Witam wszystkich:)
Całkowicie przypadkowo trafiłam na to forum, aczkolwiek już od dawna szukam odpowiedzi na dręczące mnie pytania, mam nadzieje, że ktoś postronny obiektywnie będzie mógł mi doradzić:), lub wyrazić swoje zdanie.
Jestem w związku z moim mężczyzną od ponad 3 lat. Przez pierwsze miesiące było cudownie, świetne porozumienie, szacunek itp, no jednym słowem mój ideał. Jak to bywa w zwiazkach po pewnym czasie pojawiały się pewne drobne kłótnie, sprzeczki z powodu najczęściej różnicy zdań, ale dosyc szybko się godzilismy i wszystko wracało do normy. Jednakże od paru miesięcy nie wiem co się dzieje z moim facete. Gdy powstaje jakiś problem, lub jeżeli ja zrobie coś, co według niego powinnam zrobić inaczej, następuje "wybuch". Staje się agresywny w słowach, lekceważy mnie, czasami zdaża się że mnie obrazi. Wtedy ja wychodzę z inicjatywą żeby porozmawiać o problemie, jednak przeważnie spotykam się z reakcją że on nie ma nic do powiedzenia, obraża się i traktuje mnie jak powietrze. Dopiero jak mu przejdzie to wtedy łaskawie po mojej prosbie porozmawia ze mną, pokazując że nie ma oczywiście ochoty na to. W sytuacji kiedy on zachowa się tak, że sprawi mi przykrość to wtedy jedne na co mogę liczyć z jego strony to, to że mi się wydaje albo, że według jego mniemania nie zrobił nic takiego żeby sprawić mi przykrość. Kiedy jest jakiś problem on nigdy nie ma czasu na rozmowe tylko idzie spać i tak w kółko. Ciąge mi powtarza, że kobieta powinna dawać to wszystko czego mężczyzna potrzebuje, a wtedy kiedy będzie wszystko dostawał to będzie dobry dla mnie. Ale czy na szacunek trzeba sobie zasłużyć??? starałam się robić to czego on oczekuje, ale gdy zdaży się sytuacja że np. nie mam czasu to on mnie podkreśla tym że ja nic dla niego nie robie i zaczyna mnie lekceważyć, wydzierać się z byle powodu. Pomim tego że nie raz prosiłam go o to że nie chce się kłócić, że chce dla niego jak najlepiej to on mi wmawia w kółko że nie ma we mnie wsparcia. I kiedy ja już mam wszystkiego dość, i staje się bezsilne wobec jego nieuzasadnionych oskarżeń, i nie mam już na nic sił to on wtedy utwierdza się w tym że ja mam go dalego gdzieć. Kocham go, ale już nie daje rady. Czy to słuszne, że zaczynam czuć się jak coś co ma zaspokajać jego potrzeby, a wtedy otrzymam dobre traktowanie. Mówiłam mu ostatnio, że jak się nie zmieni to odejdę, to on mi na to, że jeżeli taka moja wola będzie to trudno, ja mam podjąć decyzję. Przyznam, że zdażyło mu się mnie udeżyć, nie z przysłowiowej pięści ale jednak, to było upokarzające. Rozmawialismy ostatnio, powiedział mi, że nie chce się tak zachowywać wobec mnie, ale żeby było dobrze to muszę robić to co kobieta powinna dla mężczyzny, a wtedy on będzie dobry. Ale czy to jest normalne? to nie jest pierwsza sytuacja, to już się powtarzało, ale efekty były krótkoterminowe. Czy jest sens jeszcze próbować? ten ostatni raz???proszę doradźcie mi:(:(:(