Witam wszystkich, jest to mój pierwszy post, chociaż czytam Was już bardzo długo. Mam pewien problem z byłym partnerem...to znaczy ja już sama nie wiem czyj to jest problem, czy mój czy jego. Otóż, rozstaliśmy się 2012, kiedy synek miał 1,5 roku. Po urodzeniu synka oddaliliśmy się od siebie, ja byłam wiecznie zmęczona, on znalazł ukojenie w alkoholu. Do tego dochodził hazard, maszyny w barach, o czym wiedziałam wcześniej, ale ślepo wierzyłam, że dziecko i ja go wyleczymy, że sam też się zmobilizuje do leczenie gdzieś na terapii/mitingach. Nic takiego się nie stało. Pił dalej, potem w nocy wychodził na dwie godziny, nie zdarzało się to zawsze po drinkach, ale na tyle często, że mogło zacząć wkurzać. Poza tym po alkoholu robił się niekiedy agresywny, wyzywał mnie, ubliżał, upokarzał... to są może drobne sytuacje, ale jednak...pamiętam pojedyncze sceny, kiedy powiedział, że 'wy...li blachę do pizzy jak jej zaraz nie umyje', potrafił przejść koło wieszaka, a jak coś spadło to już nie podniósł, bo źle powiesiłam, więc sama mogę kurtkę podnieść. Niby drobnostki, ale czułam się w niektórych momentach upokorzona. Oprócz tego często wyzywa moją matkę, mówiąc, że jest ropuchą, często takie smsy od niego dostawałam, że rodzice jej nie wychowali, ani dwóch męzów, że życzy jej szybkiego zgonu, bo to przez nią ja jestem taka zimna i nie mam serca. Nie zajmował się też synkiem...(dopiero teraz jak zaczął mówić ma z nim kontakt dobry i potrafi zorganizować mu czas zabawą). Często pił w tygodniu, na weekend, a potem rano odsypiał. W piątek drinki, rano jak synek się budził, to on zmieniał łóżko, ja szłam na spacer, wracałam usypiałam synka, on dalej spał, po czym wstawał i pytał co na obiad...wkurzało mnie to bardzo, bo też bym chciała sobie poleżeć... ale mi zawsze zależało, żeby dziecko miało spacer, a jak ładna pogoda, to żeby non stop było na powietrzu. Ogólnie uważam, że swoimi wulgaryzmami mnie ranił i krzywdził, więc powiedziałam mu, żeby się wyprowadził. Spokojnie to przyjął, wyprowadził się, przyjeżdżał do synka, czasem pozwoliłam mu zostać, zabroniłam mu pić u mnie w domu...chociaż dwa razy zdarzyło mu się popić u mnie, jak przyjechali chrzestni, a jak ja widzę, że podnosi kieliszek to robię się od razu nerwowa...zdarzało mu się, że pojechał po pijaku do swojego domu, bo go "wkurzyłam". Generalnie wiele nie trzeba, żeby się obraził. Czasem wystarczy nieodpowiednie słowo i masz dwa dni z głowy...jednak wg mnie on sobie na dużo pozwalał w stosunku do mnie i mi nie wolno się było obrazić albo ja po prostu nie umiem się nie odzywać jak się mieszka pod jednym dachem.
Do czego zmierzam...nie mieszka już dwa lata, a jak w domu swoim wypije, to zaczynają się wulgarne smsy do mnie, czasami dotyczą mnie, a czasami mojej matki. Pisze mi, że jestem wyrachowana, że wróciłam do pracy, mam mieszkanie i jestem za pewna siebie, dlatego go wywaliłam. Wcześniej jak jeszcze mieszkał, to wiele razy słyszałam, że sama to ja sobie nie poradzę. Pije, z tego co mówi to gra. Czasami przyjeżdżał jak zbity pies i opowiadał jak on to wie, że ma problem i, że sam sobie nie poradzi, że idzie się leczyć, ale to była z jego strony manipulacja. W ciągu tych dwóch lat ze dwa razy chciał wrócić, ale ja się nie zgodziłam...to wtedy mi pisze, że dobrze, że się określiłam, bo on właśnie ma randkę z seksem, więc chce wiedzieć na czym stoi, po czym nigdzie na randkę nie jedzie. Generalnie nie chce do niego wracać i nie chce, żeby on tutaj wrócił. Ledwo wytrzymuje z nim weekend. Chodzę również na terapię dla współuzależnionych partnerów hazardzistów, bo nie mogę sobie z jego manipulacjami poradzić. Obwinia mnie i moją matkę o rozpad związku, że go odrzuciłam po urodzeniu dziecka. Ja nie twierdze, że tak nie było, ale powiem szczerze, że miałam dosyć jego fochów, lenistwa, picia i obrażania się i mnie. Skupiłam się na dziecku i tyle. Ma 41 lat, ja 31, a zachowuje się czasem gorzej niż 15. Ostatnio znów mi mówił o tym, że potrzebuje mieć kogoś, żeby się leczyć, że musi to robić dla kogoś...na terapii mówią, on ma się leczyć dla siebie, a nie dla kogoś...,że to manipulacja.
