Witajcie, zdecydowałam się dodać wątek w tym dziale bo myślę, że to co się dzieje ostatnio jest wynikiem tego co miało miejsce w moim związku. Byłam związana przez kilka lat z mężczyzną, który miał dwa oblicza. Zakochałam się w nim bo był spełnieniem moich marzen o partnerze na całe życie. Wspierał mnie we wszystkim co robiłam od samego początku, cudownie zajmował sie moimi dziećmi, był dla nich 100% ojcem, myśle, że je kochał. Czułam sie przez niego totalnie zaopiekowana, załatwiał wszystko na przedwczoraj, umiał ugotowac, uprac, posprzątać. Mieszkaliśmy razem niemal cały czas trwania naszego związku. On sie wtedy borykał z problemami podziału majątku po rozwodzie i paroma innymi, dość dużego kalibru. Dodam, ze poznaliśmy sie kiedy on był juz wolnym człowiekiem. Ja także wspierałam go jak tylko umiałam we wszystkim, obowiązkami domowymi dzieliliśmy się w miarę równo, oboje mieliśmy pracę. Seks był cudowny, była między nami do konca ogromna namiętność, rozmawiac moglismy o wszystkim. To był on nr 1. On nr 2 to...ech..miewał co jakis czas napady furii, poprzedzone jakąs kilkudniową aurą "czepiactwa" o wszystko. Po tej aurze zwykle przychodził dzien 0 i zaczynał pić od rana. Normalnie nie miał kłopotów z piciem żadnych. To było okresowe picie jednodniowe, po którym dostawal amoku. Obrzucał mnie takimi wyzwiskami, których istnienia nawet bym nie podejrzewała. Krzykiem wmawiał, że jestem nikim, że nie nadaję sie do niczego. Czasem podnosił na mnie rękę. Oczywiście kiedy trzeźwiał przepraszał..to sie powtarzało cyklicznie co ok 3-4 mce. Jestem przekonana, ze ten jego dualizm wziął sie z tego, ze całe swoje życie zawodowe spędził w wydz. kryminalnym... W koncu znalazłam w sobie siłę na to by zerwac z uzależnieniem od niego i odeszłam pól roku temu. I wcale nie jest mi lepiej
Widze jak okrutnie odebrał mi mnie. Jak zniszczył moja kobiecośc i ufność. Moją radośc życia. Mam wrażenie, że nieodwracalnie.
Zawsze byłam spontaniczną, silną, wrażliwą kobietą. Doskonale radziłam sobie z zyciem i tym co ono niesie. Dziś jestem pusta, zmęczona, słaba. Próbuję pokazywać światu usmiech na twarzy i nadal udawac silną i czuje sie jak karykatura samej siebie.
Mam jedno marzenie. Miec u swojego boku kogoś, kto bedzie mnie kochał, przy kim moge zasnąć i czuc sie bezpiecznie. Ale ilekroć ktos taki pojawi sie, to trwa to tylko chwilę, bo ja wszytsko niszczę. Szukam w nim jakiegos ukrytego zła, węszę w obawie, ze zaraz spadnie na mnie jakies nieszczęście, kłamstwo, oszustwo. Koniec konców, czego sie nie tknę wszystko sp...rzę. A ta smotność mnie zabija.
Żeby postawić kropkę na "i" dziś dowiedziałam się, że mam raka. Wykryto go mimochodem, przy okazji zupełnie prostego badania. Szczęsliwie w takim stadium, ze jest niemal w 100% do wyleczenia. Ale ta wiadomość sprawiła, ze poczułam, że dobiłam do ściany.
Pisze w sumie nie wiem po co, chyba po to by móc sie wygadac i usłyszec jakies dobre słowo albo cokolwiek. Chciałabym odzyskac siebie sprzed 5 lat. Normalną, fajną, uśmiechniętą babkę, która kocha życie i czerpie je garściami. W tej chwili nie ma obok mnie nikogo, komu moglabym sie wygadac i spuścic z siebie to ciśnienie.
Dziękuję za dobrnięcie do końca..;)