Hej, na ogół nie mam tendencji do rozgrzebywania przeszłości, jednak męczy mnie ta sprawa, i chcę podyskutować, przeanalizować fakty z obcymi osobami.
Jakiś czas temu skończył się mój jedyny związek. Trwał około 1,5 miesiąca - krótko, fakt, często mówi, się, że miesiąc to nawet nie związek, a spotykanie się. Mniejsza o nazewnictwo.
Ja miałem lat 19, dziewczyna 17.
Poznaliśmy się przez internet. Czułem po niej, że mocno chce kogoś mieć, choć nie pisała o tym otwarcie. Już na starcie komplementy, jaki to ja przystojny i inteligentny. W moich oczach była bardzo atrakcyjną dziewczyną i miło mi się z nią gadało. Popisaliśmy tydzień, tworzyła się między nami jakaś więź, spotkaliśmy się po tygodniu. Od początku "zaiskrzyło", na pierwszym spotkaniu pocałowałem ją krótko w usta na pożegnanie. Z następnymi spotkaniami, coraz lepiej się dogadywaliśmy i po 7 spotkaniach zostaliśmy parą. Czyli po ponad dwóch tygodniach znajomości.
Wszystko było jak w bajce, wiecie, motylki w brzuchu itp... wiadomo, zdarzały się "fochy" zarówno z jej jak i z mojej strony. Ale szybko nam przechodziło. Ona deklarowała wielkie uczucie. Zaczęło się psuć po około miesiącu - tzn z jej strony, bo ja nie widziałem w tym nic wielkiego. Pewnego razu była pomiędzy nami intymna sytuacja... nie uprawialiśmy seksu, ani pieszczot... ale często podczas pocałunków, zdarzyło mi się wędrować ręką po jej ciele tu i tam. Było tak praktycznie od początku, deklarowała, że to lubi. Wracając do tematu - włożyłem jej rękę do majtek. Wybaczcie, że tak szczegółowo to opisuję, ogólnie historia dość infantylna, no mniejsza. Po tym zdarzeniu, trochę się zmieniło. Nie miała już takiej ochoty na bliskość ze mną. Niby wszystko dalej było super - spotykaliśmy się, wciąż powtarzała, że jej zależy, ale unikała wiadomo czego. Pytam się jej - dlaczego? Dodaję, że gdybym wiedział, że to się skończy to bym sobie te ręce poucinał. Ona powiedziała, że nie jest tak jak kiedyś i chce odpocząć od jakichkolwiek zbliżeń, ale bardzo jej na mnie zależy i nie wyobraża sobie być z kimś innym. Wydało mi się to dziwne, napisałem jej o tym, stwierdziłem, że to nas od siebie oddala. Ale dodałem, że ok, może tak być, jeśli to ma jej pomóc... przecież nic wbrew jej woli, po co na siłę, ja chcę żebyśmy oboje czerpali przyjemność z tego. Dodałem, żeby zachowywała się jak kobieta, nie dziecko... fakt, to już było chamskie. Parę dni potem powiedziała wprost - ten związek nie ma sensu. Pytałem czego jej brakuje, o co chodzi - mówiła, że nie wie. Skrytykowałem ją, powiedziałem, że zachowuje się jak dziecko. Na drugi dzień już oficjalnie odeszła - tradycyjnie udawany żal, teksty w stylu "jestem dla ciebie za głupia" i takie tam. Dziś żałuję, że wtedy nie wziąłem winy na siebie, i nie poprosiłem o drugą szansę. Ale wydawało mi się, że jeśli ona się obwinia, to ja także mam do tego prawo...
Kogo tu obwiniać? Siebie, ją? Czy jej w ogóle na mnie zależało?