Wiele razy mówiłam mu, że to koniec, żeby sobie nadziei nie robił, to on się obraża, bo chce przecież dobrze, a ja wszystko niszczę. Że dostałam to czego chcę, czyli dziecko i go wywaliłam. Że jestem niedojrzała. A ja czuję, że samej mi jest lepiej... potrafię zarobić, nie muszę się martwić, czy ktoś mi zawinie pieniądze z portfela czy nie, czy jak wypije to wylezie gdzieś czy nie, czy będzie mnie obrażał czy nie itp. Chce to sprzątam, a jak nie to nie. A on niby takie pedant, ale jak mieszkaliśmy razem to rzadko sprzątał, bo albo w pracy albo dogorywał po piciu, ale do mnie miał wieczne pretensje...
Pewno dnia chciał nasypać cukier do cukierniczki z pojemnika i wysypał cukier na podłogę... to wiecie co się działo w domu..."ku..., co z debil nasypał tak dużo, ja pier...lę, wszystko się będzie kleić, ja pier...lę, kur..., pewnie jej matka tyle nasypała, co za beton", a ja w pokoju drugim płakałam z synkiem na rękach, bo emocję wzięły górę. Ja w ogóle nie mogę zrozumieć jak można się tak zachowywać z powodu takie błahej rzeczy.
Inne razu, zepsuł się samochód, byłam w trzecim miesiącu ciąży...fakt zepsuł się na środku skrzyżowania w godzinach szczytu, ale możecie sobie wyobrazić co się działo, wydzierał się na mnie, na moją matkę, znów na mnie, po czym kazał mi pchać samochód, a za chwilę się darł, że co wyprawiam, przecież jestem w ciąży...ja stałam tam jak popychadło i nie wiedziałam co robić, więc co nie krzyknął to robiłam. A robiłam tak, żeby go bardziej nie zdenerwować, więc starałam się być posłuszna.
Kiedyś nie mógł wyjechać ze śniegu... więc mówi wsiadaj, on popchnie, oczywiście, nie umiałam operować sprzgłęm czy biegiem tak jak powinnam, żeby wyprowadzić samochód ze śniegu więc też nerwy, krzyki itp. A jak tylko zeszliśmy na dół powiedziałam do niego, pożycz od sąsiada łopatę, odkop trochę, ale nie...on musiał po swojemu, co skończyło się płaczem moim i jego krzykiem...
Na swoje urodziny dostał dużo kasy na urodzenie synka, byłam w ciąży wtedy...to jak goście wyszli to on położył się spać, ale za 5 minut wstał i poleciał wszystko przegrać. Miałam mu nie dawać forsy, nawet ją schowałam, ale pomyślałam sobie, że nie będę się z gnojem szarpać.
Kolejna sytuacja - wylądowałam kiedyś u jego kuzyna na noc bo pił alkohol i łykał jakieś tabletki wtedy - jak usłyszałam w nocy, że rozmawiam z jego kuzynek to mnie "szturchął", wypieprzył kuzyna, nawyzywał mnie od ku..., szmat, a ja jeszcze próbowałam mu tłumaczyć. Wróciłam rano...jeszcze go trzymało, wypieprzył mnie znowu..., po paru dniach wybaczyłam, bo nie wiedział co robi, bo tabletki, bo coś tam...
Teraz może takich rzeczy aż nie robi, bo nie ma okazji. Ja mieszkam u siebie, on u siebie, ale dalej mnie męczy smsami i wkurzaniem sie. Ostatnio przyjechał i mówię mu, żeby poszedł na spacer z mały, a on oczywiście litania..., że wszystkich z tymi spacerami pokur...iło, że dziecko chore, a ja na spacer, że go na pewno przeziębiał tymi spacerami itp. A dziecko lekki kaszel i katar i chodzi do przedszkola, to choćby nie chciał to choruje co jakiś czas...
Ogólnie zawsze jak mu coś nie przypasuje, to wykład, że słowa nie można wtrącić i do tego nie słucha... jest nieprzyjemny, ciągle żartuje z mojej mamy, brata lub ich wyzywa, w zależności czy chce mnie obrazić czy pożartować sobie ze mnie i sam się pośmiać.
Przepraszam,że tak długo,ale musiałam się gdzieś wygadać, bo wydaje mi się,że ciągle mną manipuluje (tak mówią na terapii dla hazardzistów), ja nie potrafię zapomnieć tego co robił, a on wywołuje we mnie poczucie winy, że on taki był zawsze, że wiedziałam ze jest hazardzistą, że pije bo go odrzuciłam, że gdybym go nie denerwowała to by na mnie się nie darł, że go sprowokowałam...
Jedynie mam wyrzuty sumienia w stosunku do dziecka, że tęskni za ojcem, i to moja jedyna wina...nie chce się dać zaszczuć...