Witam,
Mam problem ze współlokatorką.
Zdecydowaliśmy się z TŻ zmienić mieszkanie na dużo mniejsze (poprzednie 4 pokoje i 5 osób w mieszkaniu) i wynająć coś sami. Kiedy dowiedziała się o tym moja długoletnia znajoma zapytała czy byśmy nie chcieli mieć współlokatorki, bo ona chętnie wyrwałaby się z domu. Po długich obradach z TŻ zdecydowaliśmy się na taką właśnie opcję: wynajmiemy mieszkanie 2 pokojowe ? ona + my. Przede wszystkim ze względów finansowych (nie mogłam znaleźć pracy, a kawalerka wychodziła mniej więcej tyle samo co mieszkanie 2 pokojowe).
Przez jakieś 1,5 miesiąca było dobrze, przynajmniej tak nam się wydawało. Po kilku tygodniach od zamieszkania z nią dowiedzieliśmy się przypadkowo, że nasza współlokatorka skarży się po całej rodzinie, że na przykład przesiadujemy u niej mimo, że ona by chciała posiedzieć w pokoju sama. Z tym przesiadywaniem to chodziło jej o taką sytuację, która zdarzyła się tylko raz i to wtedy gdy ona się wprowadziła (tydzień po naszej przeprowadzce), gdzie posiedzieliśmy z TŻ z 15-20 minut w jej pokoju, żeby tak o po prostu ją ?przywitać?. Wtedy nawet słowem się nie zająknęła, że jej przeszkadzamy czy coś. Od chwili gdy się o tym z TŻ dowiedzieliśmy jakoś tak z rezerwą do niej podchodziliśmy.
Najgorsza sytuacja wynikła 1,5 tygodnia temu, kiedy to kolejny raz sprzątałam całe mieszkanie (część wspólna). Przez prawie 2 miesiące, odkąd nasza współlokatorka z nami zamieszkała, ani razu nie pomogła mi w porządkach, mimo delikatnych aluzji, mimo machania jej ścierką przed oczami czy prośby o pomoc. Zawsze mówiła: ?a po co sprzątasz? Mi się nie chce? itp. Nie wytrzymałam, bo ileż można sprzątać za wszystkich (TŻ mi czasem pomógł, poodkurzał czy umył kuchnię). To wszystko wyglądało tak, że ona całymi dniami siedziała w domu i jak odkurzała to tylko u siebie w pokoju. No, od czasu do czasu przetarła blaty w kuchni czy kuchenkę. A poza tym nic. Kiedyś się wkurzyłam i przez 2 tygodnie nie myłam łazienki. Nikomu nie przeszkadzała warstwa kurzu, chyba tylko mi.
W związku z tym, że któryś raz z kolei namęczyłam się przy sprzątaniu, postanowiłam zrobić grafik sprzątania. Akurat wtedy współlokatorka wyjechała na weekend. Jak wróciła było wszystko fajnie dopóki nie zobaczyła tego grafiku (wisiał na lodówce). Od tamtej pory wielki foch. Przestała się odzywać, zamknęła się w pokoju i wychodziła tak aby nas nie spotkać w przedpokoju lub kuchni. Poza tym zauważyliśmy, że pojawił się oddzielny płyn do naczyń, oddzielna gąbka, papier toaletowy i nawet osobny worek na śmieci. Oprócz tego na grafiku pojawił się wpis wielkimi literami, że każdy ma sprzątać po sobie. Chcieliśmy z nią pogadać o tym, ale ciągle siedziała zamknięta w pokoju.
Ułożyłam grafik w ten sposób, że ona pierwsza sprząta. Po 3 dniach fochów wyszła z pokoju i zaczęła sprzątać. Wtedy postanowiłam z nią porozmawiać i zapytać jaki ma problem. Okazało się, że jest wielce urażona, że nie poinformowaliśmy jej o powstaniu grafiku. Jak stwierdziła, mogliśmy napisać jej smsa lub maila z taką informacją. Na nic się zdały uwagi, że o mieszkanie trzeba dbać i każdy ma obowiązek sprzątać. Stwierdziła, że ona sprząta, a my zostawiamy po sobie okruszki na stole i brudną kuchenkę i dlatego dopisała swoje uwagi do grafiku, który bardzo ją wkurzył. Zatkało mnie, bo chciałam pogadać na spokojnie i wyjaśnić sytuacje, a ona zachowywała się jak zbuntowana nastolatka i przestała się znów odzywać. Posprzątała i zamknęła się w pokoju.
Druga próba rozmów z nią również zakończyła się fiaskiem. Zapytałam jej czy się długo nie będzie odzywać, odpowiedziała, że nie wie. A na pytanie po co postawiła swój płyn do naczyń, papier toaletowy i śmietnik, odpowiedziała że to po to aby później nie było problemów (do dziś nie wiem jakich?).
Trzecia rozmowa odbyła się wczoraj. Razem z TŻ czatowaliśmy aż wyjdzie z pokoju i złapaliśmy ją w kuchni. Wytłumaczyliśmy spokojnie, że nie chcemy takiej atmosfery w domu, nie po to zamieszkaliśmy z nią, żeby się kłócić i mijać jak obcy w korytarzu. Dalej utrzymywała że jest zła o ten grafik, że jej nie powiedzieliśmy że taki powstaje. Znów tłumaczenie, że powstał po to aby nikt nie czuł się wykorzystany i żeby nie obarczać jednej osoby sprzątaniem. Współlokatorka zaczęła się wtedy licytować ile razy kuchenkę umyła, ile razy śmieci wyniosła i że ciągle zbierała okruszki. Ze śmieciami miała rację, bo wynosiła dość często, a to dlatego, że siedziała całymi dniami w domu i gotowała sobie. W sumie stanęło na tym, że niby się dogadaliśmy, że grafik ok, że będzie sprzątać, ale my musimy sprzątać po sobie i wynosić śmieci. Widać było, że jakiś żal (czy złość) w niej pozostał i dalej się nie odzywa.
Pomału mamy dosyć tej sytuacji, bo oboje z TŻ chcemy aby było normalnie, bez spojrzeń spod byka czy mijania się bez słowa w kuchni. Mnie to męczy podwójnie, bo to moja znajoma, przyjaźnię się z jej siostrą, a tu taki kwas.
Co robić w tej sytuacji? Czujemy, że nawet jeśli jakiś problem wystąpi znów ona po prostu nam o tym nie powie, za to będzie skarżyć się wszystkim dookoła jacy my źli jesteśmy, a my się znów dowiemy o tym przypadkiem. Rozmowy też jak widać nie pomagają, bo wymyśla jakieś głupie argumenty i udaje, że jest w porządku, a potem snuje się po mieszkaniu z nosem na kwintę. Olać to? Chociaż ja nie będę umiała, bo bardzo przeżywam takie rzeczy i kiedyś w końcu się wkurzę na nią i jej wygarnę, ale przez to mogę stracić przyjaciółkę (a jej siostrę), bo ona na pewno stanie po jej stronie.
Niby to dopiero 2 miesiące, może musimy się dotrzeć, ale jeśli na początku są jakieś nieporozumienia i to jedna ze stron nie chce ich wyjaśnić nawet, to czy jest sens dalej się męczyć?
Jak to widzicie? Co byście zrobiły na moim miejscu?