Mam ostatnio okazję prowadzić zajęcia w grupie dzieci niepełnosprawnych. Ponieważ jestem osobą analizującą wszystko milion razy i mającą jakieś tam swoje przemyślenia, chciałam podzielić się z Wami moimi refleksjami.
Są to maluchy z głębokim upośledzeniem umysłowym i sprzężonymi niepełnosprawnościami. Żadne z nich nie chodzi. Nie reagują na zwykłe dla nas polecenia, świętem jest, gdy któreś poda czy podniesie do góry zabawkę. Generalnie to jest trudna, mrówcza praca, a ja bardzo przeżywam niektóre sprawy, więc do tego trochę wyczerpuje mnie to emocjonalnie. Wychodzę stamtąd i zadaję sobie milion pytań, dlaczego one? co czują? co myślą sobie w tych małych główkach? jak wyglądają ich rodziny? jak czują się ich rodzice? Ale ta praca ogromnie dużo mi daje. Pozwala patrzeć bardziej. Dostrzegać ich malutkie sukcesy, takie jak przełknięcie kilku łyżek zupy. Każdy ma swoje Kilimandżaro i super jest obserwować jak one właśnie zdobywają swój szczyt. Albo kontakt z tymi dziećmi pozwala docenić to, co się ma, kim się jest. Bo nie oszukujmy się, na co dzień nie cieszymy się z tego, że mamy nogi i możemy chodzić, możemy iść do kuchni, zrobić sobie kubek herbaty i samodzielnie ją wypić. Albo z tego, że potrafimy się śmiać. Bo gdy śmieje się takie dziecko po całym dniu krzyczenia lub marudzenia to jakby nagle robiła się wiosna, bo czuje to, że jest łaskotane, a my wiemy, że to jest reakcja, a nie przypadkowy i niekontrolowany wybuch śmiechu.
Uważam, że każdy powinien spróbować wkroczyć w świat takich dzieciaków właśnie po to, by docenić coś, patrzeć bardziej, więcej dostrzegać. Te maluchy są świetne.
edit: nie wiedziałam, gdzie umieścić ten wątek, bo trochę patetycznie brzmi "Moja niesamowita historia", ale chciałam żebyście to po prostu przeczytali i nie bali się takich dzieci:)