Teoria jest taka, że powinniśmy być niezależni od otoczenia. Nasza samoocena, nasz nastrój. Wszystko przyjmować ze spokojem. Komplement - ok, bez fajerwerków, podniecania się, bo nie potrzebujemy zapewnień otoczenia, aby rzetelnie siebie ocenić, choć jest to miłe. Coś negatywnego - ok, trzeba rozważyć, czy dana osoba ma rację, do jakiego stopnia ma rację, jeśli nie ma przejść nad tym do porządku dziennego, ewentualnie wyrazić swoje zdanie.
W związku - ok, rani mnie. Nieważne, sam cierpi, dlatego to robi. I tak jestem szczęśliwa.
Czytałam taką książkę ?Ścieżka miłości?. Tam jest właśnie m.in. opisany taki ideał miłości. Jeśli masz problem emocjonalny, to rozwiąż go samodzielnie, nie obciążaj tym partnera. Spotkaj się, jak sobie to poukładasz. Ale co jeśli ten stan wywołuje partner? Najpierw dąży do bliskości, a później jest oziębły?
Łatwo to zastosować w relacjach ze znajomymi. Jednak, czy na tym ma polegać związek partnerski? Co sądzicie? Czy taka niezależność emocjonalna jest możliwa, jeśli się kogoś kocha?