Biorąc pod uwagę to, że mój były strasznie mnie okłamywał w różnych sprawach, od jakiś koleżanek zaczynając, na błahostkach kończąc, zaczęłam sporo nad tym myśleć.
W jednej piosence był kiedyś taki wersik "Knowing nothing is better than knowing it all", czyli po prostu lepiej nie wiedzieć nic, niż wiedzieć wszystko. I tak jak teraz na to patrzę... to prawda. Czasami naprawdę lepiej nie wiedzieć, nie zadręczać się. Tylko, że mam pewien problem - łatwo wyczuwam, że coś jest nie tak, nie zgadza się (swoją drogą faceci nie potrafią kłamać kompletnie). Z moim aktualnym po prostu się znieczulam... Narazie nic nie wskazuje na to, żeby kłamał, ale też nie doszukuję się tego. Ostatnio np. pozwoliłam mu iść na striptiz, miałam iść z nim, ale niestety nie mogłam, więc "puściłam" go z kolegą. Stwierdziłam, niech sobie chłopak popatrzy, co w tym złego. Potem przyszło mi do głowy, że przecież te striptizerki rozbierają facetów na scenie, dotykają ich itd. Ale nie pytałam się o to mojego faceta. Jeśli tak było, to trudno, nie chcę o tym wiedzieć. Bo po co? Żeby cierpieć? A niestety mam tendencję do wyolbrzymiania swoich krzywd i zatracania się w nich.
A co ze zdradą? Z jednej strony właśnie lepiej nie wiedzieć, zwłaszcza jeśli zdarzyło się to raz i on żałuje. Po co miałabym ja z tego powodu cierpieć? Niech sam się z tym upora, to jego błąd.
Z drugiej strony, bycie oszukiwaną jest dla mnie bardzo poniżające. Nie potrafiłabym znieść myśli, że jest inna kobieta, która ze mnie szydzi, która ma mojego faceta chociaż w jednym procencie na ile ja go mam.
No i tu pytanie do was: lepiej nie wiedzieć czy doszukiwać się prawdy? Lepiej kłamać czy powiedzieć prawdę? W jakich sytuacjach?