Sam nawet nie wiem jak zacząć moją historię....
Każdy z nas wie, że życie bywa przewrotne, brutalne, ale potrafi też być wspaniałe, kolorowe i fascynujące. To wszystko wzmocnia obecność partnera, który potrafi wspólnie z nami czerpać z życia przyjemność. Dla mnie to kwintesencja bytu na tym ziemskim padole.
Zamykając oczy widzę kobietę i mężczyzną którzy idą przez życie trzymając się za rękę pomimo przeciwności losu, a dla każdego z nich obecność drugiej połówki to cel życia. Praca i związane z nią sukcesy - jak dla mnie - to dodatek do tego właśnie życia.....
To oczywiście obraz idealny, który lata gdzieś w mojej głowie i zaburza mi totalnie odbiór realnej rzeczywistości. A rzeczywistość jest taka, że ta druga połówka żyje swoim życiem - czyli pracą - i od niej jest totalnie uzależniona, co oczywiście znalazło brutalne przełożenie na nasze życie. Proza życia.... ona zawsze się wkradnie, z nią jednak idzie wygrać - jak dwójka chce i ma do tego motywację. Wydawało mi się że mojej motywacji wystarczy za nas dwoje - niestety nie zdawałem sobie przez lata sprawy jak bardzo się myliłem.
Teraz tak faktycznie to tylko z sobą zamieszkujemy. Nie ma kolacji przy świecach, wspólnych kąpieli w pachnącej wannie, namiętnego seksu - jak sobie teraz myślę - to chyba nigdy ich nie było. Organizowałem je chyba tylko dla siebie wykorzystując chwile słabości żony lub te nieliczne chwile, kiedy miała ochotę na jakąkolwiek fizyczną bliskość między nami..... Choć przy wielu rozmowach, wciąż twierdzi, że lubi się ze mną kochać, jej postępowanie świadczy o czymś innym.
Inicjatorem jakiejkolwiek formy zbliżenia między nami jestem w 98% ja. Po kilkunastu latach życia powinienem się chyba do tego przyzwyczaić, niestety nie mogę. Każda próba zbliżenia to dusza na ramieniu, że usłyszę - a nie chcesz się tylko przytulić? nie możemy sobie poleżeć????? Lub - No śpij, śpij - taka jestem zmęczona. Ma prawo być zmęczona skoro pracuje od rana do wieczora i jest pracoholiczką, która jak każdy "holik" nie przyjmuje do wiadomości destrukcyjnego uzależnienia.
Dziś nad ranem, przytuliłem się do niej. Jej zapach, gładka skóra i ciepło pobudziły moje zmysły - zaczynam ją dotykać, powoli pieścić i po chwili słyszę - "no kuźwa to dopiero piąta rano"....
Czar prysł
- odwróciłem się na drugi bok. W głowie mętlik, dusza o mało co z piersi mi nie wyskoczyła. To już nie pierwszy raz, lecz dziś zrozumiałem, że to się nigdy nie zmieni. Na ten temat rozmawiałem już dziesiątki razy - wciąż słyszę, że przesadzam, dla niej nasze życie seksualne jest idealne, uwielbia się ze mną kochać, a ja mam zbyt duży temperament. Z tym temperamentem jednak muszę sobie radzić sam, bo jej jakby ten problem nie dotyczy... No przecież nie można się kochać codziennie....
Na boki nie zamierzam skakać, jakoś mało mnie to kręci, lecz ostatnimi czasy coraz to częściej myślę, że może jednak powinienem. W tym związku raczej namiętności nie znajdę.... nie wiem czy potrafię bez niej żyć. Tyle lat się oszukiwałem, że może kiedy zawita w naszym łóżku, widzę, że nie ma na to szans... nie wiem co teraz robić... Czekać na te 2% jej aktywności i nadal męczyć się w tym seksualnym maraźmie. Jak ją zmobilizować do działania, czy to w ogóle jest jeszcze możliwe......???? Czy ktoś z Was ma tak samo - jak sobie z tym radzicie????