Witam,
chciałabym prosić Was o pomoc, o podzielenie się opinią jak widzicie to co się pomiędzy nami dzieje. Jesteśmy ze sobą od 3 lat, nasz związek jest burzliwy, dużo uczuć, dużo dobrych dni, ale i też złego, napięć kłótni. Chciałabym, aby ten związek się uspokoił, stał się stabilny, dawał poczucie bezpieczeństwa.
Wczoraj niestety się pokłóciliśmy. To co teraz opiszę, według mnie, jest stałym schematem reagowania na siebie - proszę, pomóżcie mi to lepiej zrozumieć, zrozumieć moje błędy, złe postępowanie.
Otóż, w sobotę wieczorem umówiliśmy się wstępnie z moim mężczyzną, że następnego dnia pojedziemy na ściankę wspinaczkową, a potem do teatru. W miedzy czasie trzeba by było zrobić zakupy, bo lodówka była już pusta. Tego dnia, pytam się go czy możemy odpuścić teatr, bo będę czuła dyskomfort na ściance, powiedziałam, że chciałabym mieć głowę wolną, nie myśleć, że gdzieś jeszcze potem musimy jechać, spieszyć się z zakupami, bo teatr. On zaczął się z tego powodu na mnie denerwować. Zaproponował, że pojedziemy i zobaczymy, jak się będziemy czuć. Powiedziałam, że dla mnie nie jest to rozwiązanie i głupia kłótnia wynikła. Od słowa do słowa: ja mu mówię, że nie musimy aż tyle rzeczy robić jednego dnia, możemy to sobie dawkować (mój mężczyzna ma tendencje do robienia duuuuuuużo, silnie, mocno rzeczy..., np. jak wycieczka rowerowa - to od razu na 50 km), że inni tak nie mają, i ja wolę sobie to dawkować, i najpierw wywiązać się z obowiązków (np. zrobić zakupy, żeby mieć coś do garnka włożyć, a na śniadanie też nic nie było).
Oczywiście obraził się na mnie śmiertelnie (zawsze w takich sytuacjach, gdy wypowiadam swoje zdanie), zaczął mi mówić, że znów wszystko zniszczyłam, że jestem egoistką, że uważam, że tylko ja mam rację i wszystko musi być tak jak ja chcę. Poszedł do łazienki, oświadczył, że sam jedzie potrenować, że sam pojedzie na zakupy. Próbowałam go przekonać, żeby tak się nie zachowywał, ale to tylko pogarszało sytuację (zawsze tak na mnie reaguje, ja mówię wtedy, jego to rozwściecza).
No i pojechał obrażony, wrócił, wyszedł i zawrócił - przyszedł zapytać się czy z nim pojadę. Powiedziałam, że tak, ale nie chcę, aby się tak w stosunku do mnie zachowywał, bo przecież nic takiego mu nie robię, żeby od razu taki agresywny się w stosunku do mnie robił, unosił się dumą, wyzywał.
No i się nie dogadaliśmy. Wyszedł, pojechał. Długo go nie było. Mijały godziny, czekałam, czekałam. Ugotowałam obiad. Czekałam...
I nastąpiło najgorsze. Zaczęły się u mnie lęki, zaczęłam dzwonić do niego, nie odbierał. Ja nie zauważyłam, że wcześniej dzwonił. Wpadam wtedy w taką nerwicę. Dzwoniłam do jego przyjaciela, mówił, że dzwonił do niego po południu, ale nie mógł rozmawiać. Dzwoniłam, dzwoniłam...
Dostałam dopiero od niego smsa po 20:00, że jest w teatrze, że wróci po 22:00. Jak przyjechał, wyskoczyłam cała zapłakana na niego, zaczęłam krzyczeć gdzie on był przez ponad 10 godzin, zaczęłam rękami go przepychać, on mnie też.
I tak się stało...
Pomóżcie, ten schemat sprzeczek, a później jakiejś awantury odbywa się u nas regularnie... O co w tym chodzi?