Witam, nie wiem od czego zacząć, nie wiem tak do końca czy mam o czym pisać czy wszystko co mnie trapi i męczy to jedynie mój wymysł spowodowany zbyt długim myśleniem i wyszukiwaniem problemów, których tak naprawdę nie mam ?
Może zacznę od tego, że jestem 6 lat po ślubie, mam dwójkę małych dzieci i bardzo kocham swoją rodzinę, kocham swojego męża ale...nie wiem czy jestem z nim szczęśliwa. Mam niską samoocenę o sobie, nie wiem dlaczego bo zawsze wydawało mi się, tzn jeszcze przed ślubem można powiedzieć, że to ja byłam ta która wybierała partnera i to ja grałam pierwsze skrzypce, czułam się piękna i czułam, że wszystko mogę. Teraz tego nie czuję, walczę o każdy komplement, to nie jest tak, że nic miłego mi nie mówi, ale ja mam wrażenie, że on mi to mówi, bo ja o to proszę. Jestem zazdrosna o wszystko a raczej o wszystkie kobiety i to własnie ta niska samoocena to powoduje. Mój mąż potrafi być straaaasznie uprzejmy dla sąsiadek, koleżanek, pań w sklepie czy dla przypadkowo spotkanych na ulicy. Wkurza mnie to bo to ja chcę być tą jedyną. Pewnie pomyślicie, że trochę wymyślam ale naszym problemem mogą być nasze kłótnie, kompletnie niekontrolowane, wyzwiska, wyzwiska i jeszcze raz wyzwiska. To jest obustronne ja nie zostaje bez winy, mówimy sobie straszne rzeczy i myślę, że właśnie te kłótnie doprowadziły do tego, że czuje się przy nim nie wartościowa, nie kobieca i nic nie warta. On mówi, że ja wymyślam, że to nie prawda i, że kocha mnie najbardziej na świecie. Tylko dlaczego ja tego nie czuję, dlaczego nie potrafię się otworzyć i po prostu mu zaufać ? Wiem, że pisze chaotycznie ale takie własnie mam myśli, raz myślę, że przesadzam ale za chwilę myślę o rozwodzie, no bo nie chcę być z kimś kto traktuje mnie jak głupszą, kto nie bierze pod uwagę, tego co mam do powiedzenia. Mówi sie, że w partnerstwie najważniejszy jest kompromis a ja myślę, że mój mąż tego nie potrafi. Prosiłam go aby stonował swoje rozmowy z innymi kobietami, że mi przykro jak słyszę jak z nimi rozmawiam, on za każdym razem mówi, że wymyślam albo mnie przeprasza i tak w kółko. Powiedzcie mi patrząc waszym trzeźwym okiem czy ja w ogóle mam prawo prosić go o to ? Nie chodzi mi o to żeby przestał rozmawiać i być miłym ale żeby to robił tak jakoś bardziej stonowanie. Nie wiem jak opisać. Ja chce po prostu czuć, że to ja jestem ta jedyna i to na mnie mu zależy.
Najgorsze jest to, że nie mogę na nim polegać w trudnych chwilach, zawsze ale to zawsze kiedy mamy jakiś większy problem on nawala, zamiast mnie wspierać żebyśmy szukali jakiegoś wyjścia to my się wyklinamy.
Nie mogę z nim pogadać jak z przyjacielem, bo jak mu powiem o jakimś swoim sekrecie czy o czymś co mnie boli to przy pierwszej lepszej kłótni wypomina to albo się śmieje czy ironicznie się do tego odnosi.
Żadnej naszej kłótni na dzień dzisiejszy nie przegadaliśmy tak żeby poszukać rozwiązania i ulepszać nasze małżeństwo.
Po prostu wszystko stoi w miejscu kłócimy się, mamy do siebie żal, on przeprasza i jest ok ta chwilę i znowu kłótnia o to samo, ciche dni, przeprosiny bez wyjaśnień, kilka dni okey i znowu to samo.
Mam wiele zażaleń i czasem kiedy uda mi się je wyjaśnić to efekty są tylko na kilka dni i znowu problem wraca.
Ja już nie wiem czy tak ma być czy ja wymyślam.
Chce tylko i wyłącznie męża kochanego, z którym pogadam, pożalę się i podzielę swoim szczęściem a my niestety ale ze sobą nie gadamy tylko o jego pracy i tyle nic poza tym.
Dziewczyny napiszcie mi proszę jak wyglądają wasze relacje z mężem. Wiem, że każde małżeństwo jest inne.
Powiedzcie mi jak przestawić swoje myślenie. Nie chcę w trakcie swojego małżeństwa myśleć o rozwodzie. Albo muszę od niego odejść albo się przestawić ale jak to zrobić ??? Jak zapomnieć wszystkie krzywdy wyrządzone, czy to jest w ogóle możliwe ?
Kolejnym powodem dla którego chciałabym odejść, to to, że nie chce mieszkać na wsi i to jeszcze koło jego rodziców, z którymi w ogóle się nie dogaduję. Ja się tam duszę, jestem nieszczęśliwa i każdy dzień jest dla mnie udręką. Jestem typowym mieszczuchem i życie w bloku nie jest dla mnie żadną udręką w pzreciwieństwie do mojego męża, który powiedział, że nigdy w życiu w bloku nie będzie mieszkał, a ja o tym marzę. Może nie dosłownie o mieszkaniu w bloku ale o mieszkaniu w mieście daleko od wsi, od teściów. Nie chcę mieć dużego ogrodu mi wystarczy malutki na grila na mały basenik i tyle ale fajnie sie mówi, bo nie stać nas na dom w mieście ani zresztą nawet na dom na wsi.
Co robić mam skulic głowę i wprowadzić się do domu teściów na wieś, której nienawidzę?
Tak w ogóle na ta chwilę jestem całkowicie zależna od męża, nie pracuję bo narazie nie mam jak /siedzę z małym dzieckiem w domu i nie mogę go dać do żłobka bo jest to po prostu nieopłacalne/ i straciłam wszelką nadzieję, że kiedykolwiek dostanę pracę, w której zarobię uczciwe pieniądze
ahhh gdyby wszystko było takie proste jak się mówi...