Witam wszystkie panie.
Mam 55 lat. Jestem tutaj nowa. Od 2006 roku jestem sama - kilka lat po rozwodzie. Przeszłam już trochę w swoim życiu. 3 lata opiekowałam się leżącą mamą po udarze mózgu ( nie mam rodzeństwa). W końcu pochowałam obydwoje rodziców, zostałam i mieszkam sama. Pracuję zawodowo przy obsłudze klienta i mam doczynienia z pieniędzmi. Jest to bardzo stresująca i odpowiedzialna praca czasem z bardzo trudnym klientem. Nakładane plany są egzekwowane w sposób bezwzgledny.
W wakacje tego roku kilkakrotnie zemdlałam. Trafiłam do szpitala, gdzie po wykonaniu badań okazało się, że mam chorobe wieńcową i bardzo powiększoną tarczycę. Nie stwierdzono nadczynności lub niedoczynności. Pod tym wzgledem jest OK.
Od pewnego czasu ogólne samopoczucie mam coraz gorsze, tak że nie mam ochoty do ruszania się z domu a nawet łożka. Gdy przychodzi weekend siedzę w domu i porócz prostych czynności, które są konieczne do wykonania nie mam ochoty na nic.
Ciagle mnie coś boli. Najbardziej kręgosłup piersiowy, żołądek. A może to tylko pozornie boli. Pojawia się strach, że sobie nie poradzę!
Zauważyłam jedną udziwną prawidłowość. Gdy wezmę apap i środek uspokajający - płaczę przeraźliwie. A gdy już się wypłaczę ból i napiecie mijają
Boże, czy to już depresja?
Proszę o radę. Nie chcę doprowadzić do nie wiadomo czego. Chcę jeszcze żyć. Tym bardziej, że mam pana ( daleko 700 km ode mnie ), który widzi jak mi jest ciężko, tłumaczy, ale na taką odległoś jak tu go nie ma nie wie jak mi ma pomóc.