Cześć dziewczyny!
Kolejny raz zwracam się do was z problemem, tym razem jest on trochę większego kalibru,
Mianowicie - w sobotę nastąpiła dosyć konkretna kłótnia między mną a ojcem mojego chłopaka. Poszło, uwaga..., o spodenki. Z racji tego, że nie miałam swoich spodni na zmianę u M. to chodziłam w jego z czasów gimnazjum/liceum. Ojciec M. zapytał się, dlaczego chodzę w tych spodniach, że w sumie średnio się mu się to podoba, ale konwersacja trzymała się poziomu. Ja wytłumaczyłam, czemu tak jest, ojciec jakoś tam zakomunikował, że nie jest to ok. Informację przyjęłam, wydawało mi się, że on również zrozumiał, czemu nie chcę cały czas chodzić w jeansach. Żeby po kilkunastu minutach zwrócić mi uwagę, w bardzo nieprzyjemny zresztą sposób, że on czegoś takiego sobie nie życzy. Powiedziałam, że w porządku, następnym razem będzie inaczej. Oraz zwróciłam mu uwagę, według mnie grzecznie, żeby w takich sprawach był milszy i nie mówił do mnie w sposób ordynarny i warcząc(nie za bardzo pamiętam, jak to ujęłam, ale taki jest generalnie sens). Bomba wybuchła, rozpoczęła się ostra kłótnia. Dodam, że przyszły teść był pod wpływem alkoholu.
Jestem generalnie osobą, która dosyć intensywnie reaguje na krzyk i bycie niekulturalnym. Nie lubię, kiedy się na mnie wrzeszczy, różnie wtedy reaguje. Najczęściej zamykam się w sobie, zaczynam lekko tracić kontrolę nad emocjami. Inna sprawa, że facet zachowywał się, jakbym popełniła największą zbrodnię na świecie. Jego dom, jego zasady i ja to szanuję. Nie neguję również faktu, że on może nie tolerować pewnych rzeczy w swoim domu. Nie pojmuję jednak sposobu przekazywania przez niego informacji - z przekleństwami, najczęściej krzykiem, nie ma prawa sprzeciwu. On jest najmądrzejszy i jego sposób bycia jest najbardziej odpowiedni.
Podczas tej kłótni padło wiele różnych słów, ja sama dostałam ataku szału(poszłam do pokoju, a później zapalić - żeby się uspokoić), a chłopak próbował załagodzić sytuację. Wyszło na to, że jestem niewychowaną i bezczelną gówniarą, histeryczką i czepiam się "gównianego tonu". No i nie nauczono mnie kultury. M., jak zwykle zresztą, też oberwał.
Do tej pory mieliśmy stosunki bardzo dobre. Jak przyjeżdżałam do M. robiłam obiad, na który zwykle oni nie mieli czasu. Ojciec M. zresztą bardzo mnie lubił, chwalił się, jaką to fajną dziewczyną jestem i nareszcie M. trafił na "dobry towar". Dziadkowie, po opowieściach tatusia, pytali się o ślub, dzieci itp.
Wiedziałam, jaki jest ten facet. Mimo że na ogół jest dosyć miły(ale to akurat zależy od humoru...), to potrafi być nieobliczalny. Nie wiem, na ile jest to kwestia charakteru, a na ile niestabilności emocjonalnej. Przez ostatni rok nasłuchałam się awantur, zwierzeń M., że ojciec znów ma zły humor, że znów mu coś nie pasuje(szmata do podłogi leży w złym miejscu - kolejna awantura). Ciągle coś. Zresztą z tego powodu jego rodzice się rozwiedli - ojciec potrafił zrobić awanturę o to, że pusta szklanka stoi na stole, a matka karmi M.
Wiem, że sama powiedziałam kilka słów za dużo. Jednak szlag mnie trafia, kiedy ktoś mi mówi, że jestem pop...lona, a wytyka mi brak kultury. Zapowiedziałam, że nigdy więcej nie przyjdę do tego domu, jeśli ojciec M. nadal będzie mnie obrażał. Gdzie wytyka się ludziom brak kultury, a z drugiej strony mówi się, że są szurnięci, bo chcą choć odrobiny szacunku.
Panowie rozmawiali ze sobą, szanowny tatuś stwierdził, że nie wszystko pamięta. I on ma rację - nie zrobił nic złego.
Nie wiem w zasadzie, co mam robić. Mam lekkie wyrzuty sumienia za to, że wytknęłam mu kilka rzeczy. Chociaż wiem, że powinny paść one z ust mojego chłopaka. Jest mi też głupio, że głupie spodenki są powodem awantury.
Nie wiem czy potrzebuję rad, czy wygadania się. Może wy będziecie mieli jakieś sugestie, za które będę bardzo wdzięczna. Dziękuję, jeśli dotrwaliście do końca mojego bełkotu.
