Mam żal do swojej matki....wiele razy zastanawiałam się, czy nie przesadzam, ale dochodziłam do wniosku, że nie. Gdy widziałam jak inne koleżanki matki wspierają, przytulają i pomagają im, to zastanawiałam się w czym ja jestem gorsza, czy jestem złym dzieckiem?
Aktualnie jestem na studiach magisterskich, zawsze się dobrze uczyłam, nie sprawiałam trudności, no chyba że nazwać można nimi okres buntu przeciw stylowi bycia rodziców, w okresie mojego dojrzewania, jak miałam tak z 15-16 lat. Moja matka zawsze była bardzo kontrolująca, do tego stopnia, że aż koleżanki z jej pracy zwracały jej uwagę, że mi robi tym źle a nie dobrze. Tym bardziej kontroli nie rozumiem, że nigdy nie przejawiałam skłonności do lumpiarstwa, puszczalstwa, bycia nieukiem i łobuzem, w ogóle nic z tych rzeczy.
Moja matka nigdy nie podchodzi do mnie przytulić mnie czy dać całusa, ale to szczegół. Bardziej mi przeszkadza, że zawsze więcej widzi u mnie złego niż dobrego. Ja zawsze byłam skryta i niezbyt towarzyska, a matka ostatnio stwierdziła, że to że na drugim etapie studiów poznałam tak mało znajomych to musi być ze mną coś nie tak, że inne dziewczyny mają tyle koleżanek a to że nie mam ja to pewnie moja wina.
Ja wyglądam normalnie, nie chodzę jak punk czy inny człowiek z jakiejś subkultury. Mimo to matce i tak mój normalny styl nawet przeszkadza (dawny styl, czyli ciemne ubrania, też jej przeszkadzały). Do tego zawsze neguje wszystko, przeszkadza jej wszelki przejaw odmienności, jeśli przez takową można rozumieć zwykłe ćwieki na torebce.
Matka mnie nie rozumie. Kiedy najbardziej jej potrzebowałam NIGDY mnie nie wysłuchała, pomocy musiałam szukać u mamy swojej najlepszej przyjaciółki, z którą do dziś "trzymam sztamę". W domu każdy mój gorszy dzień czy smutek, przez ojca był olewany a przez matkę jeszcze bardziej, bo każdy mój problem kwitowała jednym słowem: "Zajmij się robotą jakąś, Ty nie wiesz co to problemy" a tymczasem dla nastolatki jest problemem np. nieszczęśliwa miłość, szukanie siebie, upadek ideałów. Nikt ze mną nie rozmawiał. Siedziałam całymi dniami sama w pokoju w tej małej miejscowości i płakałam. Nikogo nie obchodziło co czułam, tylko czy na mszy w niedzielę byłam.
Widzę, jak bardzo brak uwagi i miłości matki niosę w dorosłe życie. Jestem nieufna, zrezygnowana, prawie nikomu nie ufam, widzę złe intencje tam gdzie nie zawsze one się okazują wystepować rzeczywiście. Mam 23 lata a wewnątrz jestem zgorzkniała, przekonana że muszę być do niczego skoro własna matka mnie zawsze, zawsze lekceważyła. Jak sama zaczynałam jakiś temat to mnie zbywała. Ważniejsze było kompulsywne zmywanie parapetów które i tak już były czyste, i ciągłe gotowanie po kilka potraw na dzień, jakby to był sens jej egzystencji.