Cześć.
Mam do Was pytanie - czy Waszym zdaniem ktoś nieśmiały może mówić że "nie boi się niczego" i jest to zgodne z prawdą? Bo w sumie nieśmiałość można uznać za jakiś tam strach przed otoczeniem, strach przed udzielaniem się w towarzystwie ludzi, w większej grupie itd. a z drugiej może jednak na swój sposób wrodzona cecha i takie połączenie jest możliwe? Mam takiego kolegę, sympatycznego, ale bardzo nieśmiałego, w większych grupach udzielającego się sam z siebie naprawdę rzadko. Poza tym z drugiej strony mnie jednak zaskakuje - uczestniczy w różnych turniejach sportowych, masówkach, gra w w jakiejś tam lidze, pracował też kiedyś podobno jako ... ankieter (chyba nawet uliczny), czyli robił rzeczy nietypowe dla osób nieśmiałych, bo przecież wokół wielu ludzi nieznajomych, a dla takiego typowego introwertyka to podejrzewam raczej piekło. I właśnie ostatnio go pytałem bo miał jakiś tam uraz to pytałem czy da radę trenować, czy nie boi się wobec takiej kontuzji, to on odrzekł że "nie boi się niczego". Trochę paradoks, prawda? Bo jak może mówić że nie boi się niczego, skoro wstydzi się odezwać itp.?
Podobne tematy
Nie jestem pewien czy to norma, ale ponieważ sam jestem podobny do opisanej osoby więc postaram się Ci nieco nakreślić sytuację.
- Pracuję w firmie w której w jednym stosunkowo niewielkim budynku jest około 50 osób i praktycznie z każda mam codzienny kontakt, z każdą zamienię codziennie parę słów,
- spotykam się ze znajomymi na piłkę regularnie, gramy w lidze, jeździmy na turnieje,
- nie mam najmniejszego problemu z załatwieniem czegokolwiek w urzędach, wręcz przeciwnie, nie mam najmniejszych oporów na rozmowę z urzędnikami,
- w czasie studiów imałem się różnych robót, również takich w których bezpośredni kontakt z ludźmi był czymś normalnym (wielokrotnie rozmowy z 40-50 klientami dziennie na żywo + pewnie drugie tyle telefonicznie),
- parokrotnie jeździłem stopem po Europie mając ze sobą tylko śpiwór (czyli znowu kontakt z zupełnie obcymi ludźmi regularny).
a jednak, mimo tych wszystkich rzeczy jestem osobą nieśmiała, jestem introwertykiem. Zazwyczaj moje kontakty z ludźmi, znajomymi są powierzchowne. Ot taka niezobowiązująca rozmowa o pogodzie/pracy parominutowa. Mam już problem z wyjściem z nimi na piwo, na imprezę. Mam problem ze zbliżeniem się do nich. Często staram się nie uczestniczyć aktywnie w dyskusjach aby nie zwrócić na siebie uwagi. Wielokrotnie częstsze przebywanie z większą ilością ludzi (np. w pracy) powoduje u mnie wyczerpanie psychiczne. Wracając do domu mam po prostu serdecznie dość jakichkolwiek kontaktów z ludźmi. Chciałbym resztę dnia pobyć w całkowitej samotności aby się nieco "doładować".
Mam nadzieję, że choć trochę pomogłem zrozumieć tę kwestię.
Twój kolega jest naprawdę dziwną osobą... Ja będąc nieśmiałą boje się odezwać w grupie, nawet rozmowa z koleżanką, którą mało znam to dla mnie stres, boję się też podejść do kogoś obcego na ulicy i się o coś zapytać; wizyta w urzędzie albo u lekarza to koszmar. Nie rozumiem jak on będąc nieśmiałym zachowuje się jak normalna osoba.
Jak najbardziej jest to możliwe. Przeważnie ludzie nie analizują drobiazgowo wszystkich aspektów swojego życia pod kątem, czy mają prawo powiedzieć, że się nie boją czy nie mają. W jego życiu przeważają elementy, w których on faktycznie się nie boi (a inni się często boją), więc za swoje motto uznał, że nie boi się niczego. No i dobrze. Po co podcinać mu skrzydła udowadniając, że czegoś się boi? Zresztą - może on wcale się nie boi tych kontaktów towarzyskich? Może nie boi się odezwać tylko nie widzi takiej potrzeby. To, że inni oceniają go jako nieśmiałego - nie znaczy, że on taki jest. Powtarzając sobie, że "nie boi się niczego" z pewnością będzie w to wierzył i będzie podejmował decyzje, których nie podjęłaby osoba z przeświadczeniem, że jest lękliwa i nieśmiała. Przekonanie o sobie to potężna broń - jego przekonania nikomu nie szkodzą, więc niech je sobie ma i niech one mu pomagają w życiu.
P.S. sama miałam okres, gdzie dokładnie to samo wyznawałam. I też wtedy się właściwie nie odzywałam. Uważałam, że rozmowa o przysłowiowej d*** Maryni jest idiotyczna, więc tylko się przyglądałam. Nie potrafiłam być w centrum zainteresowania, nie miałam do tego predyspozycji - ale się nie bałam. Gdybym wiedziała co mówić - to bym mówiła. Ale to hasło "nie boję się niczego", które wyznawałam bardzo pomogło mi w pozytywnych zmianach własnej osobowości.
5 2015-04-29 14:41:41 Ostatnio edytowany przez Peacock (2015-04-29 14:42:46)
To znaczy zachowuje się i nie zachowuje, bo tak jak mówiłem w większych grupach strasznie mało się odzywa, sam z siebie to już w ogóle, chociaż wiem że potrafi być dowcipny. Chyba lubi być na uboczu zazwyczaj, ale też nie izoluje się specjalnie od grupy osób. Nie wiem, może walczy z tym i chodzi o jakieś psychologiczne zagrywki, że "idzie w ogień, choć to go parzy" coś na tej zasadzie. Może po prostu dostrzegł, że nie ma siły przebicia w większej grupie i nie chce się przekrzykiwać czy coś. Ale swoją drogą w takich samoprzeświadczeniach rzeczywiście coś jest. Pamiętam kiedyś, że jak byłem młodszy to byłem straszny szczypior i na Wf-ach często miałem z tego powodu lipę. Lubili sobie podrwić jak były jakieś fizyczne zadania, a ja byłem ambitnym gościem, do tego sam uprawiałem sport, tyle tylko że nie wymagający takiej siły. I kiedyś mieliśmy rzut piłką lekarską, akurat tak wypadło, że był on zapowiadany więc mogłem się "nastroić". Postanowiłem powtarzać sobie w myślach, że jestem silny, że "wypier... tę piłkę najdalej jak będę umiał" i tego typu formułki. W końcu doszło do rzutu, wziąłem z dużą pewnością siebie, energicznie i rzuciłem szybkim ruchem - efekt? Drugi najlepszy wynik i bezcenny widok opadniętych kopar moich koleżków. Tylko z drugiej strony czy to nie jest takie oszukiwanie samego siebie? Na jakiś moment może zadziała, ale potem ktoś może sobie zdać sprawę i powiedzieć "kurde, nie jestem sobą" ...