Jestem w czymś co się zwie 'relacją' i nie mogę sobie z tym kompletnie poradzić.
Jesteśmy razem rok. Poznalismy się na imprezie, to on mnie 'wyrwał', na poczatku nie traktowałam tego poważnie, ale potem przekształcilo sie to w cos ważnego i intymnego.. Oboje mamy ciągłe problemy z kasą. Mieszkam w Niemczech, on jest Niemcem. On wynajmował tu mieszkanko, sam, przez kilka lat, w dobrej cenie. ja mieszkam z paroma osobami, mam ciasny pokoik, za który sporo płace. Staram się ogarniać życie i pracuje cięzko by przezyc, on o tym wie i to widzi. czasem jednak brakuje mi kasy, branża w której siedzę jest ciężka. On nie pracował przez pare miesięcy bo szukał swojego celu, ale w Niemczech jest tak że państwo nie zostawi cie bez środków do życia, więc jakos to szło. teraz znalazł prace, i jednoczesnie przeprowadza się do nowego mieszkania, które zwolniła mu matka. Mieszkanie droższe, ale i większe, w super dzielnicy. On się bardzo cieszy, i ja tez się ciesze ze jego sytuacja będzie lepsza. Jednak nie rozumiem, czemu nie chce ze mną zamieszkac. Doskonale wie, że to pomogłoby nam obojgu. On płaciłby mniej, spędzalibyśmy razem więcej czasu. On od paru tygodni mówi tylko o tym. Planuje urządzanie, cieszy się jak dziecko. Chodzi o to, ze ja tez chciałabym zmienić mieszkanie. Duszę sie w swoim ciasnym, beznadziejnym pokoju. Oczywiście powiedziałam mu to. Nie chce sie narzucać, więc nie zapytałam wprost 'czemu nie zamieszkamy razem?' ale dałam wielokrotnie do zrozumienia, że ta sytuacja jest dla mnie nieznośna. Jestem kreatywną dusza i potrzebuje miejsca na realizowanie swoich pomysłów. On tez. Dlatego się 'skumaliśmy, dlatego się w sobie zakochalismy..
Tak, jestem zazdrosna. jak dziecko (i mu to powiedziałam!) Nie potrafię mu towarzyszyć w tym szczęściu. Jesteśmy razem, a on nie dąży do tego, by było nam obojgu lepiej, tylko jakby pracuje nad swoim własnym szczęściem. najlepsze, że chce żebym mu pomagała w urządzaniu tego mieszkania. A dokładniej, mówi mi co planuje zrobic, i w pewnym sensie wymaga bym mu pamagała. No bo spędzam dużo czasu u niego, no bo jak się z kims jest, to sie sobie pomaga. powiedziałam mu, ze jest to dla mnie mega trudne, że cięzko jest kiedy ja zostaje tu gdzie byłam, z moimi problemami finansowymi, z moimi irytującymi współlokatorami. Ze tez bym chciała zacząć 'nowe lepsze życie'. On kiwa głową, mówi ze rozumie, ale pomija odpowiedz - nie widzę w tym ani cienia szansy że kiedyś usłyszę taką propozycje.
Co gorsza, on mówi np 'no to mieszkanie byłoby tez dobre dla pary, a może i nawet dla rodziny'... tak jakby nie mówił o mnie, tak jakby mówił o jakiejs innej kobiecie, której jeszcze nie poznal, ale brzmi to tak, jakby nie miał mnie na mysli.. Czuję sie przeogromnie zażenowana za każdym razem gdy to słysze.. Jednoczśnie zaprasza mnie do siebie, robi mi dobrze, ale daje tez odczuc, że nie chce bym sie u niego 'zasiedziala'. Ja wiem ze to facet, i że może ma duża potrzebę niezalezności. Ale - uwaga- ja tez! Ja uwielbiam byc sama, chyba bardziej niz on. Lubię sama tworzyc, pracowac. Jestem tolerancyjna i nigdy go z niczym nie naciskałam. Jesteśmy razem, ale mamy tez swoje oddzielne sprawy.
On mowi że dąży do tego bym była szczęśliwa. Ale jednocześnie bardzo często mnie rani, wydaje mi się ze po prostu mamy inny typ wrażliwości.
Nie powiedział mi jeszcze że mnie kocha. Ja tez nie. Bo boje się tego, chociaż mysle, ze to czuję, bo po co inaczej ciągnęłabym to? Myślałam wielokrotnie by to skończyć, ale coś zawsze mnie powstrzymuje.
On ma 30 lat, ja 27.
Jak ostatnio się przeprowadzał, to nieustająco 'obdarowywał' mnie jakimiś rupieciami ze swojego starego mieszkania. Garnki, kubki, wieszaki, głośniki. Mówiłam mu - nie chce, nie mam miejsca, nie potrzebuje tych rzeczy. A on - ale twoje mieszkanie potrzebuje, twoi lokatorzy potrzebuja. Tak jakby rekompensował mi to wszystko, tak jakby oczyszczał swoje sumienie, że przecież dzieli się ze mną tym co ma, daje mi dużo.. Ale k****, ja tego nie chcę :'( ja serio tego wszystkiego nie chcę. Ja chcę z nim być, ale nie potrafię mu towarzyszyć teraz w tym 'nowym życiu'. Jakby jest ze mną, ale beze mnie. Boli mnie to tak strasznie, i tak ciąży, ze nie daję rady.. A skończyć tez nie potrafię. Skończyć, nie skończyc? Co to wszystko znaczy? Można być z kimś takim, kto nie daje poczucia, że się jest tą jedną jedyną? Ma to sens?