ale Twoj wyglada na porzadnego i ulozonego faceta...Ja bym wyjechala. Znajdziesz w jego miejscowosci prace ktora cie zadowoli?
To prawda, moj to ulozony facet, wiem, ze moge na nim polegac, on chce czegos powaznego i ciagnie mnie do siebie, namawia do wspolnego mieszkania, to mile;) wiem, ze mysli o mnie powaznie i pod tym wzgledem wszystko gra ![]()
Nasze miasta to miasta wojewodzkie, jego nawet wieksze, mam na pewno szanse na prace u niego, tak mysle, potrzebowlalabym tylko troche czasu by trafic na odpowiednia oferte, ale mysle, ze to wykonalne. Mysle, ze przeprowadzilabym sie jedynie pod warunkiem znalezienia nowej pracy u niego w miescie, wczesniej nie ma mowy, bo oszaleje w domu:)
Ale co jak nam nie wyjdzoe?jestem realistka, wiem, ze najmocniejsze zwiazki sie rozpadaja, boje sie tego, ale z drugiej strony, jak tak patrze, to gdyby nie rodzice, ktorych wciaz mam blisko kolo siebie, to jestem tu sama i szczesliwa tutaj, trzymajac sie rodziny tez nie bede.
A ty zostalalas w jego miescie? nie wracacasz do siebie?
Nie mam pracy w mojej miejscowosci...z ktorej pochodze.
Tu w duzym miescie mam wieksze szanse....
Nie jest jednak fajnie mi.