Cześć. Może kogoś zainteresuje mój wpis. Może dla mnie będzie początkiem czegoś fajnego, zaryzykuję.
Mam 32 lata, 33 metrową kawalerkę kupioną przez rodziców i od 7-8 lat tego samego faceta. Mam dwa koty, nie mam za to instynktu macierzyńskiego ani parcia na ślub. Pracuję w telewizji jako "pani redaktor". Zapieprzam 7 dni w tygodniu niemal od rana do wieczora, żeby związać koniec z końcem, bo wbrew temu, co się wszystkim wydaje, w szołbizie nie zarabia się kokosów, jeśli się nie jest- dajmy na to- megagwiazdą pierwszego sortu. Ja jestem tylko trybikiem w maszynce, więc żyję z dnia na dzień, na umowach śmieciowych w wiecznym stresie, czy w danym miesiącu wyrobię minimum na rachunki. Podobnie większość moich znajomych. I mój facet, który od roku prowadzi własną firmę, jest na dorobku, też zapieprza jak dziki osioł, aby spłacić kredyt i wyjść na prostą.
Z natury jestem raczej smutasem, więc czasem nachodzi mnie refleksja, że moje życie nie wygląda tak, jak bym chciała. Uwielbiam swoją pracę, zawsze chciałam być dziennikarką, ale dobija mnie ta wieczna niepewność i strach o przyszłość. Kiepskie zarobki sprawiają, że boję się o to, że nigdy w życiu do niczego nie dojdę- np. choćby dwupokojowego mieszkania czy własnego samochodu (jakiegokolwiek, nie mówię o Porshe). Nieustannie muszę kalkulować budżet i odmawiać sobie rzeczy, których de facto potrzebuję. Nie mam zdolności kredytowej i raczej mieć nie będe, bo w mojej branży umowy o pracę to rzadkość.
Mam wrażenie, że facet mnie kompletnie nie rozumie. I chyba nie bardzo się stara. Twierdzi, że on nie potrzebuje niczyjego wsparcia, bo zawsze radził sobie sam. Nie łączy nas chyba żadne głębsze uczucie, może kiedyś łączyło, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że to już dawno i nieprawda. Właściwie to jestem przekonana, że to wszystko wcześniej czy później w końcu się rozlezie.
Nie mam z kim o swoim życiu porozmawiać, nie mam za bardzo znajomych, nie mówiąc o przyjaciółce/przyjacielu, choć od czasów przedszkolnych marzyłam o kimś takim. Sama byłam gotowa być na kazde zawołanie osób, które chciałam mieć za przyjaciół, ale zawsze bez wzajemności. Po ukończeniu szkoły i studiów szanse na zbudowanie trwałej relacji przyjacielskiej jeszcze spadła. W momencie, kiedy czuję, że rzeczywistość mnie przerasta (a to ostatnio zdarza się coraz częściej), to naprawdę brak mi kogoś, do kogo mogłabym usta otworzyć i kto potrafiłby chociaż poudawać, że interesują go moje sprawy.
Może znajdzie się tu ktoś, kto myśli podobnie, kto odnajduje w moich doświadczeniach część swojej historii. Wydaje mi się, że w dużych miastach młodzi ludzie robiący karierę często mają podobne przemyślenia. Może jakoś wspólnymi siłami damy sobie trochę wsparcia... Choć nie mam na to zbyt wielkich nadziei, bo Internet to takie fajne medium, że niby łatwo się z drugim człowiekiem skontaktować, ale trudno tej relacji nadać głębię.
No nic, kończę, bo jak się zacznę bardziej nakręcać, to nigdy nie skończę. Jest tu ktoś, kto chciałby odpowiedzieć?