witajcie. kilka miesięcy temu wyszłam za mąż i tu wszystko się zaczyna, cała moja historia.
zamieszkałam u męża z jego rodzicami i babką. kiedy go poznałam, myślałam złapałam Pana Boga za nogi, jakze się myliłam. nie jestem ja ideałem ale on... czuję się rozczarowana
. przedtem był inny, inaczej się zachowywał wobec mnie a teraz mam wrazenie, że to ja muszę się dostosowywać do nich wszystkich, najbardziej do teścia. sam mąż powiedział mi ostatnio, ze jeśli teść coś tam nawet mówi z czym się nie zgadzam to mam mu przytakiwać. a gdzie ja w tym wszystkim, gdzie moje zdanie? mam być cichą myszą w jego domu bo to nawet nie nasz dom, ja tak się czuję.
kiedy tu się wprowadziałam byłam w szoku, wiedziałam, ze teściowie to brudasy, teściowa to leń ale że aż tak? na nastepny dzień po ślubie musiałam sprzątać kuchnię żeby móc normalnie zjeść,w szafkach znalazłam mysie odchody a okno było brudne tak ze męczyłam się z nim ponad godzine, podłoga niemyta miesiące, drzwi brudne, na wszystko nie chciało się aż patrzeć.i jak ja mam się czuć? jak mam się czuć po takiej akcji juz na przywitanie? oni wszyscy mieli to gdzieś, że ja się wprowadzam, oleli to, przyjdzie to przyjdzie, tak jakbym ja sama pochodziła z jakiegoś domu zarosniętego brudem ale tak nie jest, od dziecka sprzątałam sama, sama prałam, dbalam o dom mając chorą matkę.nawet gości nie przyjmowałam w syfie a gdzie tu mówić o mieszkaniu z kimś nowym w takich warunkach jak oni sobie zrobili.
teraz też jest bez zmian, ja sprzątam wspólną kuchnię, przeważnie ja gotuję pomimo, że teściowa cały dzień spędza przed telewizorem śpiąc.
czuję sie sama w tym domu, nie mam z kim porozmawiać, mieszkamy na wsi, mąż cały dzień coś robi i nie ma go praktycznie do ciemnej nocy. nie
mam o czym porozmawiać ani z teściową ani z teściem, tymbardziej z babką która dzieki Bogu ma oddzielną kuchnię i pokój. wiecie co mnie ratuje? że mam rodziców 4 km stąd, wsiadam i jade pogadać, jakoś naładować akumulatory, a potem wracam to tej szarej codziennosci. rodzice na razie nić nie wiedzą co się tu dzieje.
czasem wydaje sie mi, że jestem potrzebna im wszystkim tylko do roboty, nawet dla męża, tylko mu pomagać, swoje zającia rzucaj bo on jest ważniejszy.tylko gotuj, sprzątaj, pomagaj, ja to rozumiem bo trzeba coś robić,pomagam mu w gospodarstie ale czy on daje mi cos w zamian? nawet nie docenia tego jak się staram, poświęcam mu wiele ale on potrafi tylko się denerwować na mnie gdy mu np.powiem że obiecał to i tamto a słowa nie dotrzymał.
a ja jestem gorsza nawet od tescia, to on jest numerem jeden u męża nie własna żona, taka jest prawda, tylko on tego nie widzi, że tak jest. boi się sprzeciwić dla ojca, nawet nie podniesie na niego głosu gdzie na mnie potrafi nakrzyczeć. nie raz płaczę przez niego to nawet nie przytuli, nie przeprasza ostatnio.jest mi z tym tak beznadziejnie źle że aż opisać to ciężko. kilka dni temu mąż powiedział mi, że nawet gdy teść mówi coś z czym sie nie zgadzam to mam mu przytakiwać pffff a ja to co, mam chować swoje zdanie w kieszeń?
kiedy wychodziłam za mąż miałam inne wyobrazenie o wszystkim, mąż przed ślubem był inny niż teraz. obiecywał wiele, dbał o mnie, troszczyl się jakoś inaczej.a teraz? teraz jestem w ciąży i czuję się nieraz sama z tym wszystkim. patrze na męża i nie widze żeby cieszył się z tego dziecka, nie rozmawia o nim, ja zaczynam jakiś temat o ciąży a on ucina to zaraz. siedze i myśle jaki będzie z niego ojciec skoro jako mąż mnie rozczarowuje na każdym kroku. źle znoszę ciąże, nie raz nie moge nic jeść, nie mam na nic siły, potrzebuję snu bo zasypiam na siedząco w środku dnia ale mąż tego nie rozumie, nie rozumie ile mnie to kosztuje, dla niego jestem zwykłym śpiochem.
ja nie pracuje i to mój największy błąd bo zamiast iść rozwijać się po ślubie mając wyższe wyksztalcenie, zostałam na wsi żeby mu pomagać a co mam w zamian? daje mi pieniądze na jedzenie ale nie interesuje go czy chce sobie coć kupić czy nie, czy mam w czym chodzić. jestem jego żoną, te gospodarstwo jest niby nasze a ja nie mam dostępu do jego kont, nie wiem ile mąż ma pieniędzy, które są niby i moje, nie wiem ile zarabia sprzedając coś bo nawet jego faktur nie widze. łzy mi kręcą się w oczach gdy to pisze
(((. sama sobie takie życie zgotowałam to mam kurde:(.
dziecko ma urodzić się wiosną a mężulek wymyślił że akurat wtedy będzie robił remont na piętrze u teściów. mają zrywać podłogi w pokojach, na korytarzu, robić drugie schody i nowa boazerie, to wszystko z drewna, mówi że 2,3 miesiące mu to zajmie a co ze mną i maluszkiem? przecież w takich warunkach nie da się normalnie funkcjonować z małym dzieckiem
. powiedzialam mężowi, że ja nie będę mieszkać tu gdy będą sypać piętro to się oburzył na mnie, się obraził i nawet nie spał ze mną w łożku
.
nic nie rozumie, nic kompletnie. a ja wiem jak to bedzie gdy zaczną to wszystko kilka razy lakierować, jak ten smród rozejdzie się po calutkim domu.ale dla niego to nie problem.
mogłabym pisac i pisać ale juz nie mam siły
(( przepraszam, że tak się rozpisałam ![]()