Urocza historyjka, w rzeczy samej...
Jest jednak jedno małe "ale"....
Istnieje kilka prawd: cała prawda, półprawda i g...o prawda.
I tak się składa, że to miłe love story jest po części właśnie mixem tych dwóch ostatnich prawd.
Takie jajeczko częściowo nieświeże..
Dla jasności - to, co za chwilę przeczytacie, nie jest chęcią odwetu, wywoływaniem wojny czy epatowaniem prywatnością. Ujmijmy to tak: nie cierpię, gdy ktoś kłamie i jednocześnie kreuje się na moralistkę wygrażającą paluszkiem na hasła typu "zdrada", "nieuczciwość"; nie cierpię postawy "modlę się pod figurą, a diabła mam za skórą".
Dlatego uprzejmie proszę o zapoznanie się z poniższym textem:
Po pierwsze: kiedy poznałaś, panno youngwind, swojego obecnego partnera, był on oficjalnie zaręczony ze swoją ówczesną dziewczyną - w obecności matek obojga. Jedna już tego niestety nie potwierdzi, ponieważ nie żyje. Druga na szczęście ma się dobrze i ów fakt pamięta. Weszłaś zatem w relację dość poważną ze swymi wyznaniami, nieprawdaż? Argumentowanie, że "B to taki słaby i delikatny chłopak, dał się urobić" to po prostu majstersztyk z Twojej strony - rozumiem, że M przystawiła mu pistolet do czoła i zmusiła do oświadczyn?.... no ładne rzeczy, a gdzie wtedy była policja?... i jak to możliwe, że w tym strasznym stanie zaręczyn z niechcianą osobą biedaczek B wytrwał jeszcze kilka miesięcy?.. A tak przy okazji - krytykujesz M, że przedstawiła Twoim rodzicom B w nieciekawym świetle - a co Ty sama tutaj robisz, na tym forum? piszesz o nim jako o egoiście, leniu, bałaganiarzu, opowiadasz o jego uzależnieniu z takimi żenującymi detalami... Widzę, że co najmniej jedna rzecz w Tobie w ogóle się nie zmieniła - mianowicie podejście typu "Kalemu ukraść krowę - źle, Kali ukraść komuś krowę - dobrze"..
Po drugie: człowiek ten był ze swoją dziewczyną prawie 9 lat - zapytaj go proszę, jakim to przymusem trzymała go przy sobie tak długo taka straszna, wymagająca, ograniczająca go kobieta? co sprawiło, że nie rozstał się z nią wcześniej? Każdy zdrowo myślący człowiek, będąc w niemiłych sobie okowach damsko-męskich, po prostu się z nich wyzwala - a tych, co w takim męczącym układzie trwają i trwają nazywamy masochistami, jako że nie wiem, czy wiesz, ale niewolnictwo w Europie to już przeżytek.
Myślę też, że Twój partner świetnie pamięta, jak prawda o Waszym romansie wyszła na jaw - otóż Twój B i jego ex mieli wzajemny dostęp do swoich skrzynek mailowych i gg w jego komputerze - w postaci m.in. zapamiętanych w tymże kompie haseł. A sprawa "rypła się", gdy pewnego dnia na jego mail miały przyjść zdjęcia od ich wspólnej koleżanki, i na swoje nieszczęście - lub z perspektywy lat i zdarzeń - szczęście - była Twojego narzeczonego po prostu sprawdziła, czy już przyszły. A tam czekało już kilka maili od Ciebie z wyznaniami typu "kocham Cię" itp. Zatem teoryjkę spiskową o plądrowaniu skrzynki zechciej sobie wetknąć w pantofelki.
Wybaczcie, ale jeśli chce się uprawiać lewiznę, należałoby w tym celu zorganizować sobie jakąś konspirę, na bogów, a nie kłaść komuś pod nos dowód swojej zdrady!..
Zakochałaś się niewinnie i niechcący... cóż, Twoje biologiczne prawo, jego też. Tak bywa w życiu. Ale mam zasadnicze pytanie: tak surowo oceniasz tutaj na forum zatajanie prawdy, zżymasz się na oszukiwanie partnera/ki - a co innego robił Twój ukochany? kiedy wyszedł na jaw Wasz romans, M postawiła OD RAZU ultimatum: albo ja, albo tamta, wybieraj - B nawet się nie zawahał, od razu przysiągł i obiecywał na wszystko, że to było tylko zauroczenie - słowa "zauroczył mnie obrazek" padły dokładnie z jego ust! -i że chce reanimować związek, że znajomość z Tobą zrywa. Podjęta została wówczas decyzja wspólnego wyjazdu na Wyspy. I przy okazji - była narzeczona Twojego faceta "ograniczała go życiowo"?.. a jak można ograniczać kogoś, kto pracuje na pół etatu w markecie, odmawia swojej partnerce wspólnego zamieszkania, bo "nie damy rady finansowo", a na nieśmiałe pytania, czyby nie chciał poszukać innej pracy, odpowiada, że nie chce?... według mnie jest to raczej samoograniczanie się, no ale wiadomo, że jak się chce psa uderzyć, to zawsze się kij znajdzie, a poza tym jakoś trzeba ubarwić opowieść, czyż nie?...
Wracając do tematu głównego - zaznaczam: chłopak dostał wybór. Wybrał - werbalnie - swoją ówczesną narzeczoną. I co było dalej?
Może Ty opowiesz?
Może sama ładnie, gładkimi słówkami, opowiesz, jak przez następne tygodnie Twój amant łgał swojej dziewczynie w żywe oczy, że się z Tobą nie spotyka i nie kontaktuje? może opowiesz o tym, jak podczas jej wyjazdów do pracy przyjeżdżał do Ciebie okłamując swoją ówczesną narzeczoną? czy może opowiedział Ci, jakie piękne bajki jej wkręcał o tym, że się świetnie bawił z kolegą, gdy w rzeczywistości spotkał się z Tobą? I co robiłaś Ty sama? tak gardłujesz tutaj o szczerości, o tym, że jeśli w związku coś siada, to trzeba o tym dyskutować, że nie wolno zatajać takich rzeczy, że jeśli coś się sypie, to należy usiąść i szczerze o tym poinformować - a tymczasem radośnie spotykałaś się z B, podniecona tajnością tych spotkań. Dziwisz się, że nazwano Cię osobą niemoralną? a naprawdę byłaś w tym momencie moralna??? uważam, że dziewczyna, która ma pretensje do bycia "moralną i porządną", w takiej sytuacji mówi jasno do swojego ukochanego "będziemy się spotykać, jak rozwiążesz tamten związek" - i tego się trzyma, choćby nie wiem co, inaczej nie jesteś w takim momencie niczym więcej, jak lewizną, która żeruje na czyjejś relacji. Sama zanurzyłaś się w kłamstwie, współtworzyłaś je... A każda próba dyskusji z B kończyła się nieodmiennie tym samym: jego płaczem i bezradnym "nie wiem, czemu to zrobiłem, nie pytaj mnie, nie umiem wyjaśnić.." - M podejmowała podczas tych kilku tygodni nieustanne próby przedyskutowania tej sytuacji - bezskutecznie, ani razu jej były nie chciał ani się wytłumaczyć, ani powiedzieć wprost "nie chcę z tobą być, odchodzę". Ani razu, ani jednego logicznego wyjaśnienia, tylko zapewnienia, że "z tamtą już skończone". I kłamstwa, cały czas kłamstwa...
Widzisz sama, jak bolesnym punktem w życiu człowieka staje się zawiedzione zaufanie i jak łatwo wówczas o nieufność i zniesmaczający przymus skontrolowania rzekomej prawdy. Naprawdę dziwi Cię i oburza fakt, że okłamywana przez te tygodnie osoba znów zajrzała do skrzynek mailowych i gg, do których zresztą B nie zmienił wówczas nadal haseł?...
Naprawdę dziwisz się komuś, kto kochał i szalał, gdy dowiedział się, że jest oszukiwany z premedytacją? a co Ty czułaś, gdy Twój ukochany kłamał Ci w oczy, że skończył ze swoim uzależnieniem?..
Twoi rodzice zostali poinformowani, że nadal się spotykacie, że okłamujecie ich oboje i tamtę dziewczynę. Spodziewałaś się innej reakcji? a jaka mogła być? narzeczony po wieloletnim związku i płomiennych obietnicach z pełną świadomością kłamie i oszukuje - pokaż mi kochającą kobietę, która nie dostanie szału i to z przytupem o wiele większym... Błąd M polegał na tym, że oszołomiona krzywdą, zbyt wielu osobom opowiedziała o tej sytuacji. Ale mam pytanie do Was tutaj: wyobraźcie sobie, że jesteście ponad 8 lat z człowiekiem, który jest Waszą pierwszą poważną miłością, z którym łączy Was wszystko: zainteresowania, muzyka, literatura, poglądy; z którym przez wiele lat jeździcie wspólnie na koncerty, biwaki, razem studiujecie, pracujecie, mówicie sobie o wszystkim, dyskutujecie godzinami o błahostkach i ważnych rzeczach, słowem, jesteście niemal nierozłączni, wreszcie - zaręczacie się - i nagle ta osoba okłamuje Was tak podle i tak boleśnie, i to po raz wtóry - ile z Was zareagowałoby "oh, trudno, zdarza się" i poszło swoją drogą? kiedy wali się komuś świat, umysł wyłącza racjonalne myślenie i tłucze szybkę z napisem "działania chaotyczne", po czym dzieją się rzeczy nie do przewidzenia.. póki zraniona osoba nie ochłonie. A to może potrwać dość długo... Stracić kogoś w taki sposób to krzywda i ból nie do opisania, tym bardziej, że inkryminowana przez Ciebie M nie zasłużyła sobie niczym na takie traktowanie..
Przypominiam, mogę nawet dużymi literami: FACET MIAŁ WYBÓR!! mógł od razu przyznać się do tego, że wybrał Ciebie na partnerkę i nie byłoby całej tej niesmacznej historii. Ale wybrał kłamstwo i to, co stało się potem, jest jedynie żniwem po tym zasiewie. Jego był wybór - ale konsekwencje usiłujecie z całych sił zrzucić na jego byłą.
Powtórzę: skoro było mu tak źle w tamtym związku, czemu go nie zakończył uczciwie? zechcesz mi na to odpowiedzieć logicznie po tylu latach? i czy po tych wszystkich latach dotarło wreszcie do Ciebie, że jedyną machiną napędową działań tej dziewczyny były rozpacz i gniew, jakie czuła, będąc okłamywaną przez człowieka, który zapewniał ją o swoich uczuciach? Pytam w tym momencie każdą z Was tutaj ponownie, w szczególności dziewczyny piszące w tematach związanych ze zdradą partnera - jak Wy zareagowałybyście na takie permanentne kłamstwa?
Tak, zgadza się, ten związek w końcowej fazie, jeszcze zanim Ty się pojawiłaś na scenie, zaczął kuleć. I najpewniej skończyłby się prędzej czy później, chociaż ta durna zakochana baba miała nadzieję na reanimację tej relacji i chciała walczyć o coś, co wyrosło z wielu wspólnych fajnych lat. Ale nic nie usprawiedliwia faceta, który zamiast odejść z honorem z nie pasującegu mu układu, łże jak najęty i jeszcze się zastanawia w rozmowie z kumplami, którą z pań zabrać na Wyspy... bo najchętniej miałby obie.
Zapytaj go - zapewne pamięta rozmowy z Aspem.
"Ciągle Cię zapewniał, że z Ciebie nie zrezygnuje"... deja vu, jako żywo, ponieważ te same słowa kierował do M. I niechby mu było! miał już za pierwszym razem szansę, by nie rezygnować z Ciebie, a z tamtej, ale zdecydował inaczej, a postąpił jeszcze inaczej.
Skoro tak chciał się uwolnić od swojej narzeczonej - czemu tego nie zrobił od razu? dlaczego wybraliście kłamstwo zamiast prawdy, która w rzeczy samej wyzwala? to było takie proste - mogliście być razem o wiele wcześniej i bez całego tego syfu, jaki się potem pojawił.
Ale wybraliście inną drogę, więc czemu się teraz skarżysz, że zabłociłaś skarpetki?..
A co do tych późniejszych przepychanek w necie - tu, moja panno, mijasz się z prawdą o całe kilometry i najgorsze, że doskonale o tym wiesz. Rozumiem Cię w pewnym sensie - ciężko jest żyć ze świadomością, że się komuś wyrządziło krzywdę, więc zrobiłaś wiele, by oczyścić siebie i swojego faceta kosztem osoby, która została oszukana. Przerzucanie na kogoś swoich czynów w takiej skali, jak Ty to czynisz, jest już po prostu nieeleganckie: pozwól, że przypomnę:
to Ty przerobiłaś swoje zdjęcie - kolorystykę włosów - na styl tamtej, to Ty podchwytywałaś liczne powiedzonka, zwroty czy bon moty z textów tamte (i co najzabawniejsze, czynisz to do dziś) , to Ty wreszcie podszywałaś się pod rozmaite osoby na stronie internetowej tamtej - może mam Ci przypomnieć niejaką "panią fotograf" z fbloga (maile zachowane do dziś) i "andrzeja maciborskiego" z pl.foto? to ostatnie zresztą potwierdzone przez moderatorów?
A może życzysz sobie przypomnienia kilkuset wulgarnych komentarzy, które wraz z jedną taką, co to ją litościwie pomińmy milczeniem, nawypisywałaś a stronie M na deviant.art?... I skoro już jesteśmy przy tym - czemuż to nie pochwaliłaś się szerszemu gronu zabawną opowiastką, jak to usiłowałaś się "zaprzyjaźnić" z jednym ze znajomych M na tymże portalu, pisząc do niego i chwaląc się, że "to właśnie ja jestem tą, która odbiła M narzeczonego"?...
Kwestię wodolejstwa, mitomanii i wyolbrzymiania zostawmy już - to li i jedynie Twoja działka..
Wasz związek, panno Youngwind, powstał na kłamstwie. Na kilku tygodniach paskudnych, wstrętnych kłamstw. Na uczuciach oszukanej, zdradzonej kobiety, która pod wpływem rozpaczy zbyt emocjonalnie podeszła do całej sprawy. Na tchórzostwie Twojego faceta, który nie umiał z honorem zakończyć niemiłej sobie relacji. Spytaj go, czym jego ex zasłużyła sobie na to, żeby ją tak obrzydliwie okłamywać. Bo "była wiecznie zmęczona po pracy"? bo - oh, to straszne! - chciała zamieszkać razem ze swoim (teoretycznym) ukochanym? bo skoro facet przez ileś tam lat plótł o ślubie, to uznała - naiwna kretynka - że on się chce żenić?.. Nie ma ŻADNEGO wytłumaczenia dla tych kłamstw - niezależnie od tego, jak bardzo źle było Twojemu facetowi w tym związku. Skoro, powtarzam, była to dla niego aż taka męczarnia, to czemu nie poszedł w cholerę za pierwszym razem?...
Spójrzcie sobie z B w oczy i odpowiedzcie sami, ile jest prawdy w Twoich słowach, a ile w moich. Myślę, że świetnie sobie zdajecie z tego sprawę, ale nawet wołami ciągani nie chcecie się do tego przyznać. Mnie to zasadniczo pływa swobodnie, to Wy żyjecie na co dzień z przykrą prawdą pod poduszką. Rzecz przecie nie w licytowaniu się, w werbalnej ekwilibrystyce, lecz w meritum - gdyby Twój facet nie skończył swego poprzedniego związku i nie zaczął nowego kłamstwami, nie byłoby tych miesięcy idiotycznych przepychanek. Wystarczyłaby TYLKO szczerość. Niestety pechowo trafiła ex-narzeczona Twojego B - na faceta, który po wielu wspólnych latach nie uszanował jej powiedzeniem prawdy..
Ocenę tego, co działo się w Twoim związku w minionym czasie i to, jaki wpływ miało zachowanie B z przeszłości na te zdarzenia - pozostawiam Tobie. A dodam jeszcze, że z całej tej historii nieodparcie nasuwa mi się pewien - w sumie raczej nieciekawy dla ciebie - wniosek: jak TY się teraz czujesz, w sytuacji, gdy Twój ukochany okłamywał Cię w żywe oczy?.. wierzysz w każde słowo, w każde zapewnienie? żadna wątpliwość nie zakłóca Ci snu? wierzysz w to, że złe minęło, i że teraz już wszystko będzie dobrze? wierzysz - co tam wierzysz: masz pewność, że skoro raz już zdradził, a Ciebie nie raz i nie dwa okłamał, to nigdy w przyszłości już tego nie zrobi?..
Widzisz - życie ma to do siebie, że zawsze oddaje nam to, cośmy sami wobec siebie i innych uczynili. ZAWSZE, prędzej czy później. Im większe świństwo, tym większy klaps za karę.
Sądzę, że właśnie tego doświadczasz.
I szczerze? nie, nie żal mi Ciebie. Oboje wiedzieliście, co robicie - byliście przecież tacy pewni siebie, tacy przekonani o swojej racji. I cóż - kto sieje wiatr, zbiera burzę, nieprawdaż?...
Stało się jak się stało, czasu nie można cofnąć. Z perspektywy lat uważam, że można było to wszystko rozegrać inaczej. Gdyby zdradzona i oszukana miłość nie była tak ważną sprawą dla tamtej dziewczyny, być może nie opisałaby tej historii z tak wielkim ładunkiem emocjonalnym na swojej stronie. Jeśli kto ciekaw, jak wyglądał wpis, który rozpętał ową burzę - proszę uprzejmie, w trybie wiadomości prywatnych mogę udostępnić link do tamtych wpisów, one nadal istnieją - jeśli kogoś zainteresuje, można poczytać więcej, aczkolwiek ta strona należy już do przeszłości. Określony wybór niesie ze sobą określone konsekwencje i w tej chwili najważniejsze chyba jest to, ile wszystkie strony doświadczą nauki i zrozumienia z tej sytuacji.
Do moderatorów i użytkowników tego forum: zaznaczam raz jeszcze, że nie jest moją intencją mieszanie ponownie wody w tym zapomnianym już stawie - niech to, co zatonęło, leży na dnie. I niespecjalnie mnie zaboli, jeśli ktoś z Was uzna, że moje słowa to nieprawda - JA wiem, jak ta prawda wygląda, pogodziłam się z jej konsekwencjami i nie muszę się bić, by kogoś do niej przekonać. Kto nie uwierzy, kto uzna, że to "youngwind" jest niesprawiedliwie skrzywdzoną niewinnością, a jej partner nieszczęśnikiem gnębionym przez okrutną wiedźmę - jego broszka. Dobrze byłoby jednak, abyście pomyśleli, że nie każda matka teresa jest taką świętą, na jaką się kreuje. Nie wszystko, co spływa z ludzkich ust czy palców jest prawdą, a już wysoce paskudne jest udawanie, że czarne to białe i na odwrót. I z łaski swojej - pozostawcie ten text w niezmienionej formie na tej tablicy. Bądźcie sprawiedliwi dla obu stron - skoro "youngwind" zdecydowała się upublicznić swoją wersję wydarzeń, niechże i ja mam tę możliwość. I proszę bardzo o nieargumentowanie, że jest to "pranie brudów" - pierwsza zrobiła to tutaj "youngwind", niniejszy text to jedynie replika zawierająca fakty.
A pannie "youngwind" i jej narzeczonemu życzę udanego wspólnego życia - szczerze. Może Wam się uda stworzyć mimo wszystko szczęśliwe i trwałe stadło. W końcu Miłość jest najpotężniejszą i najcenniejszą sprawą, jaka nam się w życiu trafia, o czym niżej podpisana z przyjemnością zaświadcza. I może na przyszłość dam Ci jedną radę, choć zazwyczaj jestem niezmiernie daleka od radzenia komukolwiek, bo nie czuję się do tego upoważniona ani poziomem mojej wiedzy, ani doświadczenia:
daruj sobie święte oburzenie okazywane na widok czyjejś zdrady, daruj sobie połajanki, jaka to ważna rzecz, szczerość, i jak to nieładnie kłamać; daruj sobie moralizatorstwo - w sytuacji, gdy Twój facet i Ty narobiliście dokładnie takiego właśnie syfu i draństwa. Hipokryzja, jaką epatujesz, jest jak miłosierdzie boże - bezgraniczna. Specjalnie przejrzałam Twoje posty tutaj na forum, dotyczące zdrady w związkach, sytuacji podbramkowych - aż mi się wierzyć nie chce, że takie święte oburzenie i umoralniające porady daje dziewczyna, która w analogicznej sytuacji postępowała wraz ze swoim obecnym partnerem dokładnie odwrotnie. Która kłamała wraz z kłamiącym na potęgę facetem... Nie wstyd Ci wypisywać takie rzeczy?.. byłam ciekawa, czy chociaż RAZ, jeden jedyny, napiszesz coś o tym, że oboje z B zachowywaliście się bardzo nie fair w początkach Waszego związku, że Ty też robiłaś nieciekawe rzeczy wraz ze swoim partnerem i co z tego wynikło; ciekawiło mnie, czy po 4 latach faktycznie zmądrzałaś, jak to się chwalisz co roku - ale widzę, że nie. Stworzyłaś sobie niewinne i słodkie alter ego, które nie ma wiele wspólnego z faktami...
Warto mieć świadomość, z czego to wszystko tak naprawdę powstało, na jakim gruncie - zaręczam, że pogodzenie się z własnymi wewnętrznymi demonami przynosi ulgę.
Czego serdecznie życzy
redakcja 
p.s. Jeśli mnie przeczucie nie zmyli i w odpowiedzi ujrzę tu za jakiś czas stek wyzwisk typu "ty parchata gnido", jakimi raczyła mnie swego czasu panna Youngwind, oraz tak namiętne, jak nieprawdziwe zaprzeczenia, zamiast rzeczowej responsy - cóż, potwierdzi to jedynie moje powyższe przypuszczenia. Jeśli stanie się inaczej, moje gratulacje, bo będzie to znaczyło, że jednak czegoś się w życiu nauczyłaś. Powodzenia!