Piszę, bo liczę na pomoc. Zakochałam się. Ale co z tego jak cholernie nieszczęśliwie
Znam go 5 lat, od 3 próbuję sobie go wybić z głowy. Pierwszy facet, którego pokochałam, na którym naprawdę mi zależało. Dziesiątki smsów i wiadomości na fb, na dzień dobry, na dobranoc, by zapytać jak się czuję, co robię, czy bezpiecznie dotarłam do domu, itp. Zazdrość pojawiająca się w jego oczach w momencie, gdy obok mnie pojawiał się jakiś inny facet (po zachowaniu też można było wyczuć - stawał się oschły i walił tekstami typu: "nie wiem, idź spytać (i tu imię faceta z którym rozmawiałam)". Zainteresowanie moimi znajomymi, szczególnie tymi męskiej płci - o moje relacje z nimi itp. Tysiące przegadanych tematów, jego zwierzenia o problemach i sprawach o których nikt inny na świecie nie wie. Ciągłe podkreślanie jak ważna dla niego jest nasza znajomość, jak bardzo nie chciałby utracić ze mną kontaktu. No i jak myślicie, to scenariusz idealnej miłości?
Nie, to przykład beznadziejnego friendzone, w który się wkręciłam. Nie wiem nawet kiedy się to stało, zanim się zorientowałam co się dzieje było już za późno. Ja go kocham, zrobiłabym dla niego wszystko, nawet w tej chwili byłabym zdolna oddać za niego życie. A on? On ma dziewczynę
Cały czas miał, dlatego też nigdy mu nie powiedziałam co czuje, nie chciałam być świnią rozbijającą czyjś związek. Dla mnie to logiczne, że jak się nie jest z kimś szczęśliwym to trzeba się z nim rozstać. Ale dla niego nie było przeszkody, by być z tamtą, a mnie wciąż bajerować. Początkowo podchodziłam do tej sytuacji z dystansem, ale tylko do czasu gdy nasi wspólni znajomi zaczęli mi mówić, że on coś do mnie czuje. Stwierdziłam, że pewnie coś na rzeczy skoro nawet inni o widzą. No ale czekałam na jego ruch, musiał sam podjąć decyzję czego i od kogo chce. I wtedy nastąpiło wielkie buuuummmm!! Okazało się, że takich koleżanek jak ja to on ma na pęczki
Smski, telefony, spotkania - dla niego to norma. Jego zdanie było takie, że to nie jego wina, że jego "koleżanki" nie rozumieją jego "żartów". Wiem, że to frajer i oszust, bawi się uczuciami innych ludzi, jest skończonym egoistą i bydlakiem, tylko jest jeden problem. Moje serce nie sługa
Nie ufam mu, nie zaufam, nawet nie potrafiłabym po tym wszystkim co teraz wiem być z kimś takim. A jednak żal pozostał. Nie mogę sobie z tym poradzić, zniechęcić samej siebie. A niestety jeszcze przez 3 miesiące muszę go widywać i utrzymywać z nim kontakt - wspólne studia. On nadal uważa mnie za swoją koleżankę (nigdy mu nie wygarnęłam prawdy o tym co do niego czuje) i chce ze mną utrzymywać kontakt nawet po studiach. I proszę Was o radę: co mam zrobić? Odsunąć go od siebie? wykasować ze znajomych, nie odpisywać na smsy? Czy czekać i naiwnie wierzyć, że kiedyś przejdzie bez względu na moje relacje nim? Obecnie nie potrafię dostrzegać innych facetów - wszystkich automatycznie porównuje z nim. Wiem, że to działa na mnie mega destrukcyjnie i toksycznie no ale ... kocham go
Z jednej strony wiem, że zerwanie kontaktu najlepsze co mogę zrobić, by zapomnieć, a z drugiej strony jak ja mam żyć bez kogoś kto nadawał sens wszystkiemu przez 5 lat...
Jest tu ktoś co przeszedl przez takie piekło? Jakaś skuteczna rada jak zacząć znowu żyć?
Podobne tematy
Spalas z nim? Zdradzal swoja panne? Jesli nie, to o czym tu mowic? Obiecywal Ci cos?
Nie, nie spałam. Ale z tego co mówił nie pogardziłby jakbym się zgodziła. Obiecywał dużo i wierz mi, że robił nadzieję. Z resztą jak się potem okazało wszystkie te jego "koleżanki" dawały się na to nabrać. Więc jest w tym bardzo skuteczny i udało mu się okłamać nawet tak bardzo nieufną osobę jak ja, która zawsze twierdziła, że facetowi nigdy do końca nie powinno się ufać. Jak Ci ktoś zaczyna mówić, że mu na Tobie zależy, że chętnie ułożyłby sobie z Tobą życie, bo jesteś po prostu wprost idealną osobą do małżeństwa (bo i pomożesz, i pogadasz na poważnie i pożartujesz itp) to jak tego nie brać na poważnie? A potem się hmmm, może znudził i odwrócił na pięcie.