Cześć wszystkim, od dawna obserwuję Wasze forum, ale dopiero teraz postanowiłam się przyłączyć. Chciałabym opisać Wam historię swojego związku i poradzić się w tej sprawie.
Otóż zaczęło się rok temu. Poznałam go przez Internet. Najpierw wymiana maili, potem pierwsze luźne spotkania. Zaprzyjaźniliśmy się. Z czasem zaczęłam się w nim zakochiwać, pomimo wad jakie w nim zauważałam. Uwielbiałam się z nim spotykać, spędzać czas, z nim poznałam smak obcowania z drugim człowiekiem - jest moim pierwszym chłopakiem w życiu, podobnie jak ja jego dziewczyną. W końcu stało się i zbliżyliśmy się do siebie zupełnie niespodziewanie. Myślałam, że jest fajnie. Nie było wielkich deklaracji, wszystko oparte na fundamencie przyjaźni, wzajemnej sympatii, z mojej strony też na rodzącym się uczuciu. Bywało między nami różnie, pojawił się też pierwszy poważny kryzys, który wyniknął z nieporozumienia, ale daliśmy radę. Było dobrze, dopóki nie zaczęłam łączyć pewnych faktów ze sobą.
Z racji tego, że jestem jego pierwszą dziewczyną, on nie za bardzo wiedział jak się ze mną obchodzić. To jedna z tych wad, które jakoś zaakceptowałam. Jest jedynakiem, owszem, jest czuły i namiętny, ale w sytuacjach poza "łóżkiem" nie wykazuje zbytniej troskliwości, opiekuńczości, nie stara się bym zawsze czuła się przy nim zadowolona i spełniona. Nie jest romantykiem, w ogóle nie przywiązuje wagi do takich rzeczy jak: kwiaty, prezenty, komplementy. Nigdy nie usłyszałam od niego "kocham Cię", choć wcale tego nie wymagam i wiem, że słowa nie zawsze muszą mieć pokrycie w rzeczywistości. Dla niego to czyny świadczą o uczuciu, dlatego do tej pory wierzyłam w to, co sam mówił. Jakiś czas temu jednak zrozumiałam pewną zasadniczą rzecz, którą aby najpierw potwierdzić, musiałam poprzeć dowodami, a te z biegiem czasu same wpadały mi ręce.
Okazało się, że mój chłopak w rozmowach ze znajomymi, których, oprócz dwóch najbliższych kolegów, nie miałam okazji poznać, często wspominał o pewnej dziewczynie, o którą starał się przed paroma laty, ale która dała mu kosza. Nigdy z nią nie był, ale czasem spotykali się i spotykają nadal gdy tylko zbierze się ich cała paczka na jakimś melanżu... I choć usłyszałam od niego, że ona go już dawno nie obchodzi, ja nie potrafiłam temu dowierzać. Najgorsze jest to, że on był w niej strasznie zakochany i ta nieszczęśliwa miłość ciągnęła się za nim dobre parę lat. Niby nie powinnam być zazdrosna o przeszłość, bo przecież teraz jest ze mną, ale - no właśnie - ze mną nie łączy go taka chemia jaką on czuł (albo nadal czuje) do niej. Jego uczucie do mnie jest o wiele spokojniejsze, oparte bardziej na przyjaźni, która wcale nie przerodziła się w wielką miłość. Jest mi z tego powodu przykro, tym bardziej, że dopiero niedawno mieliśmy burzliwe dni i w trakcie rozmowy ze mną, przyparty do muru, sam to przyznał. Na dodatek okazało się, że w wakacje, gdy pojechał na wycieczkę zostawiając mnie samą, towarzyszył jej i jej koleżankom...
Od tygodnia nie spotykamy się. Poprosiłam go o chwilową rozłąkę. Nie wiem co mam sobie myśleć. On nie mówi, że mnie kocha, bo tak nie jest, bardzo mnie lubi, ceni, szanuje, jest ze mną bo uważa, że związek rozpoczęty od przyjaźni jest o wiele bardziej wartościowy niż ten oparty na głupim instynktownym pociągu na którym się zawiódł, i który sprowadził go na manowce ... Dla niego słowo "kocham" ma bardzo duże znacznie i nie używa go od tak, tym bardziej, że nie należy do wylewnych osobników. Z jednej strony ma rację, bo nie sprowadza wszystkiego co jest miedzy nami do jakiegoś romantycznego banału, ale z drugiej sprawia mi pewien ból, właśnie przez swoje szaleńcze zauroczenie z przeszłości, które nie powtórzyło się w naszym przypadku.
Może to głupie, dziecinne i naiwne, ale jest mi żal, że on nie czuje do mnie czegoś "bardziej". Miłość? Hmm, sama zaczęłam się zastanawiać co tak naprawdę oznacza... Czy mam prawo czuć się nieswojo w tej sytuacji? Widziałam tamtą dziewczynę na zdjęciach i szczerze mówiąc, jest miedzy nami pewne podobieństwo, ale i tak uważam się za ładniejszą, dlatego tym bardziej dziwi mnie fakt, ze mój chłopak nie jest we mnie zakochany w pełnym znaczeniu tego słowa...
Co to ma wszystko oznaczać? Czy mam coś z tym zrobić?
