Często się słyszy o pracy poniżej kwalifikacji - najczęściej w kontekście świeżo upieczonych studentów, którzy "na przeczekanie" idą pracować w fast foodach, call center i innych cudach. Zdarza się to jednak również innym osobom, czy to po zwolnieniu, czy w trakcie szukania tej pracy marzeń. Tak czy siak, temat był wałkowany na tysiące sposobów.
Ostatnio zaczęłam się zastanawiać, jak to wygląda w drugą stronę. Czy udało Wam się np. dostać pracę czy chociaż zaproszenie na rozmowę kwalifikacyjną, co Was zaskoczyło, bo np. wydawało Wam się, że do końca odpowiednich kwalifikacji nie macie? I wtedy radość, że się udało, czy nerwy - bo może wyjdzie na jaw Wasz brak kompetencji i będzie "głupio"? ;p Wysyłacie w ogóle czasem CV, kiedy wiecie, że nie spełniacie wszystkich wymagań, czy z góry skreślacie swoją kandydaturę i szkoda Wam czasu?
A jak traktujecie takie osoby w pracy? Zakładacie, że to nie ich wina, bo może np. nie było lepszych kandydatów na dane stanowisko, a pracownik był potrzebny na gwałt, czy irytuje Was, że trzeba je doszkolić, czasem poprawić, pilnować na początku?
A co z osobami, które zielonego pojęcia nie mają o tym, co robią, dla których stworzono np. sztuczne stanowisko dyrektorskie, bez którego dotąd zakład się obywał i okazuje się, że dyrektor ds. badań nad automatami z coca colą jest mężem pani dyrektor całego zakładu? Negatywne? A jeśli ten dyrektor wcale się nie wywyższa, jest sympatyczny i po prostu fajny jako osoba i współpracownik, ale dalej na stanowisko się nie nadaje i dostał je wyłącznie po znajomości? Skreślicie z góry, czy machniecie ręką i sytuacja w pracy nie będzie rzutowała na jego ocenę jako osoby prywatnej?