Witam wszystkich na forum,
strasznie tu dużo smutnych historii, straszne jest też to, że ja dopiszę zaraz kolejną, swoją. Szczerze mówiąc wolałabym pogadać z kimś niż pisać, ale nie mam takiej możliwości. Nie chcę już nikogo znajomego obarczać swoimi problemami, nie chcę znowu współczuć, dobrych rad i całego tego zamieszania. Wiem, że o wiele lepiej ocenić sytuację są w stanie osoby takie jak Wy, stojąc z boku, bez uczuć do którejkolwiek ze stron. Zdaję sobie też sprawę, że w mojej sytuacji ciężko będzie cokolwiek doradzić, ale muszę się wypisać więc może po prostu już zacznę...
Wszystko zaczęło się mniej więcej rok temu. Byłam wtedy w ciąży a on mnie zdradził. Nie była to jednorazowa sytuacja tylko romans. Trwał w sumie jakieś 3 mc. Czułam, że coś jest nie tak ale w życiu nie przyszło mi do głowy, że on jest w stanie coś takiego mi zrobić.
Mieliśmy już jedno dziecko a drugie lada dzień miało pojawić się na świecie. Jednak po kilku rozmowach - zainicjowanych z mojej strony - przyznał się. Okazało się, że się zakochał. Nie planował tego, tak wyszło.
Płakaliśmy oboje. Rozmów było jeszcze kilka. Sam nie wiedział czego chce. Z jednej strony wiedział że ma dom, rodzinę, dzieci /drugie dziecko już się urodziło/ a z drugiej strony był zakochany w tamtej. Była ode mnie przecież we wszystkim lepsza. To było takie typowe zauroczenie faceta.
Próbowaliśmy różnych scenariuszy. Najpierw się wyprowadził, ale szybko wrócił i bardzo przepraszał, znów płakaliśmy oboje.
Został. Jednak kłóciliśmy się, ja czułam, ze on się z nią nadal kontaktuje - co okazało się później prawdą. Po kolejnej rozmowie ustaliliśmy, że jednak się wyprowadzi. Że nie dajemy rady udawać że jest ok i starać się tylko dla dzieci. Nie byłam w stanie traktować go przedmiotowo bo po prostu go kochałam a on ze swojej strony nie darzył mnie żadnym uczuciem oprócz szacunku. Nie przytulał, nie kochaliśmy się...
Byliśmy parą 16 lat. 9 lat po ślubie. Ciężko było mi to wszystko ogarnąć, bałam się rozłąki, bałam się czy sobie poradzę, bałam się wszystkiego. Do tego miałam maleńkie dziecko. Wolałam już pogodzić się ze wszystkim, starać się zrozumieć, że są kryzysy, że może tak miało być. Ale żebyśmy mieszkali razem, że na pewno wszystko się ułoży. Przez jakiś czas chodziłam do psychologa, ktory trochę mnie podbudował i uświadomił równocześnie beznadziejność całej sytuacji w jakiej się znalazłam. Zrozumiałam, że mąż mnie nie kocha i nic z tego nie będzie jeśłi tylko ja będę tego chciała.
Wyprowadził się.
Był kwiecień.
Jak się czułam ? Z jednej strony nie mogłam uwierzyć, było mi przykro, żal dzieci - to było najstraszniejsze. Przez jakiś czas dużo płakałam. Z drugiej strony miałam spokój. Odżyłam. Nie czekałam aż wróci z pracy. Nie musiałam prać jego rzeczy, prasować, gotować. Robiłam to na co miałam ochotę. Pojechałam z dziećmi w góry. Potem wyjechałam na tydzień sama a dzieci zostały z moją mamą. Potem znów jakiś wyjazd wspólny. Właściwie do września ciągle się coś działo. Spotykałam się ze znajomymi, zapraszałam do siebie - mam duży dom, wyjeżdżałam. BYłam bardzo spokojna - to chyba najlepsze określenie. Jednocześnie nie mogłam pogodzić się z tym, że dzieci nie mają ojca i nie będą go miały, że są takie małe itd itp.
Mąż w tym czasie kontaktował sie z nami rzadko. Zabierał co jakiś czas syna do siebie. Czasem na noc. Mniej więcej raz na dwa tygodnie. Łączyły nas tylko formalności. Płacił mi alimenty takie jak wspólnie ustaliliśmy. Planowaliśmy rozwód.
We wrześniu syn poszedł do nowego przedszkola. Cały czas żył w świadomości, że tata nie mieszka z nami bo związane jest to z pracą. Tęsknił za nim. Jak jechał do niego pytał czemu nie możemy jechać razem itd. itp.
Wiedziałam jednocześnie, że mąż spotykał się z tą panną jednak po jakimś czasie rozstał się z nią. Jednak okazało się, że to nie jest taka wielka miłość. Czar pewnie prysł jak zamieszkali razem i weszła rutyna. Zaczęli się podobno kłócić, była bardzo o mnie zazdrosna i nie dało sie tego pogodzić.
Moje wyjazdy się skończyły, urlop macierzyński powoli zaczął dobiegać końca, zaczęłam myśleć o powrocie do pracy który zbliżał się co raz bardziej i znów naszły mnie wątpliwości jak ja sobie poradzę. Miała przyjechać do mnie moja mama, która mieszka w innym mieście, ale strasznie się tego obawiałam. Moja mama ma taki charakter, że ciągle się kłócimy, traktuje mnie niestety jak dziecko.
I tak pewnego wrześniowego dnia - w rocznicę naszego ślubu coś we mnie pękło. Rozryczałam się. Napisałam do niego list. Że nadal go kocham, że dzieci, że dom. Ze moze nie warto sie rostawać, ze moze warto spróbować. Nie odpisał, ale zaczął częściej nas odwiedzać, na herbatę, spotkać się z drugim synkiem. Zostawał na całą sobotę, potem wracał w niedzielę, jeździliśmy na rowery wspólnie. Jakoś zaczęło się dobrze dziać. Starszy synek był najszczęśliwszy na swiecie.
W końcu zdecydowaliśmy, że wróci.
Wrócił.
Na początku było super. Ustaliliśmy sobie wiele rzeczy, wyjaśniliśmy. Zaczęliśmy zmieniać różne rzeczy w domu, których on zawsze chciał a ja podobno nigdy nie. Tu się na chwilę zatrzymam. Mój mąż to typ faceta, który jet bardzo zamknięty w sobie. Wychowany przez chłodną matkę, która z pewnością go kocha ale nie potrafiła mu tej miłości nigdy za bardzo pokazać. Wiem o tym, wiele razy rozmawiałam z mężem na ten temat. On nigdy nie miał potrzeby żeby się przytulić, pogadać sobie ze mną o czymś, wszystkie rozmowy na poważniejsze tematy wychodziły zawsze z mojej strony. A on jest typem narzekacza. Jak jest dobrze to nic nie powie, ale jak jest źle to ma pretensje i od razu krzyczy. Więc ja przez te wszystkie lata już się do tego przyzwyczaiłam, że on sobie krzyczy, że nic mu się nie podoba, to nie fajne, to nie fajne. A teraz zaczęłam go słuchać - ok chcesz żebyśmy tu zamontowali coś tam - kupiłam a on zamontował. Powiedział mi co chciałby zmienić w domu i już albo to zrobiliśmy albo na razie nie mamy kasy ale jest plan żeby to zmienić.
To o czym wyżej napisałam wynikało z problemów z komunikacją między nami. On ciągle narzekał, a ja wiedząc, że on i tak nigdy nie pochwali bo jemu nic się nie podoba , olewałam te jego narzekania, on też już do tego sam nie wracał i był na swój sposób nieszczęśliwy że coś tam jest nie tak jak on by tego chciał i wszystko jest tak jak ja chcę. Tylko że ja każdy większy zakup zawsze z nim uzgadniałam i decydowaliśmy razem czy kupujemy i co. Więc tu się trochę z nim nie zgadzam. Po drugie jaki facet zajmuje się wyborem koloru poduszek na kanapę albo kocyka, no wiecie takich typowych pierdół domowych ?
Ale ok, wyjaśniliśmy sobie to już. Ja wiem, że jak on narzeka to muszę go pociągnąć za język a nie zostawiać tak tego ze zwykłym komentarzem, więc mam nadzieję, że zaczniemy się dogadywać lepiej.
Ale co jest nie tak ...
Otóż odkąd mąż wrócił minęły dwa miesiące. Jego charakter nie zmienił się i wiem, że się nie zmieni. Czyli wciąż będzie narzekał, czasem krzyknie. Choć mam wrażenie, że bardzo się uspokoił. Jest dla mnie bardzo miły - już mniej niż na początku ale jest. O co go nie poproszę - robi bez żadnego ale bądź nie np. zakupy, wozi synka do przedszkola. Dla dzieci jest bardzo miły, młodszego synka uwielbia, całuje, przytula, ze starszym się czaaasem pobawi, czaaasem mu poczyta, ale to generalnie ja obrabiam wszystko. A z dużym domem, dorosłym facetem, dwójką dzieci na prawdę mam co robić. Pomijam już fakt, że ostatni miesiąc spędzam w domu, bo od nowego roku wracam do pracy i nie wyobrażam sobie znaleźć czas na to wszystko na co mam teraz. A ja lubię spędzić z moimi dziećmi czas. Pobawić ię z nimi, daje mi to radość jak widzę jaką daje dziecku np wspólne budowanie z klocków. Uważam że po to zdecydowałam się na dzieci, żeby się nimi zajmować, i to w jaki sposób ja będę traktować je kiedy są małe i spędzać z nimi czas zaprocentuje w przyszłości. Oczywiście bywam też zmęczona lub nie w humorze lub zajęta i wtedy dziecko zajmuje się same sobą, ale od czasu do czasu uważam za słuszne pobawić się z nim, poczytać.
Tymczasem mąż robi wszystko raczej z obowiązku, sam z inicjatywą nie wyjdzie ale ok taki jest. Martwi mnie jednak to, że czuję, że on jakby się ode mnie odsunął. Widzę, że coś go męczy ale próby rozmów z mojej strony nic nie dają. Mam do niego pretensje, że wraca do domu, zjada, kanapa, browar, tv + telefon i tak usypia, ok 1 w nocy przychodzi spać i śpi do rana. Zero przytulenia, miłego słowa. I tak codziennie. Chwilę pogadamy co u nas, ale to ja zaczynam takie rozmowy - on na pytanie czy nie jest ciekawy jak spędziłam dzień wzrusza ramionami, a na pytanie czy nie jest ciekawy czy się coś nie wydarzyło - stwierdza że gdyby się wydarzyło to bym mu powiedziała...
Jak coś mu powiem, że mi się nie podoba = to piwo i kanapa i tv/tel do późnej nocy a ja obrabiam wszystko sama - a niedługo sama wracam do pracy i będę zmęczona - to kwituje to tekstem, że już się przyzwyczaił, że ja przez całe życie mam do niego pretensje. Więc ja mu powiedziałam, że to nie prawda. Żeby nie robił z siebie głupszego niż jest. Że wiem, że jest mądry, inteligentny, że zarządza firmą, sporą grupą ludzi, wszystko potrafi załatwić i że nie wierzę, że on nie wie, że mnie krzywdzi, że wie że go kocham, że widzi że się staram, że wie że czekam, aż mnie przeprosi za to co zrobił i obieca że się to nie powtórzy - czy to tak wiele ? Że chyba mu to za łatwo wszystko przyszło, że może gdyby musiał się bardziej postarać to bardziej by docenił. Że wiem że jest taki dla mnie nie dlatego że nie umie być innym tylko dlatego że mu się nie chce. Tylko ja się pytam dlaczego ??? Nie odpowiedział a ja poszłam spać.
Dziś wyjechał na dwa dni służbowo, Poprosiłam go żeby sobie to przemyślał i swoich przemysleniach mi powiedział.
Dziewczyny, ja znów czuję się źle. źle zrobiłam godząc się na powrót - czy raczej prosząc go o powrót bo wiem że nie jest tego wart, ale nie poradziłabym sobie sama, szkoda było mi dzieci, i chciałam jeszcze jeden ostani raz spróbować. Za dwa tygodnie mamy wyjechać we dwoje na tydzień. Wcale mi się nie chce :-(
Czy ten etap przejdzie ? Jak ja mam się zachowywać, co robić ? Jak przeżyć kolejną porażkę ... ? Czuję że on mnie nie kocha. W łóżku na początku było średnio, czułam że jest spięty, potem było ok, ostatnio jak tydzień do nie było - było super, a teraz się nie kochamy...
