Od bardzo dawna jestem samotna - od 4-5 lat. Mam 25 lat. Przeobrażałam się z brzydkiego kaczątka w łąbędzia. Dopiero teraz czuję, że żyję i dopiero teraz dochodzą do mnie pewne sprawy - czuję, że jestem opóźniona emocjonalnie i życiowo w stosunku do moich znajomych. Czuję się jakbym miała z 20 lat. Niedawno straciłam dziewictwo... Nawet nie wyglądam na 25 lat- każdy mi daje max 23 -_-
Chodzi mi o to, że nie mogę pogodzić się z faktem, że świat wiruje wokół seksu. Że nie jest tak kolorowo jak mi się całe życie wydawało- może nie chodzi o bajki ale o jakieś opowieści, historie. Zawsze ten seks, alkohol był jest i będzie. Czuję się dopiero teraz ogarnięta życiowo. Przez ostatnie 4-5 lat wkręcałam sobie facetów. To były jakieś platoniczne miłostki albo jakieś zauroczenia- nigdy nic na poważnie. Ostatni związek miałam w 3 klasie liceum...
Nie wiem co się ze mną dzieje. Kończę studia i chciałabym iść na następne, które mnie bardziej interesują.. Ale nie wiem czy powinnam, czy zrobiłabym to z premedytacją aby wydłużyć sobie młodość? Studiuję na politechnice w jednym z największych miast Polski. od zawsze byłam miła, sympatyczna, ale od kiedy zauważyłam, że świat kręci się wokół seksu,że moi koledzy traktują dziewczyny jak dziwki, jak zwierzynę, że one same się na to godzą- po prostu zwątpiłam. Miałam wymagające studia , na których siedziałam czasem całymi dniami na uczelni. Czasem nie starczało czasu na dodatkowe zajęcia, na koła naukowe itp. Nie miałam możliwości poznania innych ludzi.
Widzę że niektórzy są bardziej ogarnięci życiowo ode mnie. Wiedzą czego chcą. A ja nadal nie. Ciągle się miotam, wiem, że szczęścia nie powinnam uzależniać od faceta i robić swoje- ale już tyle lat jestem sama??
Jeśli trafiam na facetów, trafiam na dupków albo jakiś dziwnych, którzy na 2 randce każą mi czekać 31 dni do nastęnego spotkania bo są oni sami zajęci. Może jestem dziwna, może chcę wszystko zbyt na szybko- ale czy tak się mówi koleżance na spotkaniu?
Trafiam też na dużo osób z kręgu bardziej wyluzowanego- muzycznego, kulturalnego gdzie związki też są traktowane jak zabawa, z przymróżeniem oka. Może powinnam je tak traktować? Może nie powinnam się aż tak spinać? Może to po mnie widać? Czasem płaczę przed komputerem, że mam beznadziejne, życie, że mimo tego że wychodzę uśmiecham się do ludzi i tak faceci chcą ode mnie tylko jednego. A jeśli podchodzą jacyś to akurat mnie się nie podobają i nie dają im szansy.
Nie mówię, że chcę księcia z bajki- kiedyś takiego chciałąm. Teraz wiem, że nie mogę tak myśleć, bo przeciez nie jestem ideałem, jestem normalna... Ale chciałabym aby ten ktoś chociaż mi się podobał z wyglądu...Lub abym mogła z nim normalnie porozmawiać .
Może jestem jakaś dziwna w kontaktach? Co myślicie? Warto nadal szukać czy się poddać? Już nie jestem 'needy' , lepiej wyglądam , nie jestem już typem przyjaciółki. Może czasem jakiś one night stand jest ok? Ja sama nie wiem. Niby nie wychowałam się w rodzinie konserwatywnej, ale zawsze mi powtarzano, że jeśli seks to z kimś zaufanym a nie z kolegą, który następnego dnia może przelecieć moją koleżąnkę?
Widzę, że ludzie mający one night standy są jakby bardziej mocniejsi psychicznie i pewniejsi siebie. Nie zastanawiają się. Mam przykład w 2 -3 koleżankach. One wiedzą czego chcą, sypiają z kim chcą. Jedna teraz ma chłopaka na stałe. Żyje normalnie.
Może powinnam się bardziej otworzyć? Czy jestem jakaś beznadziejna? Czuję, że fajni ludzie, których spotykam wokół siebie mają mnie za jakąś zestresowaną laskę. Nie wiem dlaczego....Każdy mi mówi, że dobrze mi z oczu patrzy- to nie jest komplement- to jest poteirdzenie chyba mojej niedojrzałości i zaufania do każdego człowieka....
PS wydaje mi się, że nawet moje koleżanki czy przyjaciółki traktują mnie z przymrużeniem oka. Niby się dogadujemy, jesteśmy w grupie, piszemy do siebie, ale z 2 strony coś jest nie tak. One potrafią ze mną rozmawiać o uczelni, o facetach, być miłe. A wieczorem podrywać każdego w klubie, a ja zostaję sama w kącie..... Czuję się jak żałosny człowiek. Kiedy powiedziałam koleżance że się z kimś przespałam, ona stiwerdziła, że to był dla niej SZOK. Nie wiem o co chodzi. Aż tak zgrywam konserwatywną osobę? Wiem, że za bardzo analizuję życie i ludzi, ale może każdy myśli, że ja jestem po prostu 'biedna' w tych sprawach.....Że ja jestem niedoświadczona, albo nie chcę?