Poznaliśmy się u lutym 2005r.
Wyszedł z mojego biura tak mną oczarowany, urzeczony, że jego żona która na niego czekała w samochodzie zauważyła jego ?nieziemski? stan czego zresztą nie omieszkała wypowiedzieć głośno. On na to nie odpowiedział tylko pomyślał, że to właśnie ta poznana kobieta jest jego życiem. (to znam z jego relacji ).
Kilka dni później, to było 15 lub 16 lutego 2005r. zadzwonił do mnie do pracy z prośbą aby porozmawiać. Nie mogłam w tym momencie więc odpowiedziałam, że oddzwonię.
Oddzwoniłam.
Spotkaliśmy się, przy kawie rozmawialiśmy dość długo i bardzo wylewnie (z jego strony). Szczerze powiedział, że aktualnie jest w związku małżeńskim, ma dwoje dzieci. Opowiadał o swoim wypalonym związku, żonie która jest zimną kobietą, rozczarowaniu i zawiedzeniu w związku. O zdradzie jego żony, że po jej burzliwym romansie w Zakopanem jeszcze ją odebrał od koleżanki (bała się wrócić do domu) i przywiózł do domu. Stwierdził, że po tym wszystkim co przeżył ze swoją żoną nie widzi już dla nich szansy i będzie się rozwodził. Pamiętam co wówczas powiedziałam: łatwo się tylko mówi, jesteście rodziną są dzieci, to jest bardzo trudne. Prawdziwe trudności dopiero się zaczną, to dopiero ?wierzchołek góry lodowej?.
Wiedziałam jakie to jest przeżycie. Sama byłam 3 lata po rozwodzie (mąż wyjechał za granicę i tam układał sobie nowe życie). Psychicznie już się pozbierałam po swoim małżeństwie. Czułam radość życia miałam 40 lat i wspaniałą 15 letnią córkę. Byłam niezależna finansowo, miałam dobrą pracę, byłam w trakcie studiów zaocznych. Życie we mnie kipiało. Ze wszystkim sobie radziłam, byłam szczęśliwa. Na to szczęście i codzienną radość ?pracowałyśmy? obje: ja i moja wspaniała córka.
Spotkaliśmy się jeszcze może z 2-3 razy. Na którymś spotkaniu zapytałam się wprost ?czego Ty ode mnie chcesz, na co liczysz?. Odpowiedział ?nie chcę zaciągnąć cię do łóżka, myślę o Tobie poważnie?. Zbliżały się Święta Wielkanocne. On wyjechał do sanatorium. A ja zostałam z moją córką, świątecznym nastrojem i z Nim w moich myślach. Wrócił z sanatorium i zaraz się ze mną skontaktował. Zaczęliśmy się spotykać. Pamiętam nasz pierwszy pocałunek ziemia się rozstąpiła, niebiosa otworzyły, krew pulsowała, serce waliło, w głowie wirowało, a ja drżałam z uniesienia, mało nie zemdlałam. Zresztą jego odczucia były podobne, przynajmniej tak mówił. Chciałam sprawdzić czy to uczucie czy pożądanie, dlatego do bliskości fizycznej pomiędzy nami doszło po 4 miesiącach. Zakochałam się po uszy, jak nastolatka. On również szalał z miłości. Tym bardziej byłam szczęśliwa bo moja córka bardzo Go polubiła a on ją.
Żonie powiedział, że poznał kobietę z którą planuje wspólne życie. Pozostała kwestia formalna rozwiązania ich małżeństwa.
W lipcu wyjechaliśmy na wspólny, tygodniowy urlop. We wrześniu zamieszkaliśmy razem. Nie mogłam uwierzyć we własne szczęście. Mój wymarzony mężczyzna, przystojny, pracowity, gospodarny, w towarzystwie oczarowywał wszystkich, no i to co najważniejsze kocha mnie, myśli o mnie poważnie. Wiekowo pasujemy do siebie. Przedstawiłam Go swojej rodzinie. Również bardzo Go polubili. Taki szarmancki wobec mojej mamy, zawsze jakieś czekoladki, a jednocześnie taki swojski chłop wobec mojego ojca ? jemu piwko.
Już wtedy zaczęły się jego fochy. Nie pamiętam o co, bo to były pierdoły, ale foch był MEGA. Przepraszałam, tłumaczyłam, wyjaśniałam, dążyłam wszelkimi sposobami do zaniechania. Pragnęłam aby znów był radosny, widzieć jego uśmiech, szczęście, słyszeć ciepły głos, poczuć jak mnie przytula. Przepraszałam chociaż nie bardzo wiedziałam za co. Sama usprawiedliwiałam jego nagłe, nieprzewidywalne wybuchy gniewu i złości. Wyjaśniałam sobie, że jest rozdarty zostawił rodzinę, dom, który sam budował. Że może nie jest pewny mojego uczucia, że się obawia, że i że i jeszcze raz że już sama nie wiem co mogłam wymyśleć aby Go usprawiedliwić. Kiedyś sam stwierdził, że nam się nie uda być razem. Zaprzeczyłam z całą stanowczością miałam w sobie taki ładunek miłości, że wydawało mi się że wystarczy go na 100 lat i to dla nas oboje. Prosiłam aby zechciał uwierzyć w miłość, że jest kochany, że myślę o nim na zawsze, a nie dla zabawy czy dla pieniędzy. Prosiłam ? zdejmij z siebie tą ciężką, stalową zbroję i otwórz serce. Jesteś bardzo dobrym, wrażliwym mężczyzną tylko uwierz, że możesz być kochany.
Pierwszy wspólny bal Andrzejkowy. Zauważam, że mój kochany mężczyzna dyskretnie przyjmuje do ręki coś od blondynki siedzącej z nami przy stoliku. Zapytałam się co Ci ta Pani dała, odpowiedz brzmiała: nic tylko mi się wydawało i mam przestać czepiać się, psuję zabawę. Na drugi dzień wieszając na wieszak jego spodnie w których był na andrzejkach z kieszeni wypadła serwetka (charakterystyczna, w serduszka, takie były na balu) na niej numer telefonu i imię Ania. Miałam wrażenie, że do mojego serca przyłożono żelazko- ale parzyło i parzy do dzisiaj. Jak wrócił z pracy pokazałam mu tą serwetkę i zapytałam czemu kłamał. To był błąd- dopiero się wściekł. Mało że mnie wyzwał, oczernił o kontrolowanie i szperanie, to jeszcze zaczął się pakować. Stwierdził, że w takim domu co są sprawdzane jego osobiste rzeczy i czuje się osaczony on mieszkać nie może. Znowu przepraszam, tłumaczę, wyjaśniam że ręki do kieszeni nie włożyłam, serwetka sama wypadła. Proszę o rozsądek, opamiętanie, nie dajmy się pokonać na początku naszego związku. Błagam, przepraszam. Od tamtego dnia gdy zobaczyłam jego reakcję na ujawnione kłamstwo zaczęłam się bać. Wyobrażałam sobie, że temat ? serwetki? przedyskutujemy, on przyzna się do gafy i na tym koniec. Na myśl nie przyszła mi taka reakcja.
Od tego dnia bałam się o jego reakcje na wszystko. Stawałam na czubku głowy aby nie miał powodów do niezadowolenia. Jak wracał do domu ukradkiem oceniałam jego nastrój i emocje. Wszystko czym chciałam podzielić się z moim partnerem podporządkowywałam pod jego nastrój. Moje problemy, trudności, uczucia zostały zepchnięte na margines. To nie było ważne. Ważne było abym Go wysłuchała, zrozumiała i miała takie samo zdanie i opinię na każdy temat jak on. Jeżeli miałam inny punkt widzenia zaraz słyszałam: kobiety nie myślą, baby są głupie, to stworzenia do towarzystwa mężczyzn, do niczego się nie nadają ? całkowita degradacja.
Nastał grudzień i święta Bożego Narodzenia. Teraz nie pamiętam, czy to po świętach czy po Nowym Roku oznajmił mi, że się musi się wyprowadzić, że bardzo mnie kocha i tak będzie do końca życia, ale musi to zrobić dla dzieci, które go potrzebują bo jego żona (cały czas żona o rozwodzie przestał mówić. A ja nie chcąc wpędzić go w złość milczałam) nie zapewnia im wystarczającej opieki. Serce pękało mi z bólu, nocami nie spałam, nie mogłam jeść, dusiłam się z tym tak okropnie, nie potrafię wyrazić słowami. W głowie był tylko On. W pracy miałam trudności z koncentracją, a tu jeszcze uczelnia, pisanie pracy, przygotowanie się do obrony. Ale wówczas ?byłam silna?, rozumiałam wartość nadrzędną ? dzieci potrzebują opieki ojca. Nie lamentowałam, nie prosiłam, usłużnie rozumiałam i wspierałam Go w jego słusznej decyzji. Jego przygotowania do wyprowadzki trwały chyba 2 lub 3 miesiące. To była dopiero męka, wydaje mi się, że wręcz droga krzyżowa. Codziennie jak wracałam z pracy myślałam czy jeszcze będzie czy już nie. Kładłam się do łóżka i myślałam czy to nasza ostatnia noc czy może jeszcze będzie jakaś (nie rozpatruję tego w sensie fizycznym tylko emocjonalnym). Wówczas wytworzyło się we mnie coś takiego, że kilka razy w ciągu nocy, we śnie lub półśnie, ucałowywałam jego plecy- spał odwrócony do mnie tyłem. Nastał ten ostatni dzień, ale nic o nim nie napiszę bo go po prostu nie pamiętam. Nie pamiętam co mówiliśmy, jak się żegnaliśmy, jak wychodził, jak odjerzdzał. Nie pamiętam niczego. W tym wszystkim wspierało mnie moje dziecko. Mądra, ?dorosła?, 16 letnia ?kobietka?. Ona była sensem mojego życia. Rodzinie nic nie mówiłam, bo nie chciałam ich martwić a znajomym wstydziłam się. Tym bardziej, że kontakty z sobą utrzymywaliśmy. Najkrótsza chwila z nim spędzona była wówczas wszystkim o czym marzyłam. Obroniłam się 20 czerwca 2006r. przyjechał mi pogratulować. Pamiętam, że podeszłam do okna i dopiero zauważyłam jak się zazieleniło (z okna pokoju widać nieduży miejski lasek), chwilę tak patrzyłam. On się podniósł i pożegnał. Widziałam po jego zachowaniu niezadowolenie. Jak się zapytałam co się stało- stwierdził, że go zlekceważyłam i poczuł się gorszy. Znowu przepraszałam i wyjaśniałam. W lipcu stwierdził, że jest na rozdrożu, nie może tak żyć, że ten powrót do domu nie był dobrą decyzją. Chciałby być ze mną, ale musi to przemyśleć aby w imię miłości ponownie mnie nie skrzywdzić.
Stwierdził, że zrozumiał jak jestem wspaniałą kobietą, ile mam w sobie miłości i jak potrafię nią otaczać. Nie będę pisała o zaletach, które zaczął mi przypisywać a które dopiero teraz tak naprawdę docenił. Bo jego żona to?., bo jego żona to tamto? . Teraz gubię się co było prawdą a co nie. Ale musiało upłynąć 9 kolejnych lat.
Pojechałam pod jego zakład pracy, napisałam karteczkę co czuję, jak bardzo Go kocham i ile dla mnie znaczy. Że jest to miłość po sam grób. I jak tylko podejmie decyzję to niech wie, że Go kocham i w każdej chwili ma moje serce i drzwi mojego mieszkania otwarte.
Tak też się stało. Znowu byliśmy razem. Pojechaliśmy na mazury, zabrał z sobą swoją córkę, było fajnie za wyjątkiem jego paru fochów. Potem pojechaliśmy do najpiękniejszego miejsca w moim sercu, gdyż tam byliśmy pierwszy raz. Bajki ciąg dalszy. Aż do września, kiedy poszliśmy na wspólną zakładową imprezę. Impreza była na wolnym powietrzu, za potrzebą czasami trzeba było postać w kolejce do toj-toja. Chwilę mnie nie było. Po powrocie do domu wyzwał mnie od najgorszych kurwa, bladz i zdzira to tylko część epitetów. Nie wytrzymałam podleciałam i strzeliłam go w policzek. Oddał tak, że się odwinęłam i padłam twarzą na duży stojący świecznik, jeden z bolców na świece wbił mi się w brodę. Polała się krew, nie wytrzymałam wyrzuciłam drania z domu. Zadzwoniłam do jego brata, poprosiłam o przyjazd i rozmowę. To co zobaczył i usłyszał przeraziło go. Nie mógł zrozumieć zachowania swojego brata, skąd takie metody. Stwierdził, że w ich domu rodzinnym nic podobnego się nigdy nie wydarzyło. Ojciec szanował matkę, więc jak on mógł dopuścić się wyzwisk i rękoczynów.
Zadzwoniłam również do mojej mamy, musiałam to z kimś przedyskutować.
To teraz parę słów o tym szacunku w domu rodzinnym ( dowiedziałam się po kilku latach od jego rodziny). Ojciec zdradzał matkę od zawsze, w domu ją poniewierał, szmacił jak się tylko dało, znęcał się nad rodziną, uciekali po wsi do sąsiadów, aby tyranowi zejść z oczu. Pił i się łajdaczył jak chciał i kiedy chciał. Żonę w zaawansowanej ciąży skopał po brzuchu. A do tego pranie mózgów, jaki to on dobry, kochający ojciec, jak na nich pracuje, jakie kobiety są głupie, nie maja mózgu, są nic warte, tylko do łózka i do roboty. Kobiety to narzędzie w rękach mężczyzny. Ta kobieta zapadłą na kilka lat w depresję. Mój partner zawsze twierdził, że to matka wyrządziła im wielką krzywdę bo przestała (w czasie choroby) się nimi opiekować. Dzieci musiały o wszystko zadbać same a ona kilka lat przeleżała w łóżku. (depresja). Mój partner miał do matki o to żal i pretensje, i jako 40 letni mężczyzna uważał, że ona robiła to specjalnie.
Po tym pobiciu mój mężczyzna zadzwonił do mnie z prośbą o danie mu możliwości porozmawiania o tym co zaszło. Oczywiście, że się zgodziłam chciałam znać powody i uzyskać odpowiedz Dlaczego, Za co, Jak mógł?. W trakcie naszej rozmowy powiedziałam mu, że nie rozumiem skąd takie zachowanie, że rozmawiałam z jego bratem, który stwierdził, że w waszym domu rodzinnym był szacunek. Matko, jak On się wściekł, kolejna kaskada pretensji co ja zrobiłam, jak mogłam zadzwonić i rozmawiać z jego bratem o tym zdarzeniu. Ostatecznie stało się tak, że to ja przepraszałam. Tak odwinął kota ogonem, że rękoczyny i wyzwiska nie były tematem ?dyskusji? tylko nadrzędnym tematem stało się to, że ja zadzwoniłam do swojej mamy i jego brata. Sprawczynią całego incydentu stałam się ja. Ile ja musiałam mojego mężczyznę przepraszać, jak dbać aby zabliźniły się jego rany, aby odbudował swoja psychikę i nasze relacje wróciły do ?normalności?. Córka po tym co widziała i usłyszała postawiła mi ultimatum ?albo on, albo ja?. Spędziłyśmy czas na długich rozmowach, starałam się za wszelka cenę wytłumaczyć mojej córce, że trzeba dać drugą szansę. Zrobiłam wszystko aby to dziecko wycofało swoje ultimatum i pozwoliło mi z powrotem przyjąć Go do domu. Moja kochana ?forteca? puściła. Pozostał jednak warunek, że Ona go jedynie toleruje. Tak trwało kilka miesięcy, ale czas rany goi tym bardziej, że widziała mnie znowu szczęśliwą.
Nadeszła jesień 2006 roku i pora grzybobrania. Pojechaliśmy do lasu, który obfitował w grzyby i On dobrze go znał. Po jakimś czasie wspólnego grzybobrania stwierdził abym została w tym wskazanym miejscu a On szybko poleci w jakieś tam inne miejsce i sprawdzi czy nie ma prawdziwków. Zostałam jak On kazał, czekałam pół godziny nie wraca, godzinę też nie wraca. Zaczęłam nawoływać, nic tylko w oddali szczekanie psów. Jak później stwierdził szczekanie słyszał, ale mojego wołania nie. Postanowiłam wrócić do samochodu i tam zaczekać na mojego mężczyznę. Niestety nie trafiłam do samochodu, błąkałam się po tym lesie, aż znalazłam drogę do wsi. Tam poprosiłam ludzi czy by nie mogli zawieźć mnie do domu, byłam przemoczona, zziębnięta, mało tego cała w błocie. Las był pomorenowy więc miał niezłe górki. Jak wchodziłam na jedno z wzniesień to na mokrym terenie nogi się rozjechały i ześliznęłam się na brzuchu z tej góry. Ale wiadra z grzybami trzymałam w rękach, nie pogubiłam już uzbieranych grzybów. Trafiłam do domu, usiadłam na schodach (klucze od mieszkania miał On). Przyjechał . Jego szał nie znał granic. Ja głupia wyobrażałam sobie, że się ucieszymy, padniemy sobie w ramiona, że wszystko zakończyło się dobrze. A tu łup kolejna salwa obraźliwych epitetów, oskarżania, poniżania i wpędzenia w poczucie winy. Jak się skończyło to wiadomo, przepraszanie, ocieranie łez, tulenie do serca- tak go skrzywdziłam, że odechciało mu się ze mną małżeństwa (jeszcze nie miał rozwodu z żoną, nawet złożonego pozwu) i wspólnego dziecka.
Może trochę przyśpieszę swoją historię. Dodam, że od listopada 2006 do maja 2008r między nami było różnie. Przede wszystkim bardzo się hamowałam ze swoimi emocjami ( jeszcze wówczas potrafiłam je kontrolować) z uwagi na obecność córki (w listopadzie 2007r na stałe wyjechała z kraju) . Dodam, że w tym czasie mój mężczyzna sporo pił. Wówczas wytłumaczeniem wszelkich nieporozumień był jego stan nietrzeźwości no i oczywiście moje błędy i potknięcia. Ale zdarzało się, że przyznał się do winy. Skrucha, przeprosiny, oczywiście przypisanie mi współwiny bo gdybym go nie sprowokowała tym czy tamtym, nie obraziła nie byłoby tego. Zapewnianie jak to On bardzo mnie kocha. I wybaczałam zapominałam, moje całe serce znowu było jego.
W marcu 2008 mój mężczyzna znowu pojechał do sanatorium. I z czym wrócił ? z sanatoryjnym romansem kontynuowanym smsami i telefonami. Było to bardzo zauważalne po jego zachowaniu. Stał się opryskliwy, bardziej chamski, szydził ze mnie i poniżał do granic wytrzymałości. Zauważyłam, że ukrywa się z smsami. Postanowiłam sprawdzić jego telefon. Uwierzcie mi zrobiłam to pierwszy raz po jego powrocie z sanatorium. Nigdy wcześniej nie przyszło by mi to do głowy. Tym bardziej że kobiety mają ten dar i potrafią wyczuć kiedy zaczyna w ich związku być ktoś trzeci. Sanatoryjny flirt kwitł pod moim bokiem, a ja od czasu do czasu dorwałam jego telefon i czytałam te smsy, w których tematem również była moja osoba. Czytałam i bolałam nad tym. Bardzo dużo rozmawiali z sobą telefonicznie (lista połączeń). Nauczona przykładem serwetki z balu andrzejkowego milczałam. A miałam świadomość jakiego dopuściłam się przestępstwa ? sprawdzałam jego telefon. Czekałam kiedy to się skończy, że umrze śmiercią naturalną. Wówczas dowiedziałam się, że w czerwcu ma przyjechać moja córka. Zacisnęłam zęby i czekałam , aby to dziecko jak przyjedzie zobaczyło, że u mamy jest wszystko dobrze. Przyjechała córka, zaczął odstawiać taki chamski popis, że się spakowałyśmy i wyjechałyśmy w Góry Świętokrzyskie. Wówczas powiedziałam córce co tak naprawdę się dzieje, przeczytałam jej te smsy- miałam je wszystkie spisane na kartce z data i godziną. Oczywiście była w szoku, ale decyzję pozostawiła dla mnie.
Po wyjeździe córki okrzepłam i wzięłam się za swojego mężczyznę. Pokazałam mu kartkę z numerem telefonu i inicjałami jakimi się ta Pani podpisywała. Zapytałam kto to jest wyparł się, powiedział, że nie zna. Wtedy wykrzyczałam mu wszystko co wiem. Treści tych smsów, które przecież znałam na pamięć. To one od pół roku były moim pokarmem w dzień i snem w nocy. Jakim trzeba być człowiekiem, aby zdradzać, flirtować, popełniać takie niegodziwości i się nie przyznać. W oczy zapierać. Napisałam do tej kobiety smsa. To proszę sobie wyobrazić, że się dowiedziałam, że jestem niezrównoważona psychicznie, że nawet mnie opuściło moje dziecko i tak dalej. Wściekłam się. Wyzwałam ją i jego od najgorszych. Z szafy powyrzucałam wszystkie jego rzeczy. Kolejny raz kazałam się wynosić. Dzisiaj z perspektywy czasu wiem, że to były ten momenty odwagi, żeby mu się zacząć przeciwstawić, wykrzyczeć swoje zdanie, do którego nigdy nie miałam prawa. Zaczęłam walczyć o siebie. No ale cóż mistrz skruchy, wołania o litość, powoływania się na naszą wielką miłość, zapewnień o swojej miłości, oraz tego, że to co przeczytałam to wcale nie tak. Wygrał. Został. Nie mogłam i nie mogę się z tym pogodzić jaki trzeba mieć tupet. Mnie wyzwał, upokarzał, doprowadził do parteru ludzkiej godności a sam nic wart. Ale czułam, że staje się silniejsza zaczynam walczyć o swoją godność. Kazałam draniowi przy mnie napisać smsa do tej kobiety, że to koniec. Napisał, kochaliśmy się, ja szczęśliwa, że zrozumiał i mamy problem za sobą. Oj bardziej głupiej nie ma. Na drugi dzień rano jak poszłam do pracy, zadzwonił do tamtej kobiety i odwołał wszystko co wieczorem napisał, powiedział jej, że to na nim wymogłam. Tamta nie omieszkała mi o tym powiedzieć. W domu zaczęło się piekło. Kłótnie, krzyki, moje obraźliwe słowa kierowane pod jego adresem. Widział, że to nie przelewki. Był zaskoczony tym, że na jego wyzwiska i obelgi wezwałam policję, że już sobie nie pozwoli na tyle co dotychczas. Twierdził, że był przesiąknięty takim życiem, że żona mu pozwoliła na łajdactwo. Że przy mnie dopiero uczy się uczciwego życia.
Przestał zdradzać, ale nim przestał to jeszcze były: fryzjerka, sklepowa, i jakaś nie zidentyfikowana profesja.
Kłótnie były często, z mniej lub bardziej błahego powodu. Jeżeli nie udało mu się mnie wkręcić w jedno zarzewie konfliktu, szukał tak długo aż znalazł.
Przepraszanie i za chwilę robienie tego samego zła. Nie chciałam już jego przeprosin, ulewało mi się to przepraszanie- wiedziałam, że zaraz albo w bardzo niedługim czasie będzie to samo.
Tak umiejętnie manipulował moją mamą i mną przeciwko sobie, że doszło do bardzo przykrych incydentów. Zrobił z nas wrogów. Na szczęście zostało wyjaśnione i zapomniane. Gdzie tylko mógł to mnie oczernił. Przedstawiał mnie w świetle niezrównoważonej, chorej psychicznie kobiety. Wykrzykiwał co inni mówią o mnie i jakie jest ich zdanie ( na podstawie jego opowieści). Chodził i rozpowiadał innym a ja miałam siedzieć i milczeć.
Stawałam się coraz bardziej uparta na jego przeprosiny. Tłumaczyłam, że takie postępowanie to jak u niepoprawnego dziecka a ty jesteś dorosłym mężczyzną- wszystko jak grochem o ścianę. Ale zaprzeczyć nie mogę. Przepraszał, błagał, klękał na kolana, płakał a nawet szlochał. Powoływał się na wielką miłość i gdyby nie ona to dawno ?kopnął by mnie w dupę?. Że jest w tym moja wina bo w porę go nie studziłam, nie umiałam wyłagodzić sytuacji. ?jesteś mądrą kobietą, wykształconą to ty powinnaś umieć mnie wyciszyć i nie doprowadzać do ?dna?. W jednej chwili byłam mądrą kobietą a w następnej pierdolnięta, głupia, kwalifikująca się na leczenie psychiatryczne. Zawsze była moja wina źle zrozumiałam-dosłownie masz amputowany mózg. Każdy magister jest pierdolnięty. Jesteś ślepa, i to zawsze ja odnosiłam się do niego ze złością i furią w oczach. Twierdził, że jestem złą kobietą co najszybciej rozpoznał jego brat, nota bene który ma faktycznie zdiagnozowaną chorobę psychiczną i był kilkukrotnie leczony. Kolejnym argumentem, że jestem nienormalna jest mój wiek menopauzalny, bo jego siostrę menopauza doprowadziła do samobójstwa. Dochodziło do tego, że drobne starcie przeradzało się w wielką wojnę- faktycznie sięgającą dna ludzkiego zachowania i godności. Z czasem stawałam się taka jak on. Nie przebierałam w słowach i obelgach. Wstyd się przyznać, ale doprowadził mnie do takiego stanu, że wpadłam w jakiś szał, furię i na jego oczach wyrzuciłam bluzkę, którą mi kupił oraz rozbiłam dwa doniczkowe kwiaty, które też były prezentem od niego.
27 grudnia 2014r. zaczęło się od drobiazgów -wyrzucam go z domu. Kocham Go i myślę, że szansą jest wspólna terapia, teraz jestem rozklekotana psychicznie, przy nim zaczęłam zmieniać się na gorsze stałam się znerwicowaną kobietą nie mającą czasu dla siebie. Wyrzekłam się wszystkiego w imię wielkiej miłości. Na jego rozwód czekałam 8 lat. Do kosmetyczki nie, u fryzjera za dużo zapłaciłam ( 2,3 razy w roku podcięcie włosów, farbuję sama), czytam głupie książki ? to przestałam (on nie czyta wcale), oglądam głupie filmy ? też przestałam (on ogląda takie gdzie krew się leje i na okrągło się biją). Ciągły strach przed krytyką. Ale twierdzi, że mi nie można zwrócić uwagi.
Przepraszam, że zajęłam tyle czasu. Ale jest to 10 lat mojego życia. Teraz mam 50 lat i ??.
Podobne tematy
Witam ,
wiem co przeżyłaś , miałem to samo z ex żoną. Ciągła manipulacja i wmawianie winy za wszystko. Piszesz o terapii - nic się nie zmieni , uwierz mi. Z tego co zrozumiałem nie macie dzieci , masz swoje mieszkanie , nie macie ślubu - uciekaj jak najszybciej - zerwij kontakt. Wiem że będzie ciężko bo sam mam z tym kłopot , "oni" muszą mieć kogoś pod stałą kontrolą. Zajmij się sobą , nie musisz mieć jego żeby być szczęśliwą , idź do fryzjera , kup coś o czym marzyłaś a nie mogłaś , wyjedź gdzieś z córką i odetchnij. Olej jego toksyczną rodzinkę.
I powinnaś wiać jak najdalej od tego psychopaty
4 2015-01-04 23:39:00 Ostatnio edytowany przez Zbyś (2015-01-05 00:49:08)
Znajdując karteczkę po zbawie andrzejkowej zobaczyłaś że nie jest szczery, pewnie nigdy nie był, miłość nie pozwalała tobie widzieć tego co najważniejsze,twoja córeczka wiedziała że jest bardzo złym człowiekiem czuła to przez skórę.
Pomimo tych lat które tobie uciekły powinnaś znaleść w sobie siłę aby zacząć od nowa z kimś innym, ten facet zniszczy ciebie do końca trzymaj go jak najdalej od siebie, może go kochasz ale ta miłość zabije twoje życie i dobro które masz w sobie, życzę tobie powrotu do normalności i znaleźienia sensu i szczęścia w życiu jeszcze nic nie stracone jesteś bardzo silną kobietą.
Godną prawdziwej szczerej miłości na którą zasługujesz, pozdrawiam Zbyś.
Zadna wspolna terapia. Radykalne odciecie od niego calkowite, terapia u psychologa i naprawa stosunkow z ludzmi, ktorzy s jakis sposob stracili na dzialaniu tego czlowiska zwlaszcza z corka.
Manonika, nie rozumiem ... straciłaś bezpowrotnie 10 lat swojego życia na związek z tym psycholem.
Rozumiem, że czujesz się w związku z tym tak wspaniale, że chcesz stracić na to kolejne 10 lat ??
Czy jaki jest argument przemawiający za obecnością tego człowieka w Twoim życiu ?
Jest w ogóle jakikolwiek ... ?
Witam ,
wiem co przeżyłaś , miałem to samo z ex żoną. Ciągła manipulacja i wmawianie winy za wszystko. Piszesz o terapii - nic się nie zmieni , uwierz mi. Z tego co zrozumiałem nie macie dzieci , masz swoje mieszkanie , nie macie ślubu - uciekaj jak najszybciej - zerwij kontakt. Wiem że będzie ciężko bo sam mam z tym kłopot , "oni" muszą mieć kogoś pod stałą kontrolą. Zajmij się sobą , nie musisz mieć jego żeby być szczęśliwą , idź do fryzjera , kup coś o czym marzyłaś a nie mogłaś , wyjedź gdzieś z córką i odetchnij. Olej jego toksyczną rodzinkę.
.
Dziękuję, że zechciałeś poświęcić czas i przeczytać moją historię. Uważasz, że terapia niczego nie zmieni? Próbowałeś? Ja myślę o terapii par a nie indywidualnej. Może chwytam się jak tonący brzytwy, ale są ludzie z różnymi uzależnieniami i wychodzą na prostą, może jego też dało by się uratować.
Jeszcze raz dziękuję i pozdrawiam
Manonika
Znajdując karteczkę po zbawie andrzejkowej zobaczyłaś że nie jest szczery, pewnie nigdy nie był, miłość nie pozwalała tobie widzieć tego co najważniejsze,twoja córeczka wiedziała że jest bardzo złym człowiekiem czuła to przez skórę.
Pomimo tych lat które tobie uciekły powinnaś znaleść w sobie siłę aby zacząć od nowa z kimś innym, ten facet zniszczy ciebie do końca trzymaj go jak najdalej od siebie, może go kochasz ale ta miłość zabije twoje życie i dobro które masz w sobie, życzę tobie powrotu do normalności i znaleźienia sensu i szczęścia w życiu jeszcze nic nie stracone jesteś bardzo silną kobietą.
Godną prawdziwej szczerej miłości na którą zasługujesz, pozdrawiam Zbyś.
Dziękuję za słowa uznania, ciężko w nie uwierzyć słysząc wieczne poniżanie przez 10 lat. Nie chcę już miłości, ona chyba nie istnieje. A silna chyba też nie jestem. Cały czas myślę, że można mu pomóc i uratować dzięki wspólnej terapii dla par. Tylu ludziom pomogło, wyprowadziło na właściwą drogę. Może by się udało?.
Pozdrawiam Manonika
Manonika, nie rozumiem ... straciłaś bezpowrotnie 10 lat swojego życia na związek z tym psycholem.
Rozumiem, że czujesz się w związku z tym tak wspaniale, że chcesz stracić na to kolejne 10 lat ??
Czy jaki jest argument przemawiający za obecnością tego człowieka w Twoim życiu ?
Jest w ogóle jakikolwiek ... ?
Niewątpliwie masz rację 10 lat "przeminęło z witrem". Jest mi tego wszystkiego ogromnie żal. Może źle z nim postępowałam, może powinnam naprawić siebie. Nie chcę stracić kolejnych lat. Marzę aby mu pomóc inaczej postępować. Spędzić z nim kolejne 10 lat, ale nie w takim wydaniu jak dotychczas. Ukoić rany z poprzednich lat i rozpocząć kolejne ale już zwyczajnie, tak po ludzku, tak normalnie.
dziękuję, każde Twoje słowo jest na wagę złota. pozdrawiam. Manonika
Zadna wspolna terapia. Radykalne odciecie od niego calkowite, terapia u psychologa i naprawa stosunkow z ludzmi, ktorzy s jakis sposob stracili na dzialaniu tego czlowiska zwlaszcza z corka.
Tak masz rację, ja muszę sobie pomóc i już na poniedziałek umówiłam się do psychoterapeuty. Będę na nią uczęszczała z nim lub bez niego. Jego zawiadomię o tej decyzji, a co on zrobi to już jego sprawa. Chyba coś niewystarczająco jasno napisałam w swojej historii. Z córką mam wspaniałe relacje, chociaż ona wyjechała za granicę, mamy z sobą częsty kontakt, rozmawiamy z sobą bardzo dużo. Starałam się córce oszczędzić zmartwień i dlatego prawie nic jej nie mówiłam o sytuacji jaka jest w domu. Ona myśli, że pospieramy się od czasu do czasu, a poza tym On się mną opiekuje i jest dla mnie dobry. Dzięki takiemu wyobrażeniu jej jest łatwiej, nie martwi się o mnie, nie martwi się że jestem samotna. Przez te pare dni, do 27 grudnia (jak kazałam mu się wynosić) do dzisiaj, doświadczyłam i wiem, że samotność jest okropna, ale bardziej okropne jest poniżanie, niweczenie, deptanie godności. Muszę jeszcze jedno powiedzieć, jak mi jest cudownie, że społeczność na tym foru zechciała się do mnie odezwać.Ludzie mnie zrozumieli i dali wiarę - to jest wspaniałe.
pozdrawiam cieplutko Manonika
Trzy razy zaczynałam pisać post i kasowałam.Wydaje mi się,że nie jesteś jeszcze gotowa by ratować siebie z tej toksyny.Ty ciągle chcesz ratować jego...On jest dla ciebie ciągle ważniejszy niż ty sama dla siebie.Nieważne jakiego świństwa się dopuści, bo ty na wszystko znajdziesz wytłumaczenie i on o tym doskonale wie. Dopóki nie postawisz siebie na pierwszym miejscu nie zrobisz nic.Tłumaczysz jego,że zachowuje się jak zwierzę, bo miał takie a nie inne dzieciństwo, bo ma ograniczony kontakt ze swoim dzieckiem, bo alkohol itp. a nie żal ci siebie i swojej córki(nie wierzę,że się o ciebie nie martwi i nie wierzę ,że nie widzi jak on cię niszczy).Trzymam kciuki za szybką zmianę priorytetów w życiu.Pozdrawiam
Co do obecnej "relacji" to chyba rozwiazanie jest oczywiste.
Reszta to sama karma.
A zaczelo sie od tego ze swiadomie weszlas w relacje z zonatym mezczyzna, ktory naopowiadal Ci bajek o swoim poprzednim juz malenstwie i swojej roli w nim i to jeszcze w trakcie jego trwania. Moim zdaniem powtorzylo sie to samo co bylo wczesniej. Tak samo jak w tobie szukal "pocieszenia", tak samo szuka obecnie w innych. Co tu jeszcze tlumaczyc. Ze slowa, zachowania sa umiejetnoscia, powierzchownoscia? Ze niektorzy traktuja je jako narzedzie?
Manonika - ty dalej nie rozumiesz lekcji, ktora w tak bolesny sposob serwuje ci zycie.
Po to by sie zmienic trzeba chciec a twoj facet tego nie chce bo tak mu jest dobrze - i ty i zona zgadzalyscie sie przez lata na takie traktowanie. A ty go ciagle usprawiedliwialas I przyjmowalas. On nic innego nie zna I nie chce znac. Nie wierz juz wiecej nawet w jedna obietnice.
On jest jednostka stracona; jak go zostawisz to szybko tez znajdzie inna , ktora tak jak ty go "pocieszy". I bedzie tlumaczyc jego bydlackie postepowanie.
Teraz utratowac mozesz tylko siebie i corke. Tak corke! To co sie to dziecko przez lata napatrzylo jak mamuska pozwalala sie traktowac przez bydlaka I jeszcze go za to przepraszala to napewno wywarlo na nia wielki wplyw. Mam nadzieje ze jest madrzejsza od ciebie i bedzie umiala przepracowac ta traume, ktora jej dobrowolnie zafundowalas.
Powinnas isc na terapie, zmiana nie nastapi od razu, czasem trzeba na to kilka lat ale pol zycia przed toba. Samotnosci sie nie boj, jak ty sie zmienisz to znajdziesz nowych przyjaciol i nowego mezczyzne.
Teraz nie pchaj sie w nowy zwiazek, odbuduj siebie a bydlaka zostaw.
Napisz cos o swoim dziecinstwiue. Co sprawilo ze stracilas instynkt samozachowawczy i macierzynski? Dlaczego poswiecilas swoje i corki zycie przez wiele lat by tylko czuc sie "kochana".
Notabene ten twoj bydlak nigdy cie nie kochal - to jest projekcja twojej milosci i potrzeby milosci na niego.
Czy ktorys z rodzicow cie odrzucil? Nic nie piszesz o ojcu. Czemu rozstalas sie z mezem?
Hej Manonika. Bardzo przykra ta Twoja historia. Wyobrażam sobie, co czujesz, bo ja mam podobnie. Tkwię w nienormalnej relacji od ponad 7 lat i jak jakaś chora istota nie potrafię się z niej wyrwać. W gruncie rzeczy uważam, że poniekąd zgadzanie się na takie traktowanie musi się wiązać z jakimś zaburzeniem psychicznym, bo żadna normalna osoba nie pozwala sobie na coś takiego. Nie myśl, że Ciebie obrażam, jestem w bardzo podobnej sytuacji.
Człowiek, z którym byłam ponad 7 lat jest po rozwodzie, ale bez dzieci. Oczywiście on się wcale do rozwodu nie przyczynił, wszystko było winą jego ex żony. A on się tak starał i był najlepszy z najlepszych.
Po rozwodzie poznał mnie - ja byłam świeżo po studiach, robiłam staż; on - starszy ode mnie kilka lat bez żadnych planów i wizji na przyszłość, pracownik produkcji.
Ja przez wszystkie lata pięłam się w górę, zrobiłam studia podyplomowe, znam trzy języki, mam dobrą pracę, a on tak jak dawniej - zero aspiracji, zero planów itp.
Ale powoli, powoli zaczął traktować mnie ohydnie. Ja - z ciepłego rodzinnego domu wyniosłam jakieś wartości, poszanowanie do człowieka, jego uczuć, pracy itp. On - z patologii, matka z chorobą psychiczną, ojciec pijak, dwoje mściwych, złośliwych ludzi, którzy odzywali się do siebie bluzgami. Pytanie - dlaczego nie zwiałam? Tego nie wiem, tłumaczyłam sobie wszystko tak jak Ty. Że jak mnie zwyzywa, to wina wychowania. Że ja mu swoim ciepłem dam przykład, wytłumaczę swoją miłością jak trzeba postępować. Było tylko gorzej. On z każdym dniem umacniał swoją pozycję, a ja - spadałam w dół. Byłam psychiczna, tumanem, głupkiem, idiotką. Póżniej byłam dziwką, szmatą, choć nawet nie przyszło mi do głowy, aby kiedykolwiek zdradzać lub nawet spojrzeć na innego faceta. Ale dalej w tym tkwiłam.
Ostatnio dowiedziałam się od znajomej, która z nim pracuje, że na wigilii zakładowej zabawiał się z jakąś panienką z pracy. Cały zakład huczał. Zapytałam, co to ma znaczyć, to tak mnie wymanewrował, że wyszło, że to ja mam urojenia i to ja musiałam przepraszać.
Wczoraj mnie uderzył. Dlatego, że ZASTANAWIAŁAM SIĘ nad kupnem butów. Za swoje własne pieniądze. Spakowałam go i wyrzuciłam z domu. Już nie mam siły. Dziś rano błagał, żebym go wpuściła (nie zrobiłam tego). Po południu zwyzywał, że go wyrzuciłam na mróz i prawie zamarzł (a spał w hotelu). Bardzo chciałabym już w tym wytrwać i zakończyć tą gehennę.
Ale pytanie - dlaczego to tyle lat trwa? Dlaczego po tylu upokorzeniach nie odeszłam, tylko nadal się katowałam?
Dziś po pracy wracam do pustego domu. I boję się tego. Wracają te dobre wspomnienia. Tyle razy się rozstawaliśmy i schodziliśmy. Wiem, że to chore. Czy my jesteśmy kobietami kochającymi za bardzo?
Ja nie dopatruję się tu "winy" w swoim dzieciństwie. Miałam i mam wspaniały dom, rodzice cały czas mnie wspierają.
Co to jest do cholery? Uzależnienie?
Dodam jeszcze, że po ostatnim rozstaniu, gdzieś pół roku temu, myślałam, że wychodze na prostą. Emocje opadły, już całkiem dobrze sobie radziłam. I nagle postanowił walczyć, powiedział, że zrozumiał, że się zmieni i zacznie pracę nad sobą. Oczywiście dałam szansę. I wszystko szlag trafił. Historia zatoczyła koło.
Hej Manonika. Bardzo przykra ta Twoja historia. Wyobrażam sobie, co czujesz, bo ja mam podobnie. Tkwię w nienormalnej relacji od ponad 7 lat i jak jakaś chora istota nie potrafię się z niej wyrwać. W gruncie rzeczy uważam, że poniekąd zgadzanie się na takie traktowanie musi się wiązać z jakimś zaburzeniem psychicznym, bo żadna normalna osoba nie pozwala sobie na coś takiego. Nie myśl, że Ciebie obrażam, jestem w bardzo podobnej sytuacji.
Człowiek, z którym byłam ponad 7 lat jest po rozwodzie, ale bez dzieci. Oczywiście on się wcale do rozwodu nie przyczynił, wszystko było winą jego ex żony. A on się tak starał i był najlepszy z najlepszych.
Po rozwodzie poznał mnie - ja byłam świeżo po studiach, robiłam staż; on - starszy ode mnie kilka lat bez żadnych planów i wizji na przyszłość, pracownik produkcji.
Ja przez wszystkie lata pięłam się w górę, zrobiłam studia podyplomowe, znam trzy języki, mam dobrą pracę, a on tak jak dawniej - zero aspiracji, zero planów itp.
Ale powoli, powoli zaczął traktować mnie ohydnie. Ja - z ciepłego rodzinnego domu wyniosłam jakieś wartości, poszanowanie do człowieka, jego uczuć, pracy itp. On - z patologii, matka z chorobą psychiczną, ojciec pijak, dwoje mściwych, złośliwych ludzi, którzy odzywali się do siebie bluzgami. Pytanie - dlaczego nie zwiałam? Tego nie wiem, tłumaczyłam sobie wszystko tak jak Ty. Że jak mnie zwyzywa, to wina wychowania. Że ja mu swoim ciepłem dam przykład, wytłumaczę swoją miłością jak trzeba postępować. Było tylko gorzej. On z każdym dniem umacniał swoją pozycję, a ja - spadałam w dół. Byłam psychiczna, tumanem, głupkiem, idiotką. Póżniej byłam dziwką, szmatą, choć nawet nie przyszło mi do głowy, aby kiedykolwiek zdradzać lub nawet spojrzeć na innego faceta. Ale dalej w tym tkwiłam.
Ostatnio dowiedziałam się od znajomej, która z nim pracuje, że na wigilii zakładowej zabawiał się z jakąś panienką z pracy. Cały zakład huczał. Zapytałam, co to ma znaczyć, to tak mnie wymanewrował, że wyszło, że to ja mam urojenia i to ja musiałam przepraszać.
Wczoraj mnie uderzył. Dlatego, że ZASTANAWIAŁAM SIĘ nad kupnem butów. Za swoje własne pieniądze. Spakowałam go i wyrzuciłam z domu. Już nie mam siły. Dziś rano błagał, żebym go wpuściła (nie zrobiłam tego). Po południu zwyzywał, że go wyrzuciłam na mróz i prawie zamarzł (a spał w hotelu). Bardzo chciałabym już w tym wytrwać i zakończyć tą gehennę.
Ale pytanie - dlaczego to tyle lat trwa? Dlaczego po tylu upokorzeniach nie odeszłam, tylko nadal się katowałam?
Dziś po pracy wracam do pustego domu. I boję się tego. Wracają te dobre wspomnienia. Tyle razy się rozstawaliśmy i schodziliśmy. Wiem, że to chore. Czy my jesteśmy kobietami kochającymi za bardzo?
Ja nie dopatruję się tu "winy" w swoim dzieciństwie. Miałam i mam wspaniały dom, rodzice cały czas mnie wspierają.
Co to jest do cholery? Uzależnienie?
Droga Celine, czytam Twój post i nawet nie wiesz jak bardzo Cię rozumiem. Wszystko co piszesz jest żywcem przeniesione z moich doświadczeń. Proszę Cię wręcz błagam nie daj się ponownie wciągnąć w jego manipulacje. To są MISTRZOWIE MANIPULACJI. Mój w marcu 2014 r wziął mnie na białaczkę. To normalnym ludziom nie mieści się w głowie co oni potrafią przyżekać. Ba! nawet twierdził, że przeanalizował swoje zachowanie, dzień po dniu i dotarło jak bardzo mnie nie szanował, krzywdził a teraz jego najgłębszym marzeniem jest mi to zrekompensować. Dzisiaj mija 2 tygodnie jak drania wyrzuciłam. Faktycznie wracam do 4 ścian. Ale moja droga nie drżę, nie boję się, mój mnie nie nęka (pewnie chce mnie ukarać- aby tak dalej), mam świety spokój, który teraz doceniam. Nawet nie myślałam, że to będzie ze mnie tak "spływało". Wczoraj byłam u psychoterapeutki. Niestety moje pragnienie i nadzieja na uzdrowienia naszego związku pękła niczym bańka mydlana. Pani psycholog powiedziała, że o jego zmianie nie ma mowy. Ogólniej zmiana tego typu ludzi jest niemożliwa, no może jeden na milion. Niestety taka opinia się powtórzyła z ust innych osób z którymi rozmawiałam. Powiem Ci kochana, że wyszłam z tej konsultacji i miałam wrażenie, że świat się kręci, nawet przez myśl przebiegła mi nadzieja, że tym jednym na milion może właśnie będzie on. Ale nie,hazard to nie dla mnie. A co (i to jest prawie 100% prawdopodobieństwa, że nie). Znowu to wszystko przerabiać. Miłość, cierpliwość, troska, nadzieja, uczciwość no i samą siebie -co więcej możemy dać? pozostało zdrowie (zresztą mocno nadszarpnięte) i życie - to mamy im oddać? NIE proszę odezwij się chętnie porozmawiam. Trzymam kciuki. Zrobiłaś siedmiomilowy krok. Proszę, błagam tak dalej. Jestem całym serduchem z Tobą
Manonika - ty dalej nie rozumiesz lekcji, ktora w tak bolesny sposob serwuje ci zycie.
Po to by sie zmienic trzeba chciec a twoj facet tego nie chce bo tak mu jest dobrze - i ty i zona zgadzalyscie sie przez lata na takie traktowanie. A ty go ciagle usprawiedliwialas I przyjmowalas. On nic innego nie zna I nie chce znac. Nie wierz juz wiecej nawet w jedna obietnice.
On jest jednostka stracona; jak go zostawisz to szybko tez znajdzie inna , ktora tak jak ty go "pocieszy". I bedzie tlumaczyc jego bydlackie postepowanie.Teraz utratowac mozesz tylko siebie i corke. Tak corke! To co sie to dziecko przez lata napatrzylo jak mamuska pozwalala sie traktowac przez bydlaka I jeszcze go za to przepraszala to napewno wywarlo na nia wielki wplyw. Mam nadzieje ze jest madrzejsza od ciebie i bedzie umiala przepracowac ta traume, ktora jej dobrowolnie zafundowalas.
Powinnas isc na terapie, zmiana nie nastapi od razu, czasem trzeba na to kilka lat ale pol zycia przed toba. Samotnosci sie nie boj, jak ty sie zmienisz to znajdziesz nowych przyjaciol i nowego mezczyzne.
Teraz nie pchaj sie w nowy zwiazek, odbuduj siebie a bydlaka zostaw.Napisz cos o swoim dziecinstwiue. Co sprawilo ze stracilas instynkt samozachowawczy i macierzynski? Dlaczego poswiecilas swoje i corki zycie przez wiele lat by tylko czuc sie "kochana".
Notabene ten twoj bydlak nigdy cie nie kochal - to jest projekcja twojej milosci i potrzeby milosci na niego.
Czy ktorys z rodzicow cie odrzucil? Nic nie piszesz o ojcu. Czemu rozstalas sie z mezem?
Na całe szczęście mojej córki w Polsce nie ma już bardzo długo. I na te zwyrodniałe zachowanie nie musiała patrzyć ani słuchać. Przez krótki czas jak byliśmy we troje, robiłam wszystko aby nie było krzyków, wyzwisk. Myślę, że on też się hamował. Córka potrafiła mu powiedzieć co myśli, nawet przy "drobnych" przejawach braku szacunku. Po jej wyjeździe dopiero zaczął sobie na mnie używać, za każdym razem pozwalał sobie na coraz więcej i więcej. O całym tym szaleństwie nic jej nie mówiłam. Czasami napomknęłam, że mamy ciche dni. Pytasz o męża, wyjechał za granicę. Tam zaczął układać swoje nowe życie, więc zostawił nas. Dzisiaj mija 2 tygodnie jak typa wyrzuciłam, zaczyna spływać na mnie spokój. Wieczorem jadę do moich rodziców, powiem im o moim sukcesie. Wiem, że oni i brat będą szczęśliwi. Tylko będą nimi targać wątpliwości czy tym razem wytrwam i nie dam się wmanipulować. Myślę że mi się uda. Życz mi wytrwałości. Pozdrawiam
Dokładnie to już nazwałaś w tytule "chore". Oj bardzo chore, ale jakie mi bliskie. Tylko, że Ty nie ratujesz siebie, ale Jego. Marne szanse. Liczę po cichu na tego terapeutę. Może On pomoże właśnie Tobie. Trzymam kciuki.
Powinnam jeszcze wyjaśnić dlaczego przez 2 tygodnie nie powiedziałm rodzinie, że drania wyrzuciłam. Z prostej przyczyny- nie wierzyłam sama sobie, nie wierzyłam że mi się uda, nie wierzyłam, że wytrwam chociaż kilka dni. Teraz z dnia na dzień czuję się coraz silniejsza w swojej decyzji. Ale na piszę, że CHYBA tym razem się nie ulegnę. Przynajmniej tak to czuję.
Dokładnie to już nazwałaś w tytule "chore". Oj bardzo chore, ale jakie mi bliskie. Tylko, że Ty nie ratujesz siebie, ale Jego. Marne szanse. Liczę po cichu na tego terapeutę. Może On pomoże właśnie Tobie. Trzymam kciuki.
Dziękuję
Wczoraj byłam u psychoterapeutki. Niestety moje pragnienie i nadzieja na uzdrowienia naszego związku pękła niczym bańka mydlana. Pani psycholog powiedziała, że o jego zmianie nie ma mowy. Ogólnie zmiana tego typu ludzi jest niemożliwa, no może jeden na milion. Niestety taka opinia się powtórzyła z ust innych osób z którymi rozmawiałam. Powiem szczerze, że wyszłam z tej konsultacji i miałam wrażenie, że świat się kręci, nawet przez myśl przebiegła mi nadzieja, że tym jednym na milion może właśnie będzie on. Ale nie,hazard to nie dla mnie. A co jeżeli znowu się nie uda (i to jest 100% prawdopodobieństwa, że się nie uda). Znowu to wszystko przerabiać. Dałam mu prawie wszystko miłość, cierpliwość, troskę, nadzieja, uczciwość no i samą siebie -co więcej mogę dać? pozostało zdrowie (zresztą mocno nadszarpnięte) i życie - nie tego nie oddam. Pani psycholog stwierdziła, że zrobiłam ogromny krok do przodu, a jakakolwiek terapia dla niego, to będzie krok do tyłu dla mnie. I stwierdziła, że można mi pogratulować, od 27 grudnia wykonałam już bardzo dużą pracę- ale to zawdzięczam ludziom, których spotkałam na tym forum i jeszcze innym. Zrozumiałam, że nie jestem sama, i że nie jestem chora psychicznie i nie mam aputowanego mózgu. Pozdrawaim
Manonika
Gratulacje. Pamietaj nie mozesz dopuscic do jego powrotu.
Jestes na drodze do nowego zycia. Czeka cie duzo pracy by zbudowac siebie na nowo, jako silna niezalezna kobiete, ale wierze ze to zrobisz I spotkasz mezczyzne, ktory bedzie prawdziwym partnerem.
Historia zatoczyła koło ale jak Bóg Kubie tak Kuba Bogu, jak zwał zwał- z Tobą tez zdradzał żonę, wtedy Ci nie przeszkadzała jego nieuczciwość? Nic Cie nie tknęło, że to kłamca, że na cudzym nieszczęściu szczęścia sie nie zbuduje???
Naprawdę nie wierze, że 50 letnia kobieta może tkwic po uszy w takim g...I nadal wierzyć, ze wystarczy terapia, ze on sie zmieni.
Dzieki Bogu córka nie mieszka z tobą juz, bo tego, że nastolatkę wciągałaś w swoje życie z żonatym gachem szkoda komentować.
Podsumowując nie trzeba terapii, trzeba wziąć koło i się stuknąć w czoło, od tego zacząć, przestać myśleć dołem a zacząć górą.
Manonika, miłam podobnie ale przez 30 lat, zakończyłam z wielkim trudem gdy miałam 50 lat i dopiero odżyłam,robie co chcę, żyję w spokoju, spotykam ze znajomymi i najważniejsze bez strachu wracam do domu. Życzę ci abyś wytrwała i cieszyła się życiem bo lepiej być samej niż tkwić w toksycznym związku. Oni muszą mieć osobę nad którą sie znęcają psychicznie to są WAMPIRY PSYCHICZNE.Uciekaj z tego związku bo jego nie zmienisz może być tylko gorzej.
Historia zatoczyła koło ale jak Bóg Kubie tak Kuba Bogu, jak zwał zwał- z Tobą tez zdradzał żonę, wtedy Ci nie przeszkadzała jego nieuczciwość? Nic Cie nie tknęło, że to kłamca, że na cudzym nieszczęściu szczęścia sie nie zbuduje???
Naprawdę nie wierze, że 50 letnia kobieta może tkwic po uszy w takim g...I nadal wierzyć, ze wystarczy terapia, ze on sie zmieni.
Dzieki Bogu córka nie mieszka z tobą juz, bo tego, że nastolatkę wciągałaś w swoje życie z żonatym gachem szkoda komentować.
Podsumowując nie trzeba terapii, trzeba wziąć koło i się stuknąć w czoło, od tego zacząć, przestać myśleć dołem a zacząć górą.
Myślę górą, czuję sercem, nie jestem zakłamana, dlatego wierzę ludziom. Pozdrawiam i życzę abyś na swojej drodze nie wdepnęła w takie g....
No cóż, po pierwsze kobiety nie potrafią w ogóle rozpoznawać prawdziwych uczuć. Wiem że jest to trudne. Ja mam inteligencję intrapersonalną i mnie rozpoznawanie uczuć przychodzi sto razy łatwiej niż innym ludziom. Mężczyźni są niezłymi aktorami. Kobiety potrzebują kilku lat żeby to zauważyć. Ja widzę takie rzeczy po kilku sekundach rozmowy. Jeśli widzimy że dana osoba do nas nie pasuje, to lepiej zrezygnować z takiego związku. W żadnym razie nie wiązać się z ekstrawertykami! Niestety ale zarówno kobiety jak i mężczyźni są pociągani przez ekstrawertyków, być może dlatego że w ich domu rodzinnym rodzice się kłócili i ekstrawertyk przypomina rodzica. Jest to spory błąd. Partnerzy spokojni dają większe nadzieje na trwałość związku. Druga sprawa to to, że nawet gdy widzimy, że jest źle, to wolimy w tym tkwić, bo szukanie nowego mężczyzny wymaga zbyt dużego wysiłku. Trzeba by korespondować miesiącami z kimś, starać się rozpoznawać tą osobę. Zadanie dla psychologa. Najczęściej z tego powodu ludzie tkwią latami w złych relacjach, wiedzą o nich i zgadzają się na nie. Problem jest taki, że prawie nie ma jak poznać kogoś odpowiedniego, bo wielu mężczyzn rzeczywiście ma złe charaktery. Teraz jest przynajmniej internet. Dawniej nawet tego nie było i możliwy krąg osób ograniczał się do znajomych poznawanych na prywatkach. Pragnienie bliskości jest tak silne, że po prostu lekceważy się sygnały że coś jest bardzo nie tak. Koncentrować należy się na osobach bardzo asertywnych, które otwarcie, rzeczowo i spokojnie potrafią rozmawiać o problemach. Taka osoba daje sporą szansę prawdomówności i stałości związku, bez żadnych sporów. Testy psychologiczne wykazują, że osoby asertywne tworzą najtrwalsze związki.
Niezależnie od tego muszę przyznać, że opisy jakie czytam na forum mają bogaty styl literacki i są lepsze niż książki, które podobno dostają nagrody.
Witaj Manonika, postanowiłam do Ciebie napisać. Znalazłam się na tym forum z chęcią wyrzucenia bólu, który z siłą buldożera rozwala trzewia. Cierpimy tak mocno bo i mocno kochamy, wiedzą o tym mężczyźni i łatwo im to wykorzystać. Nasze sytuacje są różne, ale poraziły mnie 2 rzeczy, które mimo wszystko maja wspólny mianownik. Przede wszystkim, ogromna łatwość z jaką przychodziło oszukiwanie przez Twojego partnera i druga, to wręcz fenomenalna umiejętność odwracania kota ogonem. A jednocześnie odwrócenie uwagi od istoty problemu. Mój mąż potrafił, w trakcie kłótni zaczepić się o jakiś nie ważny szczegół ( np. nie poprawnie wypowiedziane słowo ) i cała rozmowa, spełzła na wyjaśnianiu co miałam na myśli mówiąc tak, a nie inaczej. Oczywiście w takiej sytuacji gubiłam wątek. To potrafi być bardzo deprymujące, szczególnie jeśli pomimo naszego cierpienia dodatkowo jesteśmy obwiniani. Dzisiaj jestem po drugiej wizycie u psychologa i pewnie potrwa to za nim odzyskam siebie... Gdybyś była ciekawa mojej historii, wejdź na "Mnie też mąż zdradził z mężczyzną". Życzę Ci wytrwałości i odwagi, bo wiem że ciężka droga przed nami